• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 … 16 Dalej »
[styczeń 1971|Knieja Godryka] Co lato uzbiera, to zima pożera

[styczeń 1971|Knieja Godryka] Co lato uzbiera, to zima pożera
przybłęda z lasu
The way to get started is to quit talking and begin doing.
wiek
26
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
stolarz
Jasne jak zboże włosy, jasnobłękitne oczy. 183 cm wzrostu, szczupła ale dobrze zbudowana sylwetka. Ubiera się prosto, choć jego rysy zdradzają arystokratyczne pochodzenie. Ma spracowane ręce i co najmniej kilkudniowy zarost.

Samuel McGonagall
#1
15.02.2024, 21:25  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.02.2024, 21:51 przez Samuel McGonagall.)  
styczeń 1971

Knieja Godryka

Knieja była kobietą.

Dziką, magiczną i nieokiełznaną.

Knieja rozlewała swoje wielkie zielone ciało, niechętnie patrzyła na tych, którzy czyhali na jej ukryte w fałdach dzikiej sukni skarby. A śmiałków było wielu, próbowali wyznaczać ścieżki, brukać swoim istnieniem polany, zabijać jej dzieci i wykradać dobra.

Lecz Knieja miała swoje sposoby na to, żeby się bronić, lecz spośród wszystkich pór roku najbardziej umiłowała zimę, kiedy to sklepienie niebieskie ruszało jej z pomocą i doglądało snu pod białą, zabójczą dla wielu kołdrą.

Zima była czasem wytchnienia i odpocznienia, wciąż jednak małe istnienia zwane ludźmi, próbowały wejść pośród jej włosy zamrożonych drzew i szukać, gnębić, poniewierać.

Czego pragnęło serce Ariela, gdy przekraczał granicę tego co ujarzmione? Inspiracji? Specjalnego gatunku grzybów, rosnących tylko na mrozie? A może zapomniał się i po prostu szedł ścieżką nie zauważywszy jak zamykają się nad nim czarne szpony pogietych gałęzi, zapominając o tym jak prędko robi się ciemno, jak często ścieżki prowadzące przez las w drodze powrotnej okazują się prowadzić zupełnie gdzie indziej.

Mróz zacisnął na młodzieńcu swoje okowy, oszalały wiatr północny chciał zerwać wynędzniałe okrycie. Słabość wygrywała z wolą przetrwania, w końcu zakopany w wiekowych korzeniach człowiek zasnął otoczony modlitwą o cud lub chociaż szybką, bezbolesną śmierć.

+++

Jakież więc mogło być jego zdziwienie, gdy się obudził?

Pierwsze co poczuł to zapach pieczonej cebuli i koziego sera. Gdzieś przez to przebijała ziołowa mieszanka, tak skołowany umysł zielarski mógł podpowiedzieć mu, że jest to całkiem niezła kompozycja na odmrożenia. Usłyszał też wesołą melodyjkę mruczaną przez innego mężczyznę, który najwidoczniej nie był w tak tragicznym stanie jak on. Przez powieki dostrzegał – teraz już całkiem świadomy – niezbyt intensywne, migoczące światło. Płomień.

Wkoło było miękko i bardzo ciepło, czuł ciężar wszystkich tych okryć, które go dociążały, zupełnie inne, niż zbyt biedne ubranie na nocną wędrówkę po Kniei. Jesli tylko poruszył się, mógł zdać sobie sprawę, że leży na jakimś futrze zupełnie nagi.

Nagle coś pogłaskało go po głowie. Właściwie to może był pocalunek? Nie, jednak miękki nacisk przerodził się w coś bardzo nieprzyjemnego. Coś gryzło jego włosy i ciągnęło nieubłaganie...

– Białka na Trójjednie! No zostaw go, fe, już wracaj do swojego kąta diablico jedna! – zafuczał nagle przyjemny baryton, a śpiewanie ucichło. Ktoś odciągał tę całą białkę pozostawiając jego włosy, które były znów bezpieczne choć w górnej partii całkiem możliwe, że oślinione. Oddalające się od posłania kroki, nie za daleko, nie za głośne, a potem... skrzypienie zawiasów i beczenie pełne sprzeciwu, to wszystko miało przyjemny akompaniament trzaskającego w płomieniach drewno. Było tu ciepło. Był bezpieczny.

motyl
I wish they would only take me
— as I am —
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Łagodność rysów czyni go bardziej podobnym do chłopca, aniżeli mężczyzny u progu trzeciej dekady życia. Sylwetka smukła, nosząca ślady niedowagi, zaś wzrost przeciętny (zaledwie 177 centymetrów). Jasne włosy opadają miękko na czoło, a błękitne oczy patrzą ufnie na swych rozmówców. Odzienie skromne, z licznymi śladami reperowania.

Ariel
#2
24.02.2024, 00:18  ✶  
Zima była piękną, lecz surową Panią. Przekonał się o tym także Lysander, gdy w swej naiwnej butności wkroczył w objęcia kniei, poszukując jelenia, który tego roku błądzić miał w okolicy w poszukiwaniu pożywienia. Odziany w cienki przejściowy płaszcz - stanowiący najcieplejszy element jego garderoby - przemierzał nagi las. Na swą obronę miał tylko szkicownik; zszyte domową nicią pliki najtańszego papieru - żałośnie nieforemne, ponieważ znał się jedynie na sztuce malarstwa, nie introligatorstwa - oraz małe metalowe pudełeczko pełne marnych węgielków oraz zdezelowanych ołówków.

Nie spotkał jelenia, a mrok spłynął na ziemię zdecydowanie zbyt szybko. Głodny, zmarznięty i przerażony szukał zatem drogi do domu. Lecz nie było drogi; były jedynie groteskowo powyginane konary drzew, chwytające go w swoje szpony. Pod śnieżną pierzyną nie dało się dotrzeć leśnego traktu, zniknął też kamień, stanowiący drogowskaz. Opadł wreszcie bez sił pod wiekowym dębem w samym sercu kniei.

Zima była piękną Panią, Wiosna łaskawą, ale Śmierć...! Śmierć była z nich wszystkich najpiękniejsza. Bez lęku więc rzucił się w jej ramiona; zasnął z policzkiem przytulonym do szorstkiej kory, szkicownikiem przyciskanym przez skostniałe dłonie do piersi i ze zsiniałymi wargami ułożonymi w łagodny półuśmiech.

*

Umarłem, rozbrzmiało w jego głowie zaraz po przebudzeniu i doszedł do wniosku, że w gruncie rzeczy, śmierć była bardzo przyjemna. Nieco inna, niż się spodziewał - bardziej materialna, niż powszechnie wierzono - lecz jakże rozkosznie było wyciągnąć się pod ciepłym okryciem! W powietrzu unosił się zapach domu; znajoma mieszanka ziół, cebuli i koziego sera. I płomienie tańczące mu za powiekami, i ogień wesoło trzaskający w palenisku. Och, jakże mu było tu dobrze...

Kąciki ust drgnęły, gdy coś złożyło pocałunek na jego głowie i nie zniknął nawet wtedy, gdy szarpnęło go za włosy. Nie był to chyba człowiek. Zwierzę? Koza? Tak, przecież pachniało tu kozą, która sama w końcu się zdradziła. Jak w domu...!

— Czym sobie zasłużyłem na raj? — wyszeptał półprzytomnie, szukając spojrzeniem istoty, której głos dopiero co usłyszał. Spojrzenie miał jednak zamglone i ciało zbyt osłabione, by poruszyć głową; zamknął więc na powrót powieki. Czy mu się zdawało, czy leżał pod przykryciem nagi? Nie szkodzi, było bardzo przyjemnie. — Jestem tylko prostym grzesznikiem...
przybłęda z lasu
The way to get started is to quit talking and begin doing.
wiek
26
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
stolarz
Jasne jak zboże włosy, jasnobłękitne oczy. 183 cm wzrostu, szczupła ale dobrze zbudowana sylwetka. Ubiera się prosto, choć jego rysy zdradzają arystokratyczne pochodzenie. Ma spracowane ręce i co najmniej kilkudniowy zarost.

Samuel McGonagall
#3
28.02.2024, 12:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.03.2024, 20:49 przez Samuel McGonagall.)  
– Oh... – kilka słów i już rosła w niskiej izbie postać znalazła się u wezgłowia posłania. Starczyły ledwie dwa bardzo długie i sprężyste kroki i już całe łóżko zaskrzypiało, gdy gospodarz półgębkiem przysiadł przy kopcu ze skór i koców i odgarnął go delikatnie. Miał długie, jasne lnem włosy związane w niedbały kok u nasady czaszki. Jego broda, choć przystrzyżona, nijak nie zgadzała się z najnowszą modą – ot włosy były na tyle długie, by chronić przed mrozem, na tyle krótkie, by nie przeszkadzać w robocie. Zarost dodawał mu wieku, w kiepskim świetle wyglądał na dobre 30 lat.

– Tu jesteś...– powiedział do znaleziska delikatnie, z tembrem głosu zarezerwowanym tylko dla zwierząt, tych poranionych przez kłusowników, zagonionych, bezbronnych, potrzebujących troski i ciepła. I och, jakże w tej izbie było ciepło. W palenisku drew było ponad miarę, teraz bez skórzanej skorupy, uderzała jasność pośród dmiącego na zewnątrz wiatru. Zdawał się być on jednak w innym świecie, jakby mag tubą otoczył niewielką przestrzeń, portalem uciekł do feywildu, bezpiecznego miejsca niekończącego się lata.

– Nikt nie zabrał Twojej duszy, nie dałem im Motylu. – choć ręce mężczyzny były chropowate uczciwie przepracowanym każdym dniem swojego życia, to gest, którym odgarnął przyklejone do czoła włosy, nosił w sobie znamiona najwyższej delikatności. – Dam Ci trochę miodu, maść na odmrożenia za moment powinna dobrze zawiązać, zupa też dochodzi. – Jasnobłękitne oczy, przywodzące na myśl bezchmurne lipcowe niebo przeniosły się z twarzy nieznajomego mężczyzny, ku szafce stojącej u wezgłowia, na której blacie czekał już drewniany kubek i zalakowana, pękata butelka. Korek odszedł z tąpnięciem, a do ferii zapachowych barw dołączyła bliska słodycz trójniaka. Samuel odłożył butelczynę, upił łyk, niczym podczaszy, sprawdzając stan alkoholu, po czym ujął dłonią głowę swego gościa, by podnieść ją nieznacznie, a do ust przyłożył srogi napitek, gwarantujący ciepło również wewnątrz ciała, a nie tylko na jego peryferiach.
motyl
I wish they would only take me
— as I am —
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Łagodność rysów czyni go bardziej podobnym do chłopca, aniżeli mężczyzny u progu trzeciej dekady życia. Sylwetka smukła, nosząca ślady niedowagi, zaś wzrost przeciętny (zaledwie 177 centymetrów). Jasne włosy opadają miękko na czoło, a błękitne oczy patrzą ufnie na swych rozmówców. Odzienie skromne, z licznymi śladami reperowania.

Ariel
#4
29.02.2024, 22:58  ✶  
Ponownie zebrał w sobie wszystkie siły, by otworzyć oczy, a niemalże bezgłośne westchnienie wyrwało się spomiędzy spierzchniętych warg, gdy wyrosła przed nim sylwetka mężczyzny.  Zaraz potem na jego twarz wykwitł uśmiech; rachityczny jak cała sylwetka trawionego gorączką czarodzieja, jednak nie mniej szczery niż jego spolegliwe spojrzenie. Gdy nieznajomy pochylał się nad nim, złociste płomienie zatańczyły na jego lnianych włosach, na moment upodabniając je do koloru słoneczników otaczających latem jego chatkę.

Ze wszystkich kwiatów Ariel najbardziej umiłował sobie słoneczniki.

— Nie puszczaj mnie — poprosił. Odmrożona skóra boli, gdy jest ogrzewana; to właśnie ten ból, choć jeszcze kilka chwil temu żałośnie stłumiony, wyrwał go z letargu. Teraz miał wrażenie, że coś rozdziera go od środka, przegryza się przez tkankę do kości, ostre i tępe jednocześnie. Najbardziej płonęły uszy, dłonie oraz stopy; wówczas brzydki grymas przemknął przez jego lico, a on zadrżał nieznacznie, gdy duża dłoń oderwała jego głowę od posłania. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo był mokry.

Pił miód zachłannie, zupełnie tak, jakby był jego ostatnim napojem w życiu; nawet jeśli krótki kurs w Mungu nakazywał mu nie wierzyć w złudne ciepło rozlewające się wewnątrz ciała, istniała szansa, że chociaż go znieczuli. Odetnie świadomość od walki, którą toczyło ciało; ono poradzi sobie bez udziału woli. Zawsze sobie jakoś radził.

Oderwał usta od butelki z cichym sapnięciem i opadł na posłanie. Paliło go w przełyku, zaraz zacznie szumieć w głowie.

— Jak ci się odwdzięczę, Aniele? — Chciał go dotknąć, upewnić się, że jest prawdziwy, lecz dłonie odmawiały posłuszeństwa. Patrzył więc tylko, z oczami roziskrzonymi jak ogniki tańczące w palenisku.
przybłęda z lasu
The way to get started is to quit talking and begin doing.
wiek
26
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
stolarz
Jasne jak zboże włosy, jasnobłękitne oczy. 183 cm wzrostu, szczupła ale dobrze zbudowana sylwetka. Ubiera się prosto, choć jego rysy zdradzają arystokratyczne pochodzenie. Ma spracowane ręce i co najmniej kilkudniowy zarost.

Samuel McGonagall
#5
04.03.2024, 20:48  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.03.2024, 20:49 przez Samuel McGonagall.)  
Na prośbę o pozostanie, fuknął tylko lekko nosem i skinął głową na znak, że rozumie i nie odchodzi. Pomógł mu pić, a gdy jego nieoczekiwany gość pośród tej mroźnej zamieci miał już dość, sam przyłożył usta do wrót glinianego naczynia. Ciepło choć złudne, nie było poparte ciepłem, które rozchodziło się po izbie, nie było złudą wobec gorąca kołder i futer otaczających jak kokon zmarzniętego motyla.

– Żyj. Świat byłby smutniejszym miejscem bez Ciebie – odpowiedział z prostotą, na wskroś szczerze, nawet jeśli nie chciał się przyznawać, że zdarzało mu się widzieć ów eteryczną istotę latem pośród mchów i miększych polan Kniei. Czujne sokole oko teraz jednak było zamienione na ludzkie, chłodne błękitem, ocieplanym ramą miękkiej skóry, której wgłębienia czasu dopiero zaczynały postępować wokół oczu.


Na moment zamilkł, nie bojąc się ciszy, sycąc się obecnością kogokolwiek w domu, który od lat nie widział nikogo poza Samuelem i okazjonalnie jego przyjaciółką z miasteczka. Teraz jednak było to inne, nowe. Mężczyzna, na pół zdziczały osamotnieniem, nieświadom nawet jak bardzo spragniony jest cudzego dotyku i obecności, siedział spokojny, przypatrując się z troską i zaciekawieniem Lysandrowi. Po chwili trwającej wieczność czy dwie, położył otwartą, sękatą drewnem dłoń na jego czole, czyniąc tę chwilę na wskroś rzeczywistą. Pachniał popiołem i żywicą sosnową, która wyraźnie przebijała się przez kremową woń serowej zupy i lekko kwaskowaty zapach postukujących o ściany porożem kóz.

Przeglądali się w swoich oczach, jak nieboskłon zagląda w przestwór spokojnego oceanu, okraszonego krwistą czerwienią zachodzącego za horyzontem słońca. Dwa błękity miękko opadające na siebie zdawały się być puchowo różowawe, w zmęczeniu i uldze ocalenia.

– Jestem już szczęśliwy. Bałem się, że się nie obudzisz. W taką noc, jak ta, nie miałbym jak szukać dla Ciebie pomocy – przyznał, nie bacząc na to, czy wieści te przerażą, czy staną się początkiem współradości, świeta życia, które chwile temu obchodzone było w lśniących światełkach Saturnaliów.

– Mieszkasz w Dolinie, prawda? – Samuel nie był medykiem, znał się na pomocy zwierzętom, ale też po sobie wiedział, że nie ma zbyt dużej różnicy między ssakami. Kilka detali, kępka futra, czasem dodatkowy żołądek, czy inaczej zakończona kończyna. Drobnostka. – Podniosę się teraz, ale wrócę z zupą. Spróbuj nie zasnąć. Opowiedz... opowiedz mi o sobie.– szeptał cicho, jak zwykle mówił zwierzętom. Z tym wyjątkiem, że to on tkał ich futrzane życie, w dotyku i tembrze głosu niosąc im zapewnienie bezpieczeństwa. Teraz jednak Motyl mógł mówić sam za siebie. Mógł podzielić się nawet swoim imieniem, jeśli miałby na to chęć. Sam miał w sobie wiele cierpliwości dla kniejowego ludku. Dlatego też czekał na przyzwolenie, a gdy tylko je dostał choćby i skinieniem głowy, ruszył wykradać kociołkowi tłustą polewkę, mającą dać siły naturalnym kolejom rekonwalescencji.

motyl
I wish they would only take me
— as I am —
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Łagodność rysów czyni go bardziej podobnym do chłopca, aniżeli mężczyzny u progu trzeciej dekady życia. Sylwetka smukła, nosząca ślady niedowagi, zaś wzrost przeciętny (zaledwie 177 centymetrów). Jasne włosy opadają miękko na czoło, a błękitne oczy patrzą ufnie na swych rozmówców. Odzienie skromne, z licznymi śladami reperowania.

Ariel
#6
18.03.2024, 00:08  ✶  
Nie sądził, aby świat przejął się jego zniknięciem, ale nie wypowiedział swoich wątpliwości na głos. Coś innego przykuło jego uwagę...

Motyl.

Słaby uśmiech zamajaczył na jego rumianej, dręczonej gorączką twarzy. Mo-tyl, powtórzył za nim bezgłośnie, jakby przymierzał to słowo, badał je językiem i sprawdzał, jak układa mu się w ustach. Ładnie. Nawet zbyt ładnie, jeśli chodziło o Ariela; motyle były doskonałe, ich kolory doskonale wyważone przez Matkę Naturę, a on... On był zwyczajnie przaśny, tak jak cała jego sztuka. Nie rozumiał konwenansów - zawsze żył obok nich, choć niekiedy udawało mu się oszukać świat, że jest taki sam jak wszyscy. Nie rozumiał teorii malarstwa - nie miał nawet szansy jej poznać, więc jego pierwsze obrazy były rozmyte, brudne lub przejaskrawione i budzące nieprzyjemne napięcie, kiedy się na nie patrzyło.

Nie równał się zatem z doskonałością motyla. Ale to przyjemne uczucie być czyimś motylem.

— Ja przecież znam cię... — wychrypiał i poruszył się gwałtownie podniecony tym odkryciem; prędko tego pożałował, gdy ciało zbuntowało się bólem — Sprzedawałeś latem w Dolinie swoje... swoje... Ja chciałem podejść...

Ale nie byli sami, a on czuł się jak nieproszony gość; nie miał bowiem tamtego dnia pieniędzy, ani niczego, co mógłby ofiarować mężczyźnie w zamian. Siedział więc pod drzewem, z dala od wszystkich i szkicował jego twarz pewny, że nigdy więcej się nie spotkają. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że od tamtego czasu często się spotykali - gdy malował knieję, gdy zbierał grzyby, albo gdy leżał w swojej najpiękniejszej sukience na leśnej polanie - choć niejednokrotnie jego myśli zahaczały o krogulca krążącego gdzieś ponad jego głową.

— Teraz już możesz pytać mnie... Szkoliłem się na uzdrowiciela... Myślę... Myślę, że razem coś zaradzimy — wysilił się nawet na żart. Nie docierało do niego, że mógłby umrzeć - jeszcze nie. Być może nigdy nie miało to do niego dotrzeć; żył przecież jakby na marginesie świata. Opuścił wzrok, czując, że nie jest w stanie dłużej znieść spojrzenia błękitnych oczu. Skupił się za to na dłoniach swego wybawcy - dużych, ciepłych, spracowanych, a jednocześnie delikatnych i przez krótki moment zapragnął je namalować. 

Och, ale szkicownik z pewnością został tam gdzieś w lesie pod warstwą śniegu; nawet jeśli jakimś cudem jego fragmenty przetrwają do wiosny, wilgoć z pewnością wypłucze ze stron ślady węgla. Myśl ta ogromnie go zasmuciła. Tam były przecież jego wspomnienia...

Skinął głową - zarówno w odpowiedzi na jego pytanie, jak i w geście przyzwolenia na to, by odszedł, choć usta rozchyliły się, jakby chciał zaprotestować i poprosić, żeby mężczyzna został jeszcze przy nim; tak przyjemnie posłanie uginało się pod jego ciężarem.

— Jestem Lysander. Robię eliksiry do apteki w Dolinie. Trochę rysuję — wyznał skrępowany, ale nie zamierzał przestać; wiedział, co ten człowiek chciał osiągnąć nakazując mu mówić - utrzymać jego uwagę i świadomość, aby znów nie zapadł w letarg — Mam dwie kozy. Lubię słoneczniki. I maki. W Dolinie jest dużo maków, można zrobić z nich mleczko. Dobre do eliksirów przeciwbólowych. Mam bliznę na łokciu po tym jak spadłem z drabiny gdy miałem osiem lat, ale chyba ją widziałeś?
przybłęda z lasu
The way to get started is to quit talking and begin doing.
wiek
26
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
stolarz
Jasne jak zboże włosy, jasnobłękitne oczy. 183 cm wzrostu, szczupła ale dobrze zbudowana sylwetka. Ubiera się prosto, choć jego rysy zdradzają arystokratyczne pochodzenie. Ma spracowane ręce i co najmniej kilkudniowy zarost.

Samuel McGonagall
#7
21.03.2024, 23:00  ✶  

– Och tak?– uniósł brwi, gdy okazało się, że jego gość go rozpoznał, ale zaraz po tym pokiwał głową na potwierdzenie w parującej aurze serowej zupy przelewanej do porcelanowego talerza, abstrakcyjnie wpasowującego się w skromne, żeby nie powiedzieć prymitywne otoczenie. – Figurki i amulety... Hah, nie mam co z nimi robić, dzisiaj palę nimi w piecu, bo w sumie robię je dla zabicia czasu, w takie wieczory jak ten, a potem... cóż, nie wszystkie schodzą. Przynajmniej dobrze robią jako rozpałka, drewno musi być odpowiednio przesuszone. – wpadał w ton bajarza mimowolnie, jak ktoś kto normalnie nie mówi z responsywną istotą, a kozą właśnie, czy pieńkiem w lesie.

– Ja też tak myślę, teraz gdy już wróciłeś, gdy mówisz, całkiem składnie przyznaję, zatem jest nadzieja. – uśmiech nie gasł mu z twarzy, gdy powrócił na swoje miejsce, aby zorientować się, że w tej pozycji Lysander nie będzie w stanie jeść. Pospiesznie odłożył talerz na stoliczek nocny, strącając kilka drobiazgów, w tym drewniane figurki właśnie przedstawiające lisy w przeróżnych pozach, po czym pochylił się do niego i już miał go złapać za ramiona, gdy zawahał się i poszukał zapodzianych w myślach oczu trawionych gorączką.

– Trochę Cię muszę podsadzić dobrze? Tak żeby Cię nie oblać wrzątkiem. Postaram się być delikatny. – koił jak mógł, łagodnością tonu, pewnym zagubieniem, bo tym razem istota, której pomagał mogła odpowiedzieć. W końcu jednak, nieco niezdarnie, spionizował go na tyle, by nie odsłaniać ciała spod ciepłego futra. Dbał aby kokon spełniał dalej swe lecznicze funkcje. Zaraz po tym sięgnął po talerz i zamieszał w nim uwalniając kolejne porcje intensywnego zapachu.

Zupa zdawała się być złożona z trzech składników. Koziego sera, to pewne, dla kogoś kto hodował tez kozy nie można było tego pomylić z czymkolwiek innym. Cebula i czosnek byli jego towarzyszami, przebywający w kociołku tak długo, że nie trzeba było wywaru już w ogóle przecierać. Samuel wziął za dużo i pogiętą nieco łyżkę i nabrał nieco żółtego aromatycznego płynu. Przemyślał sprawę przez moment i podmuchał weń, nie chcąc biedaka jeszcze dodatkowo oparzyć. Zaraz potem wsadził do strawy własny jęzor i skrzywił się, ewidentnie uznając, że jest za gorąca. Dlatego też powróciła zupa do talerza, a Sam zaczął w umiarkowanym tempie zataczać w nim kręgi, aby ostudzić jednolicie całość.

– Ja też mam kozy. Białkę już miałeś okazję poznać, Miłka nie jest tak do obcych. – jakby na potwierdzenie jego słów coś zabeczało z rogu sieni. Z pewnością jedna z tych dwóch uroczych wspomnianych pań. – Ach... i nie miałem czasu przyglądać się Twoim bliznom, wybacz. Były pilniejsze sprawy na mojej głowie. – dodał i nabrał zupę znowu by na nią podmuchać i w końcu być może zaaplikować swojemu pacjentowi.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ariel (1119), Samuel McGonagall (1611)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa