dnia 3 września 1971 roku,
w salonie Degenhardtów
w salonie Degenhardtów
Wrócił ze Szkocji dzisiaj po południu i pierwszy raz w życiu miał ochotę położyć się spać od razu po powrocie z podróży. Grywał już w różnych, naprawdę dziwnych miejscach. Mniej i bardziej wymagające koncerty. Nigdy jednak nie grał ani przed dziećmi, ani z dziećmi i wiedział już, że to nigdy więcej się nie powtórzy. Wizyta w Hogwarcie się udała. Szkolny chór, który śpiewał pod przewodnictwem nieznanego mu wcześniej półgoblina poradził sobie dobrze, Degenhardt wzbudził zainteresowanie i nie pomylił żadnej nuty. Nietypowe otwarcie nowego roku akademickiego (bo nigdy wcześniej nie słyszał o zapraszaniu do Szkocji innych muzyków) nie zostanie pewnie opisane szerzej niż w obrębie szkolnej gazety, bo Anglia dosłownie płonęła, ale nawet mimo tego wszystkiego - nieszczególnie udanego poszerzenia horyzontów, niechęci do lat młodzieńczych i wybrzmiewającej z tego wszystkiego nudy - nie był bardzo niezadowolony. Wrócił nawet z kilkoma historiami, jakie rozgrzebywali z Lavinią gdzieś pomiędzy wspomnieniami ze szkół, do których uczęszczali oni. Jedne były im znane - bo kiedy żyjesz z kimś tyle lat, wiele z historii powtarzanych jest tyle razy, aby mimowolnie znać je na pamięć. Inne wydawały mu się być całkowicie nowe. Albo nigdy mu ich nie opowiedziała, albo zapomniał - istniał cień szansy, iż pomógł mu w tym kolejny już dzisiaj kieliszek wina. Mógł sobie na to pozwolić - jutro nie czekał na niego przecież żaden konkretny plan poza zasłużonym odpoczynkiem.
- Oh, nie wspomniałem o jednym - zauważył nagle, przypominając sobie wrażenia wizualne, jakie wywarła na nim Wielka Sala w Hogwarcie. Były niesamowicie odległe od tego, co ich dwójka pamiętała z Francji i Szwecji. - Zamek Hogwart jest nawiedzony.
I szczerze - w magicznym świecie nie było to szczególnie dziwne. Duchy, jakie zagadały go podczas uroczystej kolacji, kiedy zasiadał przy stole wraz z nauczycielami, wydały mu się nawet całkiem ciekawym motywem - zastanawiało go nawet, dlaczego nie miały w tym przedsięwzięciu większej roli niż snucie się po korytarzach i brzęczenie łańcuchami, ale ostatecznie machnął na to ręką. Nawiedzone zamki to były tylko i wyłącznie nawiedzone zamki - nie wzbudzały w nim szczególnych emocji. Do czasu, kiedy dowiedział się... pewnego nietypowego szczegółu. Z oczywistych powodów nie miał okazji poznać Marty Warren osobiście, ale historia opowiedziana mu przez jedną z uczennic zapadła mu w pamięci na dłużej.
- Jeden z tych duchów to dziewczynka, która zginęła na terenie szkoły.
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me