—02/07/1972—
New Forest, rezydencja Prewettów
Laurent Prewett & Geraldine Yaxley
Spodziewała się, że młody Prewett jej nie odmówi. Znaczy, pewnie przykro by jej było, gdyby stało się inaczej, jednak w ogóle nie zakładała takiej opcji, nie wiedzieć czemu była pewna tego, że jeśli poprosi kogoś ze znajomych czystokrwistych to zawsze znajdą dla niej czas, tak jak i ona znajdowała go dla nich, kiedy czegoś od niej potrzebowali. Tak już działał ten świat. Może i jej prośba była nieco dziwna, ale ostatnio ciągle za nią chodziła ta myśl, że byłoby dobrze nauczyć się czegoś nowego. Bogacze tak mieli, że sobie coś ujebali i szybko zaczynali to realizować, w tym przypadku okazało się, że nawet bardzo szybko. Dostała odpowiedź, że może się pojawić, postanowiła więc pójść za ciosem i faktycznie zabrać się do roboty. Konie nie powinny być przecież takie straszne, z jej sprawnością fizyczną, prędzej, czy później powinna załapać o co w tym chodzi, szczególnie, że na lepszego nauczyciela zapewne nie mogłaby trafić, zważając na więź Prewettów z tymi zwierzętami.
Wyleciała z Londynu dosyć wcześnie. Niby mogła się teleportować, ale należała do tych osób, które uwielbiały żyć w ciągłym ruchu, dlatego też padło na miotłę, wydawało jej się to być również całkiem niezłą rozgrzewką przed późniejszą aktywnością fizyczną.
Podróż zajęła jej trochę czasu, ale szczęśliwi czasu nie liczą czyż nie? Nie musiała się tym przejmować, szczególnie, że jak przystało na bogaczkę nie martwiła się, czy szef będzie miał coś przeciwko jej nieobecności w pracy, bo sama była swoim własnym szefem.
Zaparkowała przed rezydencją Prewettów, a później zaczęła dobijać się do środka tak, że najpewniej każdy mieszkaniec usłyszał o tym, że się tutaj pojawiła. Delikatności zdecydowanie jej brakowało, poza dobrym humorem przyniosła ze sobą coś jeszcze, w kieszeni koszuli miała schowany podarek dla Laurenta, wspomniał o błyskotkach, a tak się składało, że u niej ich nie brakowało. Zabrała więc ze sobą złoty medalion, zakończony dużym wisiorkiem, o czarnej barwie, był to onyks, na którym ktoś wyrzeźbił syrenkę, może nie była to selkie, ale miała nadzieję, że Laurent doceni i to.
Ubrana była jak zwykle, niczym największy samiec alfa, w skórzane spodnie, buty ze skóry też skórzane, tyle, że smocze i luźną koszulę, za dużą na nią zdecydowanie, pewnie po bracie. Włosy miała zaplecione w gruby warkocz, aby nie wpadały jej do oczy, na lewym nadgarstku mieniła się w słońcu bransoletka z kłów błotoryja, które wyglądały jakby lewitowały w powietrzu, prezent od jej ulubionego kaletnika. Czekała na to, aż ktoś wpuści ją do środka. Wolała nie wchodzić na teren rezydencji, bo ktoś mógłby pomyśleć, że się tu włamała, czy coś.