• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 … 16 Dalej »
[11.11.1971] Song of Siren| Laurent & Astaroth

[11.11.1971] Song of Siren| Laurent & Astaroth
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#1
06.02.2024, 11:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.11.2024, 17:37 przez Mirabella Plunkett.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono osiągnięcie - Piszę więc jestem - Astaroth Yaxley

Come seek us where our voices sound
We cannot sing above the gound

Piękno morza nocą kołysało w ramionach. Nawet teraz, kiedy pogoda była niespokojna, kiedy to morze potrafiło grzmieć i burzyć się pod ciemnymi, angielskimi chmurami. Dziś szaruga nie przykrywała kołdrą granatowego nieba. Wiatr nie chłostał skóry, a ledwo obejmował swoimi muśnięciami, rozwiewając włosy, wpełzając pod materiał, który był zbyt cienki, żeby sprostać dzisiejszej pogodzie. Drobiny promieni prześlizgiwały się między szumiącymi drzewami, ale nie sięgały siedzącej na skałach sylwetki tonącej powoli w mroku zachodu słońca. To były już resztki fioletu i pomarańczy przeplatających się ze sobą. Samotność chowającego się słońca była ujmująca, ale nie wpychała Laurenta w żałobny smutek. Matka, która dawała życie, która całowała w czółko, która przebudzała rośliny do życia i przyprawiała ludzi o uśmiech nie była matką okrutną - nie opuszczała swych dzieci na dłużej. Wróci. Minie księżyc, przeminą godzinie, a ona ponownie zajrzy do okien wyczekujących świtu.

Laurent czuł zimno na skórze, ale niee w swoim wnętrzu. Był rozgrzany. Śpiewem mew, szumem fal, słodkim flirtem, do którego zapraszało morze. Chodź do mnie. Do nas, do życia, do wieczystego spokoju i wieczystej walki. Bo Woda, nie ważne jak spokojną wydawałaby się kochanką, była najbardziej kapryśną i nieprzewidywalną. Słuchała tylko Księżyca. Była mu posłuszna - cofała się i wracała na brzeg, kiedy jej na to pozwolił, ale Laurentowi do księżyca było bardzo daleko, nawet jeśli w przyszłości ktoś miał dla niego skraść gwiazdkę z nieba. Dziś nie wyciągał nawet do tego nieba dłoni, bo jego dłonie wyciągane były do morskich fal obmywających jego stopy, kiedy tylko tafla wody wybrzuszała się i fala go mijała, brnąc w kierunku brzegu. Pustego brzegu. Nawet jeśli pogoda sprzyjała, to nikt nie lubił wilgoci o tej porze roku, nikt nie lubił tego wiatru ani tego, jak lodowata była teraz woda. Ale dla niego ta woda zawsze była przyjemna, nawet jeśli pieściła chłodem. A skoro był tutaj sam to nic nie szkodziło temu, żeby puścił całą moc swojego głosu w te fale. Żeby odwdzięczyć się pieszczotą tej Matce, która nigdy nie chowała się za horyzontem i zawsze była - wystarczyło do niej tylko wyciągnąć dłoń. Zapraszała do siebie, kapryśna niewiasta, dziś taka polubowna, a jutro będąca kwintesencją szału i złości. Nie kochałeś jednak dlatego, że ktoś ładnie mrużył oczy, albo dlatego, że miał dobry dzień. Kochało się pomimo. I nie było takich wad, których Laurent by w morzu nie pokochał. I tak wysoki, syreni głos rozbrzmiał na tafli wody z rzadka pieniącej się i burzącej, powoli wysuwającej na brzeg i podmywającej piasek. Rozbił się między pniami drzew i powędrował pomiędzy igły i listowie. Głos, który przekazywał miłość Matki Wody, który zapraszał w jej tonie, rozjaśniał te ostatnie promienie słońca, które wydawały złotem mienić się teraz na tafli. Woda przestawała być zimna w takim ujęciu, stawała się pierzyną, w którą można się wtulić, żeby zaznać snu.


Come seek us where our voices sound
We cannot sing above the ground
An hour long you'll have to look
To recover what we took

An hour long you'll have to look
To recover what we took
Your times half gone so tarry not
Lest what you seek stays here to rot


