• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[17.07.1972] I wanna be an idle teen, I wish I hadn't been so clean

[17.07.1972] I wanna be an idle teen, I wish I hadn't been so clean
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#1
02.04.2024, 19:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.02.2026, 23:59 przez Lorraine Malfoy.)  
Kamienica Mulciberów w niemagicznym Londynie

Lorraine z pewną niechęcią oparła dłoń obleczoną w koronkowe, białe rękawiczki o poręcz schodów w domu Mulciberów - nigdy nie przepadała za dotykaniem rzeczy, o które mogły wycierać się miliony rąk: mogła żyć na społecznych nizinach, ale nawet lata spędzone na Nokturnie nie były w stanie wyleczyć jej z malfoyowskiego snobizmu - ale kiedy patrzyła w dół, na strome stopnie, które prowadziły z piętra na parter kamienicy, nagle przypomniała sobie wszystkie opowiadane przez Ambrosię żarty o tym, jak to będąc asystentką Mulcibera, spierdoliła się z tych schodów aż dziesięć razy jednego dnia - ostatni raz miał zaś miejsce, kiedy opuszczała progi domostwa, mnąc w rękach podartą umowę o pracę.

Lorraine stwierdziła wtedy z rozbawieniem, że McKinnon powinna zrobić obdukcję, zaskarżyć Roberta i wyłudzić od niego potężne odszkodowanie, za nierespektowanie zasad bezpieczeństwa i higieny w miejscu pracy: "bo przynajmniej wymówienie mógł ci wręczyć na parterze", śmiała się, podczas gdy Ambrosia małpowała przed nią zbolałą, i przekomicznie wręcz zdegustowaną minę Roberta.

Robert Mulciber bywał nieco kapryśny w obejściu, bo miał podobną do Lorraine naturę perfekcjonisty, ale posiadał też nieodparty urok dżentelmena starej daty, co Malfoy bardzo sobie ceniła - miło było porozmawiać z mężczyzną na poziomie; takim, który traktował ją jak dobrze urodzoną damę, i potrafił zachować profesjonalny ton niezależnie od sytuacji - niewielu spośród jej klientów mogło się pochwalić podobną ogładą towarzyską, więc taki mocodawca był naprawdę w cenie.

Lorraine lubiła go też z tego względu, że zawsze doskonale płacił: nieważne, czy chodziło o lekcje gry na fortepianie, których to udzielała jego dzieciom, kiedy była grubo młodsza - czy o poufne informacje, zbierane z zakamarków londyńskich uliczek.

Nie zamierzała kusić losu. Przytrzymała się poręczy, z gracją schodząc po schodach w dół.

Tak się skupiła na patrzeniu pod nogi, że dopiero u stóp schodów zauważyła, że na najniższym stopniu, oparta o barierkę, siedzi młoda dziewczyna.

- Sophie? Ależ ty urosłaś, od kiedy ostatnio cię widziałam… - W tej jednej chwili zrozumiała, co musiały czuć stare ciotki podczas dorocznych spotkań rodzinnych. W ciągu ostatnich lat widywała Sophie bardzo przelotnie, co najwyżej witając się z nią krótkim "cześć, skarbie". Ile dziewczyna mogła mieć teraz lat? Szesnaście, siedemnaście? Zapewne dalej masakruje tę nieszczęsną Sonatę Księżycową gorzej niż głuchy Beethoven, pomyślała z niesmakiem Lorraine, chociaż na jej twarzy zagościł delikatny uśmiech. Mimo wszystko, miała przecież sentyment do tej dziewuszki, w której wciąż jeszcze widziała pucołowatego pieguska, ledwie sięgającego stopami do pedałów instrumentu.

Lorraine, jeszcze jako nastolatce, zdarzało się pilnować dzieci bliższych i dalszych krewnych, dorabiała też, ucząc gry na fortepianie. Chociaż nauczycielką była wymagającą - o czym mógłby poświadczyć jej kuzyn, Desmond - nigdy nie szczędziła pochwał nawet najbardziej nieznośnym dzieciakom, jeżeli coś im rzeczywiście wychodziło: nieważne, jak malutkie czynili postępy, były to przecież postępy... A Malfoy zależało, by jej uczniowie mieli motywację do kontynuowania edukacji muzycznej - bo wtedy ich rodzice mieli motywację, by jej płacić.

Sophie zawsze wydawała się dzieckiem niezwykle pogodnym, a i nie brakowało jej ambicji, by poprawić ewentualne niedociągnięcia: dlatego Lorraine była wobec niej o wiele łagodniejsza niż wobec innych dzieciaków. Potrafiła współczuć dziewczynce, która utraciła matkę. Malfoy sama bardzo dobrze znała ból, jaki towarzyszył takiej stracie, i widziała, jak bardzo Sophie stara się przyciągnąć uwagę zapracowanego ojca: tak jak wtedy, gdy katowała w nieskończoność jego ulubiony utwór na fortepian, dopóki nie nauczyła się go grać z pamięci.

Teraz jednak z Sophie zrobiła się pannica jak malowana... A jednym z przywilejów wieku nastoletniego były nieustanne zmiany nastrojów. Kiedy więc Lorraine dojrzała w jej twarzy obietnicę rozdzierającego serce kryzysu wieku młodzieńczego, zmarszczyła brwi, i zmieniła ton na bardziej konkretny.

- Co to za smutna mina? Jest taka piękna pogoda, masz teraz wakacje… Coś cię trapi, skarbie?

@Sophie Mulciber


Yes, I am a master
Little love caster
Słońce swojego ojca
*Biedna Sophie*
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Sophie ma brązowo-zielone oczy, rude włosy i mnóstwo piegów! Jest dość wysoka, ponieważ mierzy sobie 170 cm. Ubiera się w sukienki, które zakrywają to, co każda szanująca się panna czystej krwi powinna zakrywać. Pachnie cytrusami.

Sophie Mulciber
#2
03.04.2024, 21:57  ✶  
Ostatnie dni Sophie nie należały do najlepszych. Opuściła szkołę pełna siły i gotowości na nowe wyzwania, które okazały się dla niej “zbyt” nowe. Rozpoczęła pracę nad swoją firmą od złej strony, zapominając o radach które udzielili jej rodzice przyjaciółki. Była tak pewna siebie, swojej wiedzy oraz swoich możliwości, że zupełnie zapomniała iż powinna działać rozważnie i powoli. Jak zwykle chciała łapać wszystkie sroki za ogon, przez co ostatecznie nie trzymała w dłoni nawet wróbla…
Ojciec oraz wuj kazali jej zwinąć cały sprzęt i wznowić produkcję, kiedy uzbiera w końcu pieniądze na nowy lokal. Tylko kiedy to będzie? Prawdopodobnie dopiero po pierwszej wypłacie. Nie chciała czekać całego miesiąca. Miała już przecież chętnego kupca, a w domu było tak dużo pokoi, że przecież nic by się nie stało gdyby w jednym miałam swoją “pracownię”. Ehh… ryzyko wypadku i pożaru w kamienicy blabla…
Sophie zachmurzyła się i usiadła na schodach. Chciała wybrać się na spacer dla polepszenia nastroju, jednak chyba nie chciało jej się nigdzie iść. Westchnęła i odwróciła głowę, kiedy usłyszała czyjś głos.
-Lorraine! - Krzyknęła i zerwała się na równe nogi. Wbiegła na górę po dwa schody na raz, żeby zrównać się z niespodziewanym gościem.
-To już nie są wakacje, w tym roku s-skończyłam Hogwart, ale… - Spojrzała kobiecie prosto w oczy i głos jej się załamał. Wyglądała, jakby zbierało jej się na płacz.-N-nic mi nie wychodzi, pieprzyć to!!! - Schowała twarz w dłoniach i rozpłakała się.
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#3
06.04.2024, 17:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:23 przez Lorraine Malfoy.)  
Lorraine odwiedziła Roberta, by złożyć mu raport w związku z ostatnim zleceniem: rozmowa poszła pomyślnie - tak, jak tego oczekiwała - za usługi wywiadowcze otrzymała sowitą zapłatę - czego również się spodziewała… W końcu Ambrosia wywróżyła jej lipiec pod znakiem Ósemki Buław: miesiąc miał być pełen dynamicznych zmian i sukcesów w powziętych przedsięwzięciach, bo, wedle słów McKinnon, będzie się dużo działo, ale nie będzie to nic, z czym nie dasz sobie rady - bo nic nie będzie stało ci na drodze...

No, może oprócz zapłakanej nastolatki.

