Nocne niebo błyszczało jak usłane diamentami. Mimo tego, że sierpień był parszywy i chyba nie dążył do poprawy. A może dążył, tylko Laurentowi już było to w sumie wszystko jedno? Zakończony kolejny miesiąc, kolejne zaliczone wysmyknięcia się ramionom śmierci, nic tylko czekać, co przyniesie sobą sierpień! A przywiódł małą gorycz. Gorycz tego, że skończył z tymi biletami, które dawno chciał wykorzystać, na imprezę, na którą chciał pójść, ośmielony, zachęcony, głównie przez Florence. Może powinieneś spróbować. Może powinien. Może powinien zostawić New Forest, skoro kwitło, a w którym nie był bezpieczny i zająć się tym, do czego teraz drgało jego serce? Do śpiewu. Trzymał te bilety i zastanawiał się, jak wiele trzeba stracić, żeby zakochać się bezsensownie, bo tak, by nawet nie zasłużyć na kończące "spierdalaj". Mógł więc myśleć o tym i zastanawiać się, czy powinien czuć coś więcej, ale... nie czuł. Za to zastanawiał się, czy ktoś by z nim poszedł. Ta sytuacja była aż w pełni goryczy zbyt podobna do tego, co zadziało się miesiąc temu z kawałkiem. Kiedy chciał zabrać ojca do teatru, ale ten, cóż, był nim za bardzo zawiedziony, żeby się nie obrażać jak małe dziecko. Zawiedziony. Wtedy chciał wybrać się z Kaydenem. Ale już było za późno. Ojciec, we wspaniałomyślności, polecił, żeby wybrał się z Florence. Tą przebrzydłą, złą (w jego mniemaniu) Florence. Jakoś nie miał do tego serca w tamtej chwili. I jakoś tak to wyszło, że... posłał sowę do Nicholasa. Bo co miał w zasadzie do stracenia? Ostatecznie mógł pójść tam sam, ostatecznie mógł zaprosić w sumie Victorię, albo... albo Guinevere. Właściwie to chciał towarzystwa, a towarzystwo Nicholasa było takie... odświeżające. Niczym nie obarczające, nie oceniające, akceptujące. Słowa, jakie wypowiedział na pożegnanie były warte wiele więcej niż najlepsze z komplementów, którymi zasypywał ludzi i które czasem potrafił słuchać w swoim kierunku. Aktorstwo co prawda nie było jego broszką, ale jazz? Śpiew? Oj tak... Mógłby śnić pod tym rozgwieżdżonym niebem o tym barze pełnym ludzi, gdzie wszyscy zaklęci syrenim śpiewem po prostu nie mogą oderwać od niego oczu. Myślał dokładnie o tym, kiedy oderwał oczy od poplamionego gwiazdami granatu i zatrzymał się nieopodal samego baru, którego szyld dumnie obwieszczał "La La Land". Nigdy wcześniej tu nie był, ale słyszał same pochlebne opinie. Zaraz miał się o tym przekonać i to, jak się okazywało, z Traversem. Jakoś ciężko mu było wyjść z podziwu, że to właśnie z nim tutaj wyląduje. Nicholas i randki? Jakoś... trochę mu się to rozjeżdżało ze sobą. Z drugiej strony... ON i randka z MĘŻCZYZNĄ? Jak to do niego dotarło, jakoś dopiero teraz, to nabrało to jeszcze dziwniejszego wydźwięku i w głowie zrodziła się myśl, że może to jednak głupi pomysł. Że może się teraz wycofać, przeprosić Nicholasa, zabrać go do domu i... mogliby robić cokolwiek. Tak, po tamtym dniu był bliższy tego stwierdzenia, że to naprawdę mogłoby być cokolwiek. Chyba Nicholas był gotów się nauczyć bardzo wielu rzeczy, chociaż sprawiał wrażenie osoby, która raczej niechętnie przyjmuje nowości.
Skoro tu czekał to również mógł zawrócić.
A czekał przybrany w ciemniejsze kolory granatu i jadeitu, który podkreślał jasność skóry, platynę włosów i nieludzkie, niebieskie oczy. Nie miał na sobie prawie żadnej osoby - tylko pierścień z sygnetem rodu i drobne, jadeitowe kolczyki ze złota. Elegancki budyneczek pubu był pilnowany przez jedną osobę, która sprawdzała listę osobistości, jakie miały wejść do środka i odbierał od nich bilety. Tego dnia to miejsce było zarezerwowane na to wydarzenie - na spotkanie z małymi gwiazdeczkami, a wszystko to miało być zwieńczone konkursem dla amatorów. Niby trochę wstyd, ale z drugiej strony Laurent korzystał z tego, że ten wstyd chwilowo nie był przytłaczający. No bo - spróbuj. Spróbuj, to nie problem, to nie zaboli. Wpatrywał się w ten elegancki budynek z kamienia, przyozdobiony drewnem. Jego wóz z abraksanem został odprowadzony dalej. Nie znał nawet trzech czwartych tych osób - to niekoniecznie było towarzystwo, w którym się obracał. Ale to właśnie zachęcało. Nawet jeśli jego twarz pojawiła się ostatnio w gazetach z niekoniecznie... dobrym cytatem. Przynajmniej ze względów na bezpieczeństwo siebie samego. Bo z drugiej strony były osoby, które tylko mu gratulowały odwagi. A może głupoty?
- Cześć. - Uśmiechnął się na widok Nicholasa i dopiero, jak się odezwał, to zdał sobie sprawę, jak bardzo NIEELEGANCKO się przywitał. - Jesteś pewny? W każdej chwili możesz powiedzieć: nie, ja stąd wychodzę. Ale lepiej chyba wcześniej, niż później. - Żartobliwy ton, a przecież Nicholas był w te klocki kiepski. Zresztą akurat to, że lepiej żeby wycofał się wcześniej niż później było szczere.