○ • ○
his voice could calm the oceans.
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#2
18.02.2024, 21:43  ✶  
Zanim wpadłem w tarapaty permanentne, byłem zdecydowanie mniej roztropny i poukładany. Burzowe chmury, wzburzone morze, a ja parłem przed siebie jak ten ostatni kretyn. Zdeterminowany, co prawda. Zamierzałem pokazać swojej rodzince, że nie potrzebowałem niańki i mogłem sam polować, bo przecież swoje wiedziałem i potrafiłem, więc co mogłoby się stać złego? Miałem, powiedzmy sobie szczerze, wszystko pod kontrolą, w dłoni włócznię z eleganckim, zaostrzonym nożem na końcu. Idealna broń na tropienie niegrzecznej ryby, która porywała ludzi w ciemną, bezkresną toń.
Niestety, nie wziąłem pod uwagę, że wichura będzie się robiła coraz potężniejsza. Coraz mniej widziałem, słyszałem sam świst, a woda była niczym rozszalała bestia. Czyżby czary czy tak serio bywało w trakcie burzy? Nie za często przebywałem nad wodą i już miałem problemy z namierzeniem bestii, mimo że miałem specjalne, rodowe ułatwienia w tym zakresie.
- Jebane morze! - wykrzyczałem przed siebie, przeklinając wniebogłosy zaistniałą sytuację. Mój krzyk zniknął w tym armageddonie. Nie zamierzałem się jednak tak lekko poddać, więc pozostawiłem rzeczy na brzegu by wejść do wody bez wierzchniego odzienia, lekko ubranym, z dzidą w ręku. Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, co nie?
Wziąłem głęboki wdech i skupiłem się, chcąc coś wyłapać gdzieś pomiędzy szamoczącymi się falami a wiatrem. Huczał, świszczał. Nie zachęcał do słuchania, ale jakoś udało mi się wyciszyć te niepożądane dźwięki, tylko że wtedy mój słuch padł na coś innego. Na coś, w co raczej nie powinienem się wsłuchiwać, ale stało się.
Delikatny, męski śpiew dotarł do mych uszu w nieznanym mi utworze. Zniknął nadchodzący sztorm, walka wody z ziemią, powietrza z wodą. Były tylko słowa, piękny język nucący pieśń, za którą można by się właściwie pociąć, zabić dać może...? Zapragnąłem się do niego zbliżyć, usłyszeć bardziej, wsłuchać w te słowa niczym w najdoskonalszy twór na świecie. Koneserem sztuki muzycznej nie byłem, aczkolwiek to musiało być dzieło.
Postąpiłem pierwszy, drugi krok, coraz bardziej żwawo. Fale nie walczyło ze mną, tylko pomagały mi stąpać do przodu, ku morskim skałom, a kiedy grunt pod moimi nogami ustąpił, płynąłem przed siebie, na ślepo, wiedziony tylko pieśnią. Wiedziałem, byłem pewien, skąd się bierze i właśnie tam zamierzałem dotrzeć.
Tyle tylko, czy niebezpieczne otoczenie i równie niebezpieczna bestia mi na to pozwoli? Broń została mi odebrana przez wodę, więc byłem totalnie bezbronny, ale... czy coś mi tu groziło? Ewidentnie już nie.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#3
27.02.2024, 14:36  ✶  

Piękno. Niebezpieczeństwo. Emocje. Jedno z drugim się łączyło, drugie z pierwszym w równaniu dawało trzecie. Człowiek bywał niewolnikiem emocji. Swojego gniewu, swojego krzyku niesionego przez fale daleko, daleko w dal. Płuca chciały wyrwać się z piersi, lecieć dalej, wzywać wszystkich bogów, żeby spojrzeli i byli w tym spojrzeniu sprawiedliwi. A czym była ta sprawiedliwość, Astarothcie? Odnalezieniem bestii? Pokonaniem samego siebie? A może zdobycia szczytu, który był tuż na wyciągnięcie twoich rąk? I złapałbyś go, ujął w swoje silne palce, gdyby... gdyby tylko nie to jebane morze. Możesz mierzyć się z najpotężniejszymi potworami, możesz walczyć z najbardziej przerażającymi kreaturami, śledzić, tropić, wciskać włócznie w bijące serca, aż ciepła krew stanie się zimna, ale nie pokonasz morza. Oj nie, niezależnie od twoich chęci nie zdołasz go zatrzymać i nie zdołasz go ujarzmić. Włócznia mogła przeszywać fale, ale te fale zabrały w swe tonie tyle ludzkich serc, że nie zdołasz trafić ich wszystkich. Tak właśnie człowiek stawał się bezbronny. Jeszcze człowiek. Łowca, co się zowie, który szukał tutaj... czego właściwie szukasz? Wzywać możesz bożyszcza i przeklinać, szukać potwora, ale co naprawdę grało teraz w twoim sercu, że to zdolne było wypluć z taką mocą tą złość? Czy nie lepiej byłoby poczekać parę dni? Powołać się na tą, jak to słusznie powiedziałeś, roztropność? Niemądryś..! Sztorm nie był domeną człowieka, bo nie był nawet dobrą domeną potworów.

Laurenta nigdy jeszcze potworem nie nazwano. Aniołem. Syreną. Uosobieniem eteryczności, lecz nie potworem. Gdzie zaczynał się potwór, a gdzie kończyła magiczna istota? Czy w ogóle była między nimi różnica? Podłe wiły, poszukujące skarbów selkie potrafiące ściągać ludzi na dno, choć z reguły były łagodnymi stworzeniami, wetknięte w piętno tracenia swoich lasów centaury. Wiele istot wołało o swoją sprawiedliwość, bo w obliczu potęgi człowieka nawet bogowie stawali się mali. Wiesz, co w tej wyliczance nadal wygrywało..? Tak jest, zgadza się. Morze. Ono nadal huczało i nadal wciskało się ze swoją mocą w twoje nogi, nadal zalewało w swym niepokoju rękawy, spodnie. I wicągało trochę dalej, troszkę... Idziesz, bo masz wybór. No masz go... tak? Niemądry łowca. Nie było gorszych potworów niż te, które między ludźmi się kryły przywdziewając ludzką skórę.

Tak jak potworem nie był, tak nie chował w sercu potwora, który kazałby mu kogokolwiek wciągać w te niebezpieczne fale, które zbyt łatwo podcinały ludzkie nogi. Czasami jednak orientujesz się za późno... przynajmniej o pięć sekund za późno. Lub nie dowierzasz swoim oczom. Bo jak uwierzyć, że w tę pogodę ktoś postanowi wyjść na plaże? A tym bardziej - zacząć do niego iść? W tych krótkich przebłyskach słońca między ciemnymi chmurami, które tworzyły wokół jego jasnych włosów aureolę świętości, rozwijały skrzydła, czarowały boskością, po którą tyle rąk chciało sięgnąć. Potwór i łowca - napisano o tym już wiele powieści. Nie każda miała swoje szczęśliwe zakończenie. Urwał śpiew, z niedowierzaniem patrząc, jak wzbiera duża fala z białą grzywą na szczycie i pochłania sylwetkę dzielnego (czy głupiego? albo ogłupionego?) nieznajomego. Sam wstał - tak odruchowo.

- Zawróć! - Ale chyba krzyku było po nic. Czy w ogóle dało się go usłyszeć, skoro przez własny, niemądry ruch (bo zbyt szybko) poślizgnął się i jak długi sam wpadł między fale? Tak, taka to właśnie gracja syreny, że o równą pomstę wołała do nieba, jak Astaroth przeklinał jego ukochany ocean. Cisza. Kiedy wpadasz między fale następuje cisza, a potem przydłuszony ryk i huk. Pod powierzchnią wody było ciemno. Zbyt ciemno. Ten ryk - jak ukrytej bestii w głębinach - był złością samej Matki Wody przelewanej na ten świat mizernie człowieczy. I chyba chciała ta niedobra Matka przelać go zarówno na Laurenta jak i Astarotha. Białowłosy okrył się białą skórą - i jako foka już przesunął przez falę w kierunku, w którym widział mężczyznę. Walcząc z morskim prądem. Specyficzny, foczy pisk nie brzmiał jednak czysto zwierzęco. Jak melodia przesunął się pod powierzchnią wody. Co ty wyrabiasz! Brzmiało to jak melodia, jak kołysanka, ale tak naprawdę było przerażonym fuknięciem, że jakiś wariat postanowił dzisiaj chyba... popełnić samobójstwo. Bo taka była pierwsza, zatrważająca myśl Laurenta. Dopadł do mężczyzny i okręcił się wokół niego raz, żeby wsunąć mu się pod ramię i wyciągnąć na powierzchnię.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#4
02.03.2024, 20:16  ✶  
Jeszcze dosłownie chwilę temu bylem przepełniony całą masą intensywnych uczuć, emocji, ambicji, wściekłości na rodziców, na świat, na los, na niedocenienie, z jakim było mi się zmagać, niesprawiedliwością, odwagą, młodzieńczą energią, pewnością siebie i naiwnym ego, które właśnie mnie tu przyprowadziło. Mógłbym żałować, że właśnie się tu znalazłem, że wpadłem w kłopoty, że zostałem omamiony i wciągnięty w fale podstępem, ale... nic z tych rzeczy nie miało miejsca.
Nagle to wszystko przestało mieć znacznie. Moje pragnienia, ambicje, całkowicie ja jako jednostka. Wpadłem w ciszę przerywaną jedynie przez ten śpiew, który zaparł dech w mojej piersi, a serce wprowadził w dynamiczne bębnienie. Melodia życia i śmierci. Niebezpieczna żeby iść z nią w tango, ale właśnie parłem na przód, przed siebie, nieco skołowany przez te fale, ale otulały mnie, wcale nie chciały źle. Zachęcały do tego by nie stawiać oporu, tylko dać się ukołysać, uspokoić, im oswoić i może nawet tak zamknąć oczy i... śnić? Tylko że ten śpiew. Ten śpiew jednak zachęcał mnie do tego by odnaleźć ku niemu drogę i walczyć. Nie tam płynąć z falami, tylko w tą inną stronę.
Faktycznie zaraz usłyszałem ryk i huk wzburzonego morza. Był mi teraz niczym perfekcyjny akompaniament do tego śpiewu, tego śpiewu, który gdzieś zgubiłem po drodze. Zdezorientowany? Zagubiony? Niepewny? Spanikowany może wręcz? Tu, pod wodą, wszystko było takie samo. Zero punktów zaczepienia, a śpiew, ten śpiew... Gdzie był ten śpiew? Czemu zamilknął? Gdzie zniknął?
Wtedy też dopadła mnie świadomość, że przez to zaaferowanie o czymś zapomniałem. O czymś istotnym. Tak, bardzo istotnym, bo jednak powietrze było nam niezbędne do funkcjonowania, do życia, do istnienia, a tu jednak była woda, pełno wody, cała jej masa, która wtargnęła do moich płuc, kiedy tylko moje ciało - w panice, rzecz jasna - zaczęło próby walki o to powietrze... Tylko że tu nie było powietrza. Nie było góry, nieba, ani nawet dna. Pustka. Przepadałem w mroku toni morskiej, wśród tych serc, których nie byłem w stanie dosięgnąć swoją śmiercionośną bronią. Zresztą, jej już nie było, podobnie jak moich szans na przetrwanie, bo ta walka z falami, z wodą, z bezkresem, zabrały mi całą energię, całe powietrze, całą wolę. Tonąłem, a przy tonięciu towarzyszył mi pisk. Miły, uroczy, kojący. Zamknąłem oczy i...
Ocknąłem się, zanosząc nieprzyjemnym kaszlem. Bolał mnie, kuł w pierś. Był cholernie nieprzyjemny, ale dzięki niemu, z każdym kolejnym kaszlnięciem, było mi łatwiej złapać powietrza. Chciałem tego powietrza. Chciałem żyć i rozkoszować się słońcem, którego, co prawda, teraz za chuja nie było, ale chciałem być szczęśliwy, podróżować z Kimi, jadać świąteczne obiady z rodziną, a nie zalegać na dnie morza.
Charknąłem coś na koniec, potężnie otumaniony, rozglądając się by ocenić, co też się wydarzyło, co się odjebało. To miała być szybka akcja, a ja... umierałem?
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#5
05.03.2024, 17:19  ✶  

Ego. Naiwne ego, któree wpędza cię w kłopoty - tak, możesz tego doświadczać. Ale naiwne ego, które chce wpędzić w śmierć..? Czy coś, co do śmierci prowadzi, może być naiwne, drogi Astarothcie? Myśl. Przestań czuć i chociaż raz zamień czucie na myślenie. Pomyśl o wszystkich zagrożeniach, z którymi się spotkałeś, pomyśl o siłach, z którymi wygrać nie możesz i zatop między falami naiwność. Zostaw ego. Samo ego, które możesz pielęgnować, pozwól mu wypęcznieć, zapuścić w tobie korzenie i stać się fenomenalną infrastrukturą. Czymś więcej niż rośliną i czymś więcej niż budynkiem. Nie pozwól mu tylko na to, żeby wprowadziło cię do grobu. Nie słyszałeś? Tak umierają bohaterowie! Nie w glorii i chwale! W samotności, bo jeden z drugim źle postawili krok, bo źle ocenili skalę zagrożenia, bo coś złapało ich za kostkę i wciągnęło w bagniska, wywlokło na ziemię niepoznane. Ziemie, których poznać nawet nie chcieli. Czujesz, jak teraz ta groza ciągnie Ciebie?

To bardzo realny i prawdziwy świat. I ten świat nigdy nie planował i nie zaplanuje obnoszenia się z tobą delikatnie, panie Yaxley. Możesz oddalić się od sztormu o miliony mil, a on i tak cię znajdzie. Dopadnie cię w chwili słabości, w najmroczniejszym z czasów, kiedy opuścisz gardę, albo właśnie wtedy, kiedy to naiwne ego pokusi cię o postawienie dalszych kroków. Paru za daleko. Wtedy znowu będziesz czuł. Och tak, poczujesz to wręcz całym sobą. Zimno. Mróz. Znowu nie będzie myśli, albo właśnie będzie ich zalew - jesteś na to gotowy? Przeżegnać się powinni - My, idący na śmierć. Zmówić ostatnią modlitwę, bo potem... potem nie będzie już miejsca na żaden pacierz. Wierzysz? Pewnie tylko w siebie samego. Uwierz jednak moim słowom - umrzesz, kochany Astarothcie.

Nie umrzesz jednak dziś.

Mimo miłości, jaką otaczała go woda, nawet dla niego sztorm był wyzwaniem. Musiał siłować się z własną matką, która nie baczyła na zniszczenia, kiedy gniew w niej kipiał. Dokładnie taki sam gniew, jaki kipiał w piersi tego mężczyzny jeszcze chwilę temu. Przysłaniał mu widok i przysłaniał te nieszczęsne myśli. Laurent oddychał ciężko, oparty ramionami o klatkę piersiową mężczyzny - jeszcze przed chwilą na nią naciskał, żeby zmusić jego ciało do wyplucia wody, która mogła się zebrać w płucach. I może zebrała? Co się tutaj stało i czy mężczyzna pływać nie potrafił? Dlaczego w ogóle wszedł do wody? Widział twarz samobójcy. Nie widział pod sobą gniewu, jaki nim kierował, przerośniętego ego, nie widział urażonej dumy. Widział kogoś, kto chciał zakończyć swoje cenne życie, bo..? Nigdy się nie dowie, z jakiego powodu, bo ten powód nie istniał. Kimkolwiek ten mężczyzna był - mugolem, czarodziejem, czy może nawet skrzatem napojonym eliksirem wielosokowym - nie miało to znaczenia. Nikt nie powinien swojego życia kończyć przedwcześnie. Laurent nawet nie brał teraz pod uwagę tego, że to on mógł być powodem tego zamroczonego wejścia do wody. Tym razem nie był świadom. Bo jeśli raz wiesz, na co cię stać, to czy nie będziesz chciał tego przetestować w przyszłości..?

Cofnął się, gdy mężczyzna zaczął wykrztuszać z siebie morską wodę i dał mu odpowiednią ilość przestrzeni, by mógł poczuć się komfortowo. Jakkolwiek komfortowo, bo czy można mówić o komforcie, kiedy byłeś całkowicie mokry na zimnym, listopadowym wietrze? Laurent sam trząsł się jak osika i nie wyglądał przy tym wcale tak pięknie, jak powinien. Koszula lepiła się do jego drobnego ciała, przylizane włosy upodabniały go chyba tylko do mokrego mopsa, a wszędobylski piasek lepił się do wszystkiego, do czego tylko mógł. Mało to wszystko było poetyckie, ale blondyn się nad tym nie zastanawiał. Miał lepsze rzeczy do roboty - takie jak upewnienie się, że ten jegomość nie rzuci się z powrotem w morską toń.