Lorraine nie była najlepsza w pocieszaniu ludzi. Chyba, że przez “pocieszanie” można było rozumieć zaproszenie do swojego łóżka - wówczas, Lorraine nie miała sobie równych w pocieszaniu: każdy zapominał o smutkach w ramionach wili. W tym przypadku, oczywiście, nie wchodziło to jednak w grę.

Machinalnym gestem, jakby próbując zamaskować lekkie zmieszanie, jakie poczuła w obliczu całej tej sytuacji, Malfoy przygładziła sukienkę - prezent od Bulstrode'a, który zapewne byłby lekko poirytowany, gdyby dowiedział się, że stroi się w podarki od niego, żeby schlebiać jakiemuś staremu dziadowi, coby ten chętniej sypnął złotem - dalej nie do końca pewna, jak powinna się zachować. Już-już chciała zacząć nerwowo skubać koronkę rękawiczek, byle tylko zająć czymś dłonie… Ale zamiast tego - poprawiwszy najpierw torebkę, tak, by ta nie spadła jej z ramienia - objęła delikatnie płaczącą dziewczynę.

Powiedzieć, że czuła się niekomfortowo, byłoby sporym niedopowiedzeniem. Powinnam dodatkowo potrącić Mulciberowi za koszta emocjonalne, jęknęła w duchu. Myślała jednak przede wszystkim o tym, że tak właśnie powinna się zachować wobec Sarah podczas obchodów Lithy. Wtedy nie potrafiła się zdobyć na podobny gest - zbyt przytłoczona całą sytuacją - ale teraz, w ramach osobistej pokuty, gotowa była znieść smarkającą w jej ramię nastolatkę. Zwłaszcza, że bogini Matka nie wydawała się bardziej skłonna do pocieszania pogrążonych w depresji dziewczynek po tym jak Lorraine wygarnęła jej obojętność wobec jej dziecinnych modłów. A chociaż Malfoy daleko było do świętej…

- Powoli, Sophie. - Głos Lorraine zabrzmiał bardzo pewnie, mimo wątpliwości, jakie czuła. Nie wiedzieć czemu, w głowie zaczęło jej się tłuc ulubione powiedzonko Stanleya Borgina: to trzeba na spokojnie. Obawiała się jednak, że po takim wstępie, rozemocjonowana nastolatka poczułaby wszystko, tylko nie spokój, zwłaszcza, że z jej ust już zaczęły lecieć przekleństwa… - Usiądźmy, bo zaraz obie spadniemy z tych schodów… - Jeszcze tego brakowało, żeby zadziałała tutaj jakaś samospełniająca się przepowiednia!

Lorraine zaczęła nieśmiało głaskać Sophie po włoskach, pozwalając dziewczynie oprzeć się o swoje ramię. Czekała, aż ta nieco się uspokoi, i powie, co się właściwie stało. Starała się nie myśleć o tym, że obie wycierają tyłkami brudne schody, choć momentami było ciężko…

- Trudno mi uwierzyć w to, co mówisz - zaczęła pojednawczo. - Bo ”nic” to dosyć szerokie pojęcie. Zwykle sugeruje też, że istnieje konkretne “coś”, co nam nie wychodzi. - Chciała dodać, że jak się już dojdzie do sedna problemu, to łatwiej go rozwiązać, niż “pieprzyć wszystko”, ale zdecydowała, że po czymś takim rozmowa może ewoluować w niebezpieczne rejony, a przecież nikt jej nie zapłacił(!!!) za uświadamianie nastolatek.


Yes, I am a master
Little love caster
Słońce swojego ojca
*Biedna Sophie*
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Sophie ma brązowo-zielone oczy, rude włosy i mnóstwo piegów! Jest dość wysoka, ponieważ mierzy sobie 170 cm. Ubiera się w sukienki, które zakrywają to, co każda szanująca się panna czystej krwi powinna zakrywać. Pachnie cytrusami.

Sophie Mulciber
#4
14.04.2024, 16:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.04.2024, 16:42 przez Sophie Mulciber.)  
Sophie opadła ciężko na schody i oparła się o ramię Lorraine. Westchnęła, zapłakała w swoje dłonie i mając kompletnie gdzieś maniery oraz dobre wychowanie, wytarła nos w rękaw sukienki.
- Po prostu... - Pociągnęła nosem i tym razem przetarła mokre od łez oczy. - Nic mi nie wychodzi, mam wszystkiego dosyć. - Pokręciła głową i pomyślała, że jeśli się wygada to może zrobi jej się trochę lepiej.
-Chciałam otworzyć swój biznes. Mulciber Moonshine! Produkcja cytrynówki. Pracowałam nad przepisem rok. - Zaczęła swoją opowieść. Objęła Lorraine ręką w pasie, nadal tuląc głowę do jej ramienia. Przynajmniej już nie płakała. Pociągnęła nosem i postanowiła kontynuować.
- Nie mam pieniędzy na lokal, bo wszystko wydałam na sprzęt do pędzenia alkoholu. Zaczęłam to robić w swoim pokoju, ale przez te głupie skrzaty...- Mówiąc o skrzatach domowych zmrużyła oczy i aż syknęła.-... doniosły wujowi Richardowi, że zabroniłam im wchodzić do swojego pokoju i przyłapał mnie na produkcji. Uznał, że to bardzo zły pomysł żeby robić to w domu, ponieważ to niebezpieczne. - Prychnęła i gdyby miała taką możliwość, to pokręciłaby głową.- ... tak jakby nie ufał mi i nie wierzył, że wiem co robię. I wtedy... poszedł do taty żeby o wszystkim mu powiedzieć i kazali pokazać mi całą dokumentację. Okazało się... no cóż, nie do końca zrobiłam wszystko tak jak powinnam i podpisałam pierwsza umowę na sprzedaż cytrynówki zanim poszłam do Ministerstwa zgłosić swoją firmę. - Mruknęła i wolną ręką ponownie przetarła oczy.
-Pan Icarus na pewno by się zgodził zmienić datę na umowie... - Powiedziała, jakby na swoją obronę. -... ale tata zabronił i powiedział, że mam iść do Ministerstwa i zgłosić swoją nielegalną sprzedaż, zarejestrować firmę i zapłacić karę. Pożyczy mi pieniądze żeby pokryć karę i mam zarobić na wynajęcie lokalu i wtedy dopiero będę mogła wznowić działalność...- Na ten moment Sophie czuła się pokrzywdzona i niesprawiedliwe potraktowana. Potrzebowała kilku dni żeby ochłonąć i uzmysłowić sobie, że ojciec oraz wuj mieli rację.
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#5
21.04.2024, 22:36  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:23 przez Lorraine Malfoy.)  
Lorraine zdążyła już trochę zapomnieć, jak to jest, być nastolatką: nie była zresztą pewna, czy w ogóle chce pamiętać wszystkie te kryzysy wieku młodzieńczego, które były jej udziałem. Była natomiast pewna tego, że skoro nie podcięła sobie żył, mając lat trzynaście, równie dobrze mogła spróbować dożyć trzydziestki.

Kiedy głaskała Sophie po niesfornych, rudych włosach - czekając, wydawało jej się, niemal wieczność, aż dziewczyna zdoła się uspokoić na tyle, by móc sformułować zdanie złożone - zastanawiała się, co też może być powodem jej łez. Pierwszy zawód miłosny? Problemy rodzinne? Niepewność co do przyszłej ścieżki życiowej? Żadne z tych rzeczy nie wydawała jej się teraz wystarczającym powodem do płaczu, ale Sophie dopiero wchodziła w dorosłość, więc można jej to było wybaczyć. Zresztą, Lorraine, choć mogła wydawać się bardzo obyta towarzysko i pewna siebie, nie była do końca pewna, kiedy jakie emocje są właściwe. Upośledzenie emocjonalne wyniosła z domu, bo w mniemaniu Mirandy Malfoy - dla której otwarte okazywanie uczuć było niczym więcej jak wyrazem słabości - nie mogło nic być bardziej poniżającego niż płacz, co ta chętnie dawała córce do zrozumienia. Dopiero z wiekiem - i poniekąd także dzięki eksperymentom z legilimencją, bo to wtedy półwila po raz pierwszy pozwoliła sobie przeżyć pewne emocje bez wstydu - Lorraine stała się bardziej empatyczna: nie na tyle, by zacząć dzielić się własnymi wątpliwościami głośno (może za wyjątkiem tych rzadkich chwil słabości w ramionach Maeve, choć tylko wtedy, bo podejrzewała ze smutkiem, że taki Atreus czy Otto by ją wyśmiali), ale wystarczająco, by móc obdarzyć czułością i choćby pozornym zrozumieniem innych.

Co prawda, nawet największe pokłady inteligencji emocjonalnej