15.04.2024, 12:31 ✶
Twarz nie była dość dobra. Znała podstawy, narażała się na śmieszność. Nie żeby nie była do tego przyzwyczajona. Ileż razy śmiech innych unosił się za nią w Hogwarcie, ileż razy słyszała teraz śmiech teraz, śmiech odbijający się od ścian Lecznicy Dusz, żałosny, pozbawiony wesołości a wysycony utratą nadziei, śmiech szydzący z tego co normalne, śmiech szydzący z tych co nie widzieli.
Jej poczucie własnej wartości fluktuowało, jak myśli, jak emocje buzujące w niej pod miękką, puchową kołdrą medykamentów. Czuła się lepsza od niego. Czuła się gorsza od niego. Zazdrościła mu. Nienawidziła go. Chciała być nim. Chciała nigdy go nie spotkać. Każde z oczu, pustych, szarych oczu jej własnych szkiców było utkwione w niej, patrzyło śmiało się, usta wykrzywiał znajomy atreusowy uśmiech pełen pogardy. Zadrżała, ściskając ramiona mocno do siebie, uniosła ołówek w górę, jakby chcąc zadać szkicom cios. Wściekła, niezadowolona, ale wciąż panująca nad czymkolwiek, nad swoją ręką, nad kierunkiem uderzenia. To by było dziwne, czyż nie? On by mógł uznać, że jest wariatką, i tak myślał, że nią jest, ale portret nagle był ważny, zasadny.
Zamaszyście przerzuciła stronę i zaczęła szkicować jeszcze raz, od początku, tak jak uczyła się z książek i przez osmozę od ludzi bardziej utalentowanych od niej. Kółko, jedna kreska, druga kreska...
W końcu zrezygnowana sapnęła i zamknęła szkicownik, ołówek wewnątrz traktując jak liniał. Odwróciła się do swojego rozmówcy i odłożywszy notes na ziemi, podsnęła się do niego na czworakach. Długie czarne włosy zwisły bezładnie symetrycznie, przesłaniając oba barki, Mildred przekrzywiła głowę, oczyma wodząc po jego rysach, będąc coraz bliżej i bliżej.
– Jak ktoś tak piękny, może nie mieć w sobie za grosz piękna łagodności. Troszczysz się o kogoś? Potrafiłbyś na moment spojrzeć na mnie tak, jakbyś patrzył na kogoś kogo kochasz, a nie uważasz za gówno pod swym aurorskim butem? – szeptała pytania w zastanowieniu, w nim upatrując winy, za swoje nieudolne próby choćby naszkicowania go. Nie, to była zdecydowanie jej wina, jej niezdolna ręka, ale dajcie jej jeszcze miesiąc dwa, dajcie więcej papieru i niezliczone armie ołówków i węgla. – Jaki lubisz kolor aurorze, w jakich barwach widziałbyś najkorzystniej swoją twarz? – Złote ślepia tak blisko jego twarzy, tym razem skupiła się już bezpośrednio i dobitnie na nim, na oczach, na duszy, której były odbiciem.
Jej poczucie własnej wartości fluktuowało, jak myśli, jak emocje buzujące w niej pod miękką, puchową kołdrą medykamentów. Czuła się lepsza od niego. Czuła się gorsza od niego. Zazdrościła mu. Nienawidziła go. Chciała być nim. Chciała nigdy go nie spotkać. Każde z oczu, pustych, szarych oczu jej własnych szkiców było utkwione w niej, patrzyło śmiało się, usta wykrzywiał znajomy atreusowy uśmiech pełen pogardy. Zadrżała, ściskając ramiona mocno do siebie, uniosła ołówek w górę, jakby chcąc zadać szkicom cios. Wściekła, niezadowolona, ale wciąż panująca nad czymkolwiek, nad swoją ręką, nad kierunkiem uderzenia. To by było dziwne, czyż nie? On by mógł uznać, że jest wariatką, i tak myślał, że nią jest, ale portret nagle był ważny, zasadny.
Zamaszyście przerzuciła stronę i zaczęła szkicować jeszcze raz, od początku, tak jak uczyła się z książek i przez osmozę od ludzi bardziej utalentowanych od niej. Kółko, jedna kreska, druga kreska...
Rzemiosło
Rzut T 1d100 - 97
Sukces!
Sukces!
W końcu zrezygnowana sapnęła i zamknęła szkicownik, ołówek wewnątrz traktując jak liniał. Odwróciła się do swojego rozmówcy i odłożywszy notes na ziemi, podsnęła się do niego na czworakach. Długie czarne włosy zwisły bezładnie symetrycznie, przesłaniając oba barki, Mildred przekrzywiła głowę, oczyma wodząc po jego rysach, będąc coraz bliżej i bliżej.
– Jak ktoś tak piękny, może nie mieć w sobie za grosz piękna łagodności. Troszczysz się o kogoś? Potrafiłbyś na moment spojrzeć na mnie tak, jakbyś patrzył na kogoś kogo kochasz, a nie uważasz za gówno pod swym aurorskim butem? – szeptała pytania w zastanowieniu, w nim upatrując winy, za swoje nieudolne próby choćby naszkicowania go. Nie, to była zdecydowanie jej wina, jej niezdolna ręka, ale dajcie jej jeszcze miesiąc dwa, dajcie więcej papieru i niezliczone armie ołówków i węgla. – Jaki lubisz kolor aurorze, w jakich barwach widziałbyś najkorzystniej swoją twarz? – Złote ślepia tak blisko jego twarzy, tym razem skupiła się już bezpośrednio i dobitnie na nim, na oczach, na duszy, której były odbiciem.