- Jak się pan czuje? Pomóc panu wstać? Powinniśmy znaleźć cieplejsze miejsce, jest pan cały przemoczony... - Odezwał się, kiedy Astarotha przestała rwać tak klatka piersiowa i chyba najgorsze minęło. Uf... Gdyby nie było tak zimno to pot poleciałby Laurentowi po skroni.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#6
06.03.2024, 23:08  ✶  
Śmierć to niezbyt przyjemna przyjaciółka dla kogoś takiego jak ja - pełnego energii, marzeń i zdrowia młodzieńca, który dopiero wchodził w dorosłe życie. Miałem tak wiele do stracenia, że w pełni nie zdawałem sobie z tego sprawy. Mały skrawek docierał do mojego ptasiego móżdżka, że jednak coś było na rzeczy, incydent, że to mogło skończyć się źle, wręcz fatalnie. A jednak żyłem. Żyłem, chociaż umierałem, chociaż przegrałem z morską tonią i straciłem wolę walki. Szczęście... czy może anioł stróż?
Ewidentnie anioł stróż. Z jasną aureolą z białych włosów. Równie mokry, równie zmarznięty, przy okazji również zaniepokojony, dogłębnie przejęty, wpatrujący się we mnie niczym w wariata, który zaraz wstanie i z powrotem wbiegnie w bestię. Tak, to nie bestia mieszkała w morzu. To morze było bestią. Ale czy mogliśmy je w jakikolwiek sposób powstrzymać? Zakazać mu zatapiać mniej i bardziej niewinne serca? Na co mu były one wszystkie?
Anioł miał znajomą twarz, którą próbowałem sobie przypomnieć. Można się domyślić, że mój umysł nie działał w tej chwili na jakichś wysokich obrotach. Właściwie, to przez tę... chwilę - czy może wieczność? - w morzu, poczułem się dogłębnie zmęczony. Pewnie przysypiałbym, gdyby nie było mi na domiar cholernie zimno. Może to jednak nie był dobry pomysł by w listopadzie łowić ryby?
- Czy ty... ty jesteś Prewett? Lawrence Prewett? - zapytałem niepewny. Wydawało mi się, że go skądś kojarzyłem i to była właśnie szkoła. Musiał być kilka klas nade mną. Cztery, może pięć. Miał dosyć charakterystyczną urodę. To musiał być on.
Ale nieistotne. Na pozór. Rozpocząłem cykl nieszczęść w swoim życiu, ale o tym nie wiedziałem. Śmierć ostrzyła sobie kosę dla mojej osoby, ale w tej chwili nie byłem tego świadom. Co innego ten przejmujący chłód, który właśnie sprawił mi nieprzyjemne, wręcz bolesne dreszcze. Morze to prawdziwa kurwa. Wszystko przez nie bolało.
Podniosłem się i rozejrzałem za swoimi rzeczami. Zostawiłem je gdzieś nieopodal. Tak mi się zdawało. Miałem nadzieję, że nie porwały tego wszystkiego fale. Miałem ciepły płaszcz... Może leżał kilkaset metrów dalej?
- Uratowałeś... mi życie? - zapytałem go wprost. Raczej to było oczywiste, biorąc pod uwagę, że również był cały mokry i zmarznięty. Nie bawiłem się chwilowo w maniery. Może to z szoku, a może to po prostu kwestia sytuacji, bo co tam zwroty grzecznościowe, kiedy jeszcze chwilę temu walczyło się o każdy oddech?
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#7
06.03.2024, 23:39  ✶  

Trochę się... bał. Troszeczkę. Trochę się trząsł, trochę robił wielkie oczy, trochę nie wiedział, czy powinien teraz panikować, zastanawiać się, czy ten mugol przeżyje, czy może pytać go o jakieś... co mugole w ogóle mieli? Był tak bardzo zaznajomiony z ich światem, że szkoda gadać. Nawet nie chciał gadać - chciał działać. Chciał wyjąć różdżkę, osuszyć go, owinąć kocem... i siebie w końcu też. Siebie spychał w tej wyliczance na dolną półkę. Samorealizacja o tym, co tutaj się wydarzyło, czym to groziło i do czego doprowadzić mogło przyjdzie później. Na razie musiał pilnować się, żeby nie wyciągać narzędzia, które mogłoby przysłużyć się czemuś dobremu i...

Mężczyzna tak po prostu zapytał go o imię i nazwisko. Wielkie oczy blondyna zrobiły się jeszcze większe - w tych półcieniach burzy były równie przyciemnione co morskie fale, równie błyskały, ciągle migotając pod szarugą chmur z ledwo pojedynczymi promieniami słońca prześlizgującymi się przez nie. Jednymi z ostatnich. Te same promienie prześlizgnęły się też w oczach przystojnej twarzy, która teraz ze zmęczeniem, przekrwionym od morskiej soli białkiem, wpatrywała się w niego z jakimś zrozumieniem. Jakby to mogło być w ogóle oczywiste, że... on jest właśnie Prewettem. Tym samym, który nosił głowę wysoko i swoją urodę jak ostrze i tarcze. Dumę z bycia Prewettem i posiadania tego nazwisko, spoglądając na co poniektórych właśnie tak - jakby był kilka klas wyżej... tylko nie w szkole. Społecznie. Teraz nie byli w szkolnych korytarzach ani na balach. Nie mieli na sobie garniturów i nie musieli poprawiać muszek. Nie miało zabrzęczeć szkło od toastów. Teraz była próba rozpoznania, druga próba zrozumienia i... pogodzenia się z tym, że siedzimy tutaj mokrzy i zziębnięci. I że ten, który niemal się utopił, wcale nie był mugolem.

- Eeehmm... - To było bardzo nieeleganckie z jego strony, ale zwyczajnie go zatkało. W tej sytuacji usłyszał swoje imię. Zgoda, nie swoje - przeinaczone, ale zapamiętane przez... kogo? Poznali się na przyjęciu? Niemożliwe. Zapamiętałby kogoś TAK przystojnego, że miękłyby mu kolana, gdyby tylko sytuacja była inna i nie myślał jedynie o tym, czy życiu tego człowieka zagraża coś - cokolwiek! Przemarznięcie, czy nadal została mu woda w płucach - to też mogło prowadzić do chorób! Szczególnie, że mugole byli o wiele bardziej krusi... - Laurent, ale tak. Laurent Prewett. - Poprawił go i przyznał się, że tak, oto on, we własnej osobie. Lub w osobie obok, bo wcale nie był taki pewien, że jego duch nadal był w jego ciele. Mógł z tego przerażenia ulecieć kawałek dalej. Skoro jednak mężczyzna go rozpoznał (skądś) to chyba nie było z nim źle? Na domiar lepszego - wstał i zaczął się za czymś rozglądać. Ręka selkie od razu powędrowała za nim, złapał go za rękaw delikatnie. Wystarczył drobny ruch, a jego palce spłynęłyby w dół i nie byłoby żadnego dotyku, żadnego kontaktu. Nie chciał go zatrzymywać, chciał jedynie dać komunikać, żeby przystanął choć na moment. - Prawie utonąłeś, proszę, nie zrywaj się... - Nigdzie? Dokądkolwiek? Ale w sumie to powinni gdzieś się ruszyć, bo tu było diabelnie zimno! Nie, wróć. Nie musieli. Puścił go i wyjął różdżkę, żeby machnąć nią w powietrzu i wysuszyć ich ubrania - transmutacją usunąć wodę z nich i strącić ją z zebranych kropel na bok. To było ledwo parę machnięć i kropelka skupienia.

- Miałem cię zostawić w tej wodzie? - Trochę zwątpił. Podniósł się i otrzepał swoje spodnie, zaczął otrzepywać koszulę, zaraz będzie otrzepywał włosy, a potem płakał i jęczał, że w ogóle jest taki brudny. Jeszcze ten czas nie nastał. Ciągle spoglądał na Astarotha. Właśnie - miał go zostawić? Nie. Ale... wątpił. Patrząc na niego wątpił. Co jeśli... - Dlaczego w ogóle wszedłeś w ten sztorm? - Czy to w ogóle była rozmowa na tu i teraz? Laurent aż się otrząsnął z tego uczucia absurdu sytuacji. - Przepraszam, to nie powinna być moja sprawa, ale... życie jest cenne, nie powinieneś... nie powinieneś... - próbować go sobie odbierać. Z drugiej strony - wcale nie wyglądał mu teraz na potencjalnego samobójcę... ale może to szok?



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#8
08.03.2024, 22:52  ✶  
Próbowałem przyswoić, co właśnie miało miejsce. Lawrence wpatrywał się we mnie przerażony...? zaskoczony...? Może coś pomiędzy. Może myślał, że dotychczas był człowiekiem-incognito? A może tak naprawdę, to nie był osobą, którą myślałem, że jest, więc pewnie teraz się zastanawiał, w który głaz się tak mocno uderzyłem, że majaczyłem...? A może po prostu wyglądałem jak trup, bo przecież mało co nim nie zostałem? Byłem cały mokry, śmierdzący zapewne i blady. Utopiec? Coś w ten deseń.
Albo to te faux pas związane z jego imieniem. Zapewne uznał to za wysoce nieeleganckie, że przeinaczyłem jego imię. Prewetci mieli chyba obsesję na punkcie czystości krwi i swojego bogatego pochodzenia, więc może właśnie zrzuciłem koronę z jego głowy? Hmmm? Nie chciałem jej, ups, przydeptać. Samo tak wyszło.
Spojrzałem po dłuższej chwili w dół, ale nie na zadeptaną w piach nieistniejącą koronę, ale na dłoń Laurenta. Na moim ramieniu. Powstrzymywał mnie. Martwił się o mnie, Faktycznie mało co nie utonąłem. Dałem się otulić i ponieść falom. Przegrałem z nimi walkę, z góry skazaną na porażkę, a jednak tam wszedłem, wiedziony tym zdradzieckim śpiewem. I to chyba to coś, co mi nie dawało tak do końca spokoju..., siedząc mi z tyłu głowy, brzęcząc niewyraźnie, ale dosadnie. Alarm wzrósł, kiedy czułem jego dotyk, bliskość. Z jednej strony dodającą otuchy, z drugiej wzywającej na alarm. NATYCHMIASTOWY ALARM, panie Yaxley.
A jednak... ciężko było oddychać po tej kąpieli, a jeszcze ciężej było łączyć fakty. Jeszcze. Wysuszenie mojego ciała i tego zdawkowego odzienia, które miałem na sobie, nieco pomogło zbierać myśli... i przy okazji dodawać odrobiny kultury do tej dziwnej rozmowy.
- Nie zamierzałem się zabić - przerwałem mu te jęki. Krótko i na temat. - Jestem Yaxley... Astaroth. Możesz mnie nie pamiętać, bo byłem małym szkrabem, ale ja cię pamiętam ze szkoły. Wiem już, czemu cię zapamiętałem. Jesteś selkie. Jedno z was zaciągnęło mnie chwilę temu do wody. Manipulacją. Śpiewem. Wiesz, która to była i gdzie ją znajdę...? Bo to chyba nie ty topisz wieśniaków w morzu? - mówiłem całkiem przyjaźnie, póki moje alerty w końcu nie zostały wysłuchane przez mój rozsądek. To była specjalna umiejętność naszego rodu. Szósty zmysł. Ostrzegał mnie, że Laurent nie jest taką szarą myszą ani nawet białą myszą, tylko niebezpieczną istotą.
Właśnie dlatego moja dłoń wystrzeliła w kierunku jego ramienia i nie była tak delikatna jak wcześniej jego własna. Byłem łowcą. Nie mogłem dawać się mamić dobrymi słówkami takich osób jak on. Przysunąłem się go bliżej i choć nie miałem broni, a on miał różdżkę, to jakoś się nie bałem. Ba!, młodzieńcza buta dolewała oliwy do ognia. A nieco wyższy wzrost jedynie wszystko podsycał, tę niezwyciężoność w mojej krwi.
- Co tu robisz? To niezbyt przyjemne warunki do plażowania - zauważyłem. Nie było mi do śmiechu i jakoś pamięć o uratowanym życiu chwilowo wyparowała. Wręcz domagałem się odpowiedzi.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#9
12.03.2024, 15:29  ✶  

Nieczęsto się zdarza, że takie bożyszcze wyłania się przed tobą z morskich fal. Grecy jednak mieli rację - woda musiała być Bogiem. Morze musiało nim być. Skoro było początkiem stworzenia, to na pewno mogło być też jego końcem, ale co jest bardziej istotne to to, że je zaczęło. I że to Afrodyta z morskiej piany się narodziła. Mężczyzna przed nim był zdecydowanie mało kobiecy. Oj nie. Jak to niektórzy lubili żartować z samców alfa to prędzej zaliczyłby go do tego rodzaju, chociaż miejsce ich spotkania oraz okoliczności bardzo mocno to zaburzały. To jego pojęcie o tym, że ma przed sobą kogoś całkowicie przystojnego, którego nic tylko rozebrać z tych fatałaszków. W końcu był mokry, na pewno trzeba było je wyprać, osuszyć i... cóż, wszystkie pytania dotyczące tego, co tutaj robi, jak się tu znalazł i czy zamierza zostać na dłużej mogły już zostać zadane później. Albo nawet i wcale. Laurent nie był wybredną bestią. Nie od wszystkich wymagał rozmowy. Niektórzy to lepiej, żeby niczego nie mówili. Tak lepiej wypadali.

Wieniec z laurów mógłby nosić na skroniach, ale bardziej pasowałby mu diadem godny księżniczki. W tym wydaniu, całkowicie brzydkim, nieeleganckim, gdzie mokre włosy lepiły się do twarzy, a wszystko było brzydko pomięte, poznaczone niedawną kąpielą (nawet jeśli magia skutecznie potrafiła wysuszyć odzienie) to bardziej by się nadał wieniec z wodorostów. Kto wie? Może trytoni właśnie takie kuli dla swoich królów i dla swoich panien, które gościli w podwodnych pałacach? Gdyby nie obawy to chyba wybrałby się na poszukiwanie takiego królestwa. Jakoś nie był przekonany, czy selkie i trytony dobrze się ze sobą dogadywali. Tak jak jemu brakowało korony, tak temu czarodziejowi brakowało... brakowało... piątej klepki? Definitywnie ODMAWIAM zaakceptowania faktu, że próba samobójcza może być zdrowa i może chcieć ratować honor. Tylko że zaczynałeś wątpić, że to właśnie ta próba. Mina tego człowieka, jego spojrzenie, kiedy nabierał coraz więcej siebie samego w sobie samym - wszystko składało się na obraz osoby, która popełniła jakiś błąd. Jeszcze chwilka, dajcie mi moment..! Zaraz dotrze pod blond czuprynę, że wina nie była pogrzebana w tym przystojnym przedstawicielu płci męskiej. Wina to moja, bardzo wielka wina. Nic tylko przyłożyć dłonie do klatki piersiowej i prosić o przebaczenie. Oto jak próba morderstwa łatwo obracała się w próbę samobójczą, co? Gdyby zjawił się BUM, a Astaroth (odpukać) by nie przetrwał to przecież właśnie to pozostałoby mu powiedzieć, prawda? Nie wiem, co powiedzieliby na jego pogrzebie. Ciężko to wiedzieć, skoro nie wiedziałeś nawet, co mówili o nim za życia. Na szczęście do żadnego pogrzebu to nie dążyło.

Bang. Uderzenie nadeszło ze strony oczywistej. Fakty, plucie faktami ze zmysłowych ust. Trafiające prosto we wnętrze. Laurent cofnął rękę gwałtownie i przyciągnął do siebie, powstrzymał się aż do zrobienia fałszywego kroku w tył. Śpiew zwabił go do wody. Z tym, że przecież tylko on śpiewał. I to jego śpiew miałby to uczynić? Nie, przecież nie. Niemożliwe - słowo zamarło teraz na ustach blondyna i nigdy nie wygrało rytmu na strunach głosowych. Tak, to były fakty. Bardzo szybko zapodane, wycelowane w niego jak strzały. Zapamiętał, bo byli w szkole, on był mały, ale wiedział- selkie. To nie była wiedza zakazana, w żadnym wypadku. Ale małe dziecko wiedząc, że jest selkie... dorosły, który teraz od razu wbił w niego spojrzenie... Laurent momentalnie pobladł całkowicie, a serce w jego klatce piersiowej zaczęło kołatać. I bynajmniej nie był to wyraz uwielbienia dla urody tego człowieka.

Chciał więc zabrać tę rękę, ale refleks Astarotha był lepszy. I wtedy Laurent poczuł jak to serce podchodzi mu do gardła.

- Jak Pan słusznie zauważył, Panie Yaxley, jestem selkie, więc zła pogoda nie zniechęca mnie do plażowania, jak to zostało określone... - Zaczął ostrożnie, chociaż w pierwszym momencie chciał już przepraszać. Mówić, że nie chciał, że to przypadek, ale cały instynkt w nim krzyczał, żeby tego nie robić. Żeby się nie przyznawać. Spróbował wykręcić swój nadgarstek z tych kajdan, jakimi stały się jego palce. - Mógłby mnie Pan puścić? Naprawdę nie miałem złych intencji wobec Pana...



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#10
13.03.2024, 23:19  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.03.2024, 23:20 przez Astaroth Yaxley.)  
Gdyby spojrzeć z pewnej perspektywy, sami byliśmy niczym dwa bóstwa, których drogi splótł los poplątaną nicią życia i śmierci, wdzięczności i podejrzeń, dobrych uczynków i tych złych, łagodności i porywczości, spokoju i chaosu... Można by wymieniać w nieskończoność mniej i bardziej barwne poetycznie porównania, ale ostatecznie wszystko składało się w jednym kierunku - ofiary i drapieżnika. Tylko jak określić, kto był kim, kiedy ta nić, co nas połączyła, to od samej Ariadny się niechybnie wzięła?
Wpatrywał się we mnie uważnie, jakby oceniając. Lustrował spojrzeniem, myślał o czymś, co było poza moim zasięgiem. Mógł właśnie rozważać potencjalne drogi ucieczki, przekręty, kolejne zbrodnie przeciwko ludzkości, w tym przeciwko mnie. I żałowałem, że zgubiłem dzidę, bo jedynym praktycznym rozwiązaniem w tym przypadku byłoby przebicie serca delikwenta, co by więcej już żadnego biedaka do morza nie zwiodło, a jednak... Mój oręż przepadł, reszta rzeczy zapewne znajdowała się kilkaset metrów od nas, więc pozostały mi pięści. Można by się było zdziwić, w jak łatwy sposób można kogoś pozbawić życia. O ile, rzecz oczywista, nie stawiałby oporu... A Laurent stawiałby i się domyślam, że jego rodzina to dopiero postawiłaby opór przeciwko mnie, gdyby coś się stało biednemu książęciu.
- Myślę, Panie Prewett, że to nieodpowiednia chwila by łapać mnie za słowa - odparłem, przywdziewając ton zbliżony do tego tonu, którego używał sam Laurent, prewettowski panicz, bękart selkie. Wyprostowałem się dumnie, tak dumnie, że nawet matka byłaby z tego dumna, gdyby mnie teraz zauważyła. Toć to ten młody panicz, smark od Yaxleyów, ale kto by pomyślał, że też to paniczowskie obycie miałem we krwi. - W przeciwieństwie do Pana, jestem tu służbowo i, całkowitym przypadkiem, szukając morskiej bestii, która kusi niewinnych by weszli w odmęty tej bestialskiej wody, trafiam na Pana, Panie Prewett. Czarodzieja z domieszką krwi selkie - zauważyłem ze znacznym śladem jadu w swoim głosie. Moja dłoń, która wciąż zaciskała się na ramieniu Laurenta, nawet na chwilę nie zelżała. Wręcz przeciwnie.
I szkoda, że nie przyszło nam się poznać w innych warunkach, jasnowłosy bożku. Ujrzałbyś może, ku odrobinie szczęścia, jak te zmysłowe usta rozszerzają się w zniewalającym uśmiechu, jak męski, pewny siebie śmiech wydobywa się spomiędzy warg, subtelnie łaskocząc je wydychanym powietrzem. Przede wszystkim poznałbyś Astarotha z przyjaznej strony, nie zaś ze strony nieprzejednanego łowcy, zdecydowanego i brutalnego, jeśli zachodziła taka potrzeba. Choć wciąż kusząco wysportowanego, pewnego siebie, z oczami przycienionymi elektryzującym gniewem... i jednocześnie tak młodzieńczo delikatnego. To zdecydowanie twarz chłopca wciąż była, nie zaś mężczyzny, mimo że pragnąłem uchodzić za męża dojrzałego.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Astaroth Yaxley (2470), Laurent Prewett (4236)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa