• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 … 16 Dalej »
[16.08.1972r.] Wolność, równość i butelki

[16.08.1972r.] Wolność, równość i butelki
Kolorowy ptak
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Neil Enfer
#1
01.04.2024, 16:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.04.2024, 01:24 przez Neil Enfer.)  
Marsz Praw Charłaków

Oderwanie od rzeczywistości było zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Dzisiaj było akurat tym drugim. Ubrany odświętnie, no nie, nie było to odświętne, ale mało brakowało. Strój był elegancki, akurat na wigilię z rodziną, tak, żeby sprawiać wrażenie ogarniętego życiowo człowieka, jakim za grosz nie był. Wybrał się z wydrukowanymi CV, z opisami swoich umiejętności zaznaczających jego zerowe doświadczenie w jakiejkolwiek dziedzinie. Rodzice mieli racje, lepiej było zostać w domu, pomagać w gospodarstwie, albo zatrudnić się u sąsiadów. Pieniądze z tego byłyby małe, ale chociaż nie marnowałby czasu na szukanie roboty, której może nie znaleźć. Może chciał też wykorzystać możliwość ucieczki? Chciał być samodzielny i zapomniał o tym, jakie to są koszty? Tak czy inaczej miał zamiar chodzić od drzwi do drzwi i pytać się grzecznie ,,Dzień dobry, czy potrzebujecie pracowników?". Mógł zacząć już teraz, od razu. Problem był jeden... Masa miejsc była zamknięta, bo w końcu jeśli ludzie będą w pracy, to kto pójdzie na protest? Kto stanie po stronie charłaków? Kto przeciwko nim? Trzeba było słuchać radia czy czytać gazety, wtedy by wiedział, żeby wybrać sobie inny dzień na szukanie roboty, ale nie czytał i tera zbył kompletnie zaskoczony pustkami i szumem wielkiego miasta skoncentrowanym na jednej ulicy, w której kierunku właśnie zmierzał.

***

Poirytowany swoim pechem wyszedł zza rogu kamienicy i zdał sobie sprawę z tego, że to nie był pech, a jego własny idiotyzm. Nie był za dobry w te całe magiczne rzeczy, ani w radio, ani w gazety, bo co to za gazeta co się rusza i masz wrażenie, że osoba na obrazku patrzy się na ciebie cały czas, widzi co robisz. Przebrać się nie można w spokoju, bo się minister gapi. Straszne. Radio jeszcze gorsze, bo może słyszą co mówisz i ci odpowiedzą? Będziesz spokojnie śpiewać piosenkę jaka właśnie leci i każą ci się zamknąć, bo fałszujesz. To by zrujnowało jego samoocenę do końca.
Nie wiedział, że dzisiaj jest jakieś zgromadzenie, a patrzenie na postulaty, słuchanie krzyków niewiele mu dawało. Jedni pisali na kartkach wprost, inni używali angielskich żartów, jakich nie pojmował, do tego mamrotanie, krzyki, wulgarne słowa. Zerknął na boki zdezorientowany i ściągnął plecak z grzbietu, chowając do niego teczkę z dokumentami, zacinając się w połowie, kiedy kolejne krzyki rozległy się po drugiej stronie ulicy. Zawinął materiał, zapiął guziki i stał grzecznie z boku, nie mając na siebie pomysłu. Już dzisiaj nigdzie nie pójdzie, nikogo do siebie nie przekona i wszystko to dlaczego? O co oni właściwie walczą? Ehhhh... Westchnął. Musiał iść dalej, bo niestety zostawił samochód tam gdzie tłum zmierzał.
Poprawił plecak i ruszył, wciskając się w ciepłą masę mięsa, kości i nerwów ludzkich ciał, drących się w niebiosa o tym czego to tak bardzo chcą. Naprawdę rozumiał jedynie pojedyncze słowa i sam też pojedyncze słowa wypowiedzieć umiał, bo myśli całkowicie mu się zgubiły. Przecisnął się tu, tam, tu przeprosił, tam poprosił, od tego się odepchnął, do tej przylgnął. Życie było bardzo ciężkie kiedy nie miało się charyzmy ani mięśni pozwalających się przedrzeć na drugą stronę ulicy. Już wolałby, żeby samochody tu jeździły z tym swoim ruchem lewostronnym. Oszaleli, zwariowali. Tak to jest, jak się jest odizolowanym od świata na wyspie, człowiek dziczeje! Frustracja rosła i rosła, aż w końcu zobaczył koniec tłumu. Przeszamotał się do końca wypadając z impetem na chodnik, wpadając na stojącego tam mężczyznę, który natychmiast zawarczał, zafukał, odepchnął go, zamachał rękoma, oburzony. Uniósł pięść i...

***

Znał ten rodzaj bólu, nie raz go doświadczył w czasach szkolnych, które nie były wcale aż tak odległe. Teraz miał wrażenie, że cofnął się w czasie, gdy uciekając od trzymającego go agresora wchodził na ludzi. Pięści, co? CO za paskudne, mugolskie sposoby walki. Gdzie twoja różdżka drogi panie? Nie ma? Ah... Jest... No proszę, za paskiem, ciekawe.
Krew skapnęła mu na białą koszulę. Ubrał się tak elegancko, dobrze, że jednak zakończył rozdawanie swoich CV, bo jak teraz miałby się pokazać ludziom, potencjalnym pracodawcom? Przetarł ręką nos, zostawiając czerwone smugi na skórze twarzy i wierzchu dłoni. Zaraz przyszło kolejne uderzenie, choć było nieco osłabione, bo protestujący ludzie połapali się o do chodzi. Ktoś chwycił dłoń mężczyzny, ktoś spróbował go popchnąć, ale nie dało to nic, gdy kilku kolejnych zobaczyło swoją okazję.
Takie właśnie są mugolaki! Tacy właśnie są! Udają, że są częścią czarodziejskiej społeczności, a potem atakują, rzucają się na nas! Bieda! Boże dopomóż! Śmierć mugolakom! Straszne! Widział ich oburzone twarze, kompletnie zatracone w ich ignoranckich przekonaniach. Trzeba było im dać to, że jeśli biją tak silnie jak silna jest ich wiara w słuszność ich idei, to należy im się odrobina szacunku za pasję i zaangażowanie.
Oblizał usta, czując, jak ktoś ciągnie go w tył, nogi mu się plączą. Smak krwi uderzył mu do głowy, był mdły i orzeźwiający. Poczucie strachu i niesprawiedliwości. Jego ojciec się całe życie chował. Jego ciotka również. Matka... Jego matka była z innej gliny lepiona. Żałował czasami, że ma jedynie połowę jej krwi w sobie. Dzisiaj jednak ta część krwi obudziła się pełną parą. Złość na niepowodzenie, na presję jaką czuł na sobie, irytacja dźwiękami i dotykiem obcych. Nienawidził tego wszystkiego, to miasto było okropne, ten kraj był paskudny. Chciał wrócić do domu, do Francji. Dalej pamiętał dawne życie w czym Akademia mu jedynie pomagała, umacniając w nim rodzimy język. Czy tam nie byłoby takich samych problemów? To nie było ważne, był teraz tu i nigdzie indziej i musiał odpowiedzieć na atak.
Zacisnął pięść, wiedząc, że długie paznokcie przy uderzeniu wbiją mu się we własne ciało. Wziął zamach i wypuścił cios, aby podążał tam gdzie intuicja go zaniosła. Jedno uderzenie, później kolejne, a następne razem z inną osobą chcącą równości. Teraz siedzieli w tym razem i już nie było przebacz. Mógł nie rozumieć po co się tu zebrali, ale w tej chwili protestujący stali się jego sojusznikami i musiał walczyć za nich. Dawał upust swojej złości i niezrozumieniu, przyjmował kolejne ciosy, przez emocje i adrenalinę zapominając o bólu, odsuwając go na dalszy plan. Jeśli nie będzie walczyć, jeśli się podda zadepczą go, zaduszą, zabiją. Nie mógł na to pozwolić, musiał przeżyć, znaleźć pracę i zdobyć pieniądze.

***

Tłuczone szkło odbijało się echem pomiędzy budynkami, wrzaski służb próbujące przywrócić porządek i spokój. Wszystko bezskuteczne. Jedna strona chciała się poddać, ale atakowana nie mogła złożyć broni i potulnie opuścić głowy, bo spadłby na nie kolejny cios.
Dłoń krwawiła coraz bardziej, tak samo nos, rozcięta warga i skroń, w którą wbita była wesoła garstka kolorowego szkła butelki na jaką upadł tuż po tym, jak ta została rozbita w piękny kształt tulipana. Sztuka jest we wszystkim, może nawet w tym chaosie, który został uwieczniony przez sprawne dłonie dziennikarzy i ich posłusznych aparatów. Renesansowe obrazy, barkowe dzieła. Ciała wygięte w rozkoszy, w śmierci. Fascynacja przemocą jest wszechobecna. Kto się lubi ten się czubi? Wszystko prowadzi do miłości? Czy było to rozwiązanie? Rzucić wszystko i wpaść sobie w ramiona? Czy myślał na poważnie?
Zajęczał z bólu patrząc w niebo, które rytmicznymi ruchami przesuwało się nad nim, jak film, jak łańcuch roweru. Brak aktywnej walki ciała sprawiał, że cierpienie zaczynało do niego docierać, kpiąc z jego naiwności, z jego starań, bo kto przyjmie do pracy kogoś kto brał udział w tym wszystkim? To nie będzie dobrze wyglądać, chyba, że na zmywaku, ale wtedy po czyjej stronie stałeś? Jaka odpowiedź spodoba się pracodawcy?
Poruszył się na noszach, spróbował się przekręcić, poderwać, zadziałać.
-Proszę się nie ruszać. Zajmiemy się Panem.-miękki głos lekarza brzmiał niebiańsko. Wysilił się, spojrzał na niego, przesuwając mętnym wzrokiem po jego smukłej dłoni, ubraniu, gładko ogolonej twarzy. Ile on miał lat? Nie był młody, nie mógł być, ale w tej chwili to nie miało znaczenia. Jego anioł przybył i zaraz poda mu... Co to za strzykawka?
Kolejny raz szkło roztrzaskało się o ziemię, gdy uderzył ręką w dłoń medyka, odrzucając leki, kaszląc i łapiąc się za brzuch, na którym nie wiedzieć kiedy powstała krwawa plama. To jego krew? Nie, to niemożliwe, czuł się dobrze... Chyba... Trudno mu było określić jak nisko jest próg ,,dobrze", bo zazwyczaj miał niskie wymagania. Czy były za niskie? Żywił się ochłapami. Przyjmował łaskę pana, jak najświętszą nagrodę. Był nikim, więc dostawał od świata wszystko co zgodne ze swoją klasyfikacją. Nikt nie da mu świata, nigdy. Gwiazdka z nieba nigdy nie wpadnie mu w dłonie, a jeśli wpadnie, to będzie zmuszony ją oddać bez marnowania życzenia, które i tak się nie spełni. Oczekiwania, oczekiwania... Zbyt wysokie...
Ponownie upadł na nosze, tym razem oczy wywróciły się na drugą stronę, zakryte przez powieki, oszczędzając światu widoku niezręczności omdlenia. Ciało nie było piękne, było okropne, nieskładne. Pozostawione bez kontroli wykonywało dziwne ruchy, reagowało w przesadzony sposób lub na odwrót, w całkowicie obojętny. Obrzydliwe dźwięki, niestabilne temperatury, sztywność i smród. Koniec końców każdy skończy jako nawóz dla drzew, a drzewa są obojętne na czystość krwi, na umiejętności magiczne. Drzewa pożywią się każdym bez podatków i oceniania. Czy nie jest to czymś czego mógł pragnąć?

***

Świadomość uparcie do niego nie wracała. Protest dobiegł końca, tak samo jak zamieszki. Pozostał niepokój i śmietnik na ulicy. Ulotki, papiery, szkło, papierosy. Dopiero gdy słońce zaczęło tracić na sile, odpuszczając letnie gorąco, wrócił do świata, otwierając oczy tylko po to by zmrużyć je w oburzeniu na jasność promieni zachodzącej, złotej gwiazdy. Ile czasu go nie było? Czy ktoś odpowiedział na jego prośbę o pracę? Czy to było teraz ważne? Nie był pewien. Chciał oskarżać, ale kogo? Siebie za głupotę? Ich za walkę o swoje? Czy tych drugich, co nie umieją nie wciskać nosa w nieswoje sprawy, zazdroszcząc innym, próbując zatrzymać wszystko co dobre dla siebie, na własny użytek.
Odetchnął głęboko. Po czyjej stronie stał i czy musiał po jakiejś stać? Czy jego pochodzenie i krew do czegoś go zobowiązywały? Czy ma tu kogoś dla kogo mógłby walczyć? Bezsens. Wszystko co robi, wszystko co bierze jest tylko dla niego. Są inni, którzy będą walczyć z większym przekonaniem i stabilnością poglądów. Wierzył w nich, chyba... W co wierzył? Westchnął głęboko, zaciskając dłoń na kanapie. Polityczne zabawy to koniec końców nie jego sprawa... do czasu.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Neil Enfer (1646)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa