Uroczy domek letniskowy Philipa Nott'a
Rośliny rosły, jak szalone. Po ostatnim incydencie w Warowni Longbottomów, kiedy jego klątwa zrujnowała pół zagonka jednej z domowniczek, Sam bardzo pilnował, żeby chodzić wyspanym i najedzonym. To pomagało na emocje, ścinało wszystkie niebezpieczne górki, które mogły wywołać niechcianą reakcję i rozrost drapieżnych, najeżonych kolcami pnączy, które cynicznie pod koniec erupcji obrastały jadowitymi, wściekle kolorowymi kwiatami.
U Philipa w ogródku nie było pnączy, za to wszystko zarosło, jakby ręki ogrodnika nie widziało dekadę, a nie kilka tygodni. Co więcej, kłącza bluszczu tak agresywnie wżarły się w ściany szopy na narzędzia, że właściwie w całości nadawała się do rozbiórki. W umówionym terminie Sam pojawił się niedługo po świcie i rozłożył swoje stanowisko pracy – dwa drewniane kozły czekały na to, jak rozproszył zaklęcie transmutacji i zamiast stosika zapałek pojawił się spory stosik desek.
Podwinął rękawy kraciastej koszuli i już odruchowo chciał odgarnąć zachodzące na czoło włosy, kiedy przypomniał sobie, że ledwie wczoraj był u barbera, który Wcale Nie Chciał Go Zabić Wrzącym Ręcznikiem Na Twarzy. Włosy miał teraz krótkie, wymodelowane, podobnie na twarzy było mu lżej - na to akurat nie narzekał, było to dość z tym wygodnie w lecie, które było tak gorące.
Popatrzył jeszcze raz na zerwaną przez siebie kupę bluszczu, zastanawiając się czy Morpheus pracujący w Departamencie Tajemnic, wiedział o co chodzi z tym gwałtownym rozkwitem. Będzie musiał się go zapytać, może gdy się spotkają na potańcówce? Odetchnął i przekrzywiając głowę z głośnym kliknięciem stawów, chwycił za piłę i z zapałem zabrał się do rżnięcia desek na odpowiednią długość.