• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 11 Dalej »
[20.08.1972r.] Śnieg w środku lata spadnie

[20.08.1972r.] Śnieg w środku lata spadnie
Kolorowy ptak
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Neil Enfer
#1
12.03.2024, 23:11  ✶  
Scenariusz Sumy Przypadków: Fontanna Szczęśliwego Losu

Mrok otaczał wszystko dookoła, dopóki światło nie zapaliło się na klatce schodowej w kamienicy tuż po tym, jak ciężkie drzwi oznajmiły wszystkim, że ktoś właśnie wszedł do środka z ulicy. Schody zaskrzypiały gdy zaczął się wspinać po nich, szurając butami co któryś stopień. Głośne westchnięcia odbijały się od ścian. Ile jeszcze czasu mu zostało? Niedawno u nich był, wszystko wydawało się być w porządku, a teraz znów o kant dupy można było to rozbić. Zacisnął zęby i wspinał się po schodach dalej, poprawiając plecak na ramieniu i torbę w dłoni.
Wygrzebał klucz z kieszeni, który jeszcze upadł na ziemię, bo czemu cokolwiek miałoby mu się dziś jeszcze udać? Oparł się czołem o drzwi. 10... 9... 8... 7... 6... 5... 4... 3... 2... 1... Otworzył oczy i schylił się po klucz, otwierając w końcu mieszkanie, które przywitało go ciszą i ciemnością. Tak już zostanie, tylko on i pusta przestrzeń. Nie widział perspektyw na to, żeby cokolwiek się zmieniło w tej sprawie. Będzie się jedynie pogarszać, bo ludzi w jego otoczeniu będzie ubywać, szczególnie tych bliskich.
Zamknął za sobą drzwi, dociskając je plecami do framugi, pozwalając, żeby ciężkie toboły zsunęły mu się z ramion, spadły na ziemię z ciężkim stukotem. Nie miał tam nic delikatnego, tylko zakupy zrobione późną nocą i resztki z pracy. Znów poczuł napięcie w szczęce gdy zęby zgrzytnęły o siebie, a z oczu popłynęły strumieniami łzy. Dawał im ściekać, wiedząc, że nic się nie zmieni, że nic się nie polepszy choćby nie wiadomo jak bardzo chciał, choćby wrzucił całe swoje oszczędności do tej przeklętej fontanny, przez którą znów dawał sobie nadzieję, oddając swój los w ręce nieznanego.
Osunął się na ziemię i kucając oparty o drzwi przetarł oczy, zaraz kuląc się w klęku na ziemi. Pociągnięcie nosem, później kolejne. Zaśmiał się z własnej głupoty i naiwności, wiary w niemożliwe. Czy zawsze taki był? Nawet nie pamiętał, być może? Choć jak wspomina czasy Akademii, to wiele razy oczy zasłaniał mu czarny scenariusz, przez jaki przebijało się światło tylko dzięki temu, że inni ludzie o niego walczyli. Może i było ciężko, ale wtedy czuł, że ma więcej osób dookoła siebie, które mu kibicują. Może wyjazd do Londynu był złym pomysłem. Nie ma tu praktycznie nikogo. Sąsiad-klient, znajoma-pracodawczyni, kolega-lekarz.
Wsparł się rękoma o ziemię, patrząc na deski, których przez łzy nie widział. Przetarł oczy dłońmi, wytarł nos rękawem i zebrał się chwiejnie z ziemi po jeszcze kilku minutach zastanawiania się czy właściwie warto walczyć i próbować. Miota się, jak ryba wyjęta z wody, a mimo starań krawędź mostu nie jest ani trochę bliżej. Wiedział, że już nigdy nie wróci w objęcia fal, nieważne jak mocno by chciał, to nie będzie to samo co kiedyś. Na tym chyba polega dojrzewanie do dorosłości. Rozczarowania, zawody, zdawanie sobie sprawy z tego, że czas przyjemności i beztroski się skończył.
Z trudem chwycił torbę, zawlókł się z nią do kuchni, wyjmując powoli wszystko co kupił. Odstawiał na miejsce, jedną rzecz po drugiej, później kolejną i jeszcze jedną, aż torba byłą pusta i mógł ją odrzucić na ubrudzony okruszkami ciasta stół. Otworzył szafkę, spojrzał na swoje zapasy, planując jutrzejszy obiad, bo śniadanie na pewno odpuści, już teraz nie miał na nie ochoty, ale nic nie jeść nie może. Obrócił słoik z konfiturami, wyjął je i zaczął układać kolorami, później watą ważności, później barwą zakrętki, w końcu przetarł półkę i zdecydował się, że ustawienie smakami było najlepszym wyborem, co nie było łatwe, bo nie każdy dżem był poprawnie opisany, niektóre były z kilku owoców i co wtedy? Z jednego owocu na lewo, z wielu na prawo. Tak, tak będzie dobrze. Kubki tak samo ustawił, na końcu jednak decydując się na pojemność, to było jedyne sensowne ustawienie. Odrobina kontroli gdy wszystko uciekało mu przez palce, nie dając się złapać, plącząc się jeszcze bardziej. Przeklęte szczęście. Przeklęte pieniądze. Przeklęte ciało.

***

Nie silił się na zmianę ubrań, na umycie się i przebranie w piżamę, na przeczesanie poplątanych po całym dniu włosów. Jaki by to miało cel? Żaden, nic by nie zmieniło w tej chwili, nic istotnego. Może poczułby się lepiej, ale w jakiej setnej procenta? Może podążać miała za tym myśl, że chcąc zmieniać świat zacznij od zmienienia siebie? Problem był taki, że nie chciał zmieniać świata, chciał zmienić tylko o jedną małą rzecz męczącą go od lat, która mimo starań ignorowała jego błagania i szła dalej przed siebie, śmiejąc mu się w oczy. Ameryka, Francja, Norwegia. Nic mu po nich kiedy są tak daleko. Nic mu po nich kiedy może zobaczyć je jedynie na mapie. Nawet nie wiedział, czy żyje nadzieją i wpajanymi mu od dawna przekonaniami czy faktycznie są szanse, że tam znaleźliby lekarstwo, uśmierzyli ból, odsunęli dyskomfort choć na chwilę.
Wiatr szumiał za otwartym na oścież oknem. Ciche dźwięki ulicy. Rozmowy przechodniów, śmiech z żartu, taki lekki, jakby nic nie ważył, jakby właściciel tego głosu nie miał ani grama zmartwień lub umiał zwyczajnie o nich całkowicie zapomnieć na te parę momentów gdy był z przyjaciółmi. Czy wróci do domu i będzie żałował, że udaje szczęście i spokój ducha? Czy naprawdę to czuje?
Przekręcił się na bok, naciągając na siebie koc, a duże, słone łzy zmieniły tor biegu, szczęśliwe z nowej, niepoznanej jeszcze tego wieczoru trasy. Objął poduszkę, chowając w niej nos. O ile łatwiej by było gdyby ktoś z nim tu był, jednak czy w ogóle pozwoliłby na to, aby ktoś tu był obok niego? To chyba ten moment, gdy coś wydaje się być idealne i potrzebne, ale jest takie jedynie w wyobraźni. Czy gdyby usłyszał pukanie do drzwi, otworzyłby je? Nie wydawało mu się, że by to zrobił. Raczej zacisnąłby usta i udawał, że w mieszkaniu nikogo nie ma, wracając do płaczu dopiero gdy wejście u dołu kamienicy trzasnęłoby drewnem o metal upewniając w tym, że nikt go nie podsłuchuje. Zupełnie jak wtedy gdy cierpiał, widząc go tańczącego na parkiecie z piękną kobietą. Był tchórzem. Był głupcem. Był egoistą. Był wystraszony. Szybki, szarpany oddech przerywał ciszę w mieszkaniu, a palce bielały zaciskane na materiale poduszki, gdy ściskał ją jeszcze mocniej, chowając w niej twarz. Monety wrzucone do wody. Zmarnowane pieniądze, jakie mógłby przeznaczyć na leczenie, na składniki maści i ziół. Nadzieja jest matką głupich, ale najwyraźniej to swoje zapłakane dziecko porzuciła na dobre, nawet nie oglądając się za siebie. Nie miał jej tego za złe, rozumiał, w końcu nie był nawet w połowie kimś kto ma prawo do zwracania uwagi i wyrażania żalu i rozczarowania.
Łzy ściekały po nosie i policzku, gdy ciało powoli, minuta po minucie się rozluźniało, palcom wracał kolor, a drżąca szczęka przestawała się poruszać. Chwile mijały niezauważenie, gdy jego życzenie się spełniało. Spokojny sen, choć raz, aby jutro mógł obudzić się i działać, pomagać i walczyć bezcelowo, ale z pasją i wiarą. Tylko dzisiejszej nocy, proszę.

***

Chłód końcówki sierpnia wdzierał się do jego sypialni przez całkowicie otwarte okno. Miasto budziło się do życia, gdy słońce próbowało przebić się przez ciemne chmury zraszające ulice drobnym, lodowatym deszczem, zmywając senność. Otworzył opuchnięte oczy, mrużąc je chcąc załagodzić ból nocnego maratonu płaczu, który zakończył się w nieznanym mu momencie z idealną płynnością, bez ani chwili namysłu. Noc była dzisiaj dla niego łaskawa, dając mu spokój choć na kilka godzin, by napięte ciało mogło odpocząć, a rozkołatane serce mogło się uspokoić.
Gęsia skórka wystąpiła mu na skórze, a dreszcz przebiegł wzdłuż kręgosłupa, gdy zimno wdarło się pod koc, kiedy przekręcał się na drugi bok. Trafił wzrokiem na zmiętą piżamę, jakiej nie założył wieczorem, pozostając w ubraniach z pracy. Pościel będzie do wymiany. Nowy dzień, nowe obowiązki. Ani chwili odpoczynku. To dobrze, nie będzie myślał, a przynajmniej spróbuje tego nie robić. Teraz i tak nie mógł pojechać do rodziców, bo zaraz będzie musiał wrócić, a na paliwo wyda tyle, co na dwa dni leków dla ojca.
Powoli podniósł się do siadu. Koc zsunął mu się z ramion. Odgarnął na bok potargane włosy opadające mu na oczy i patrzył biernie przed siebie. Pozwalał myślom płynąć tam gdzie chciałby, choćby kierunek w jakim podążały nie do końca mu pasował. Musiał podjąć kilka decyzji i wiele z nich mocno go zaboli, ale czas by dorósł i zrozumiał pewne kwestie. Może to tylko nastrój żałoby po wierze w lepszą przyszłość, a może to już pewne i wieczne podejście, jakie zagnieździ się w nim już na długie lata, a może i do śmierci. Nie wiedział do gorsze, ale nie chciał się teraz nad tym zastanawiać.
Zestawił nogi z łóżka, marszcząc brwi gdy gołe stopy dotknęły zimnej podłogi. Wstał i zrobił kilka kroków podchodząc do okna. Ponoć kiedy zamykają się jedne drzwi, to inne się otwierają. Czy to prawda? Nie był pewien. Oparł się dłońmi o parapet, wychylił na zewnątrz, zaciągając się chłodnym, ozonowym powietrzem, które w racji na poranek, nie zdążyło jeszcze zostać zanieczyszczone przez szare życie mieszkańców Londynu. Praca, dom, rodzina, praca, dom, rodzina. Jedno męczyło, drugie było daleko, a trzecie umierało. Zamknął oczy, starając się nie myśleć o tym co niedługo może utracić na zawsze. Jednak to chyba dobrze, że boli, prawda? Tak mu się wydaje, bo w końcu jeśli cierpisz po stracie czegoś znaczy, że ci zależało, że kochałeś, że uczucie było prawdziwe, a nie wymuszone pokrewieństwem czy poczuciem obowiązku i grzeczności. Naprawdę ich kocha, wszystkich, a skoro jego życzenie o spokojny sen się spełniło, to czas zerwać się po raz kolejny do walki i spróbować sprawić, aby wieczorem świat był się choć odrobinę lepszy niż gdy go zastał rankiem.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Neil Enfer (1558)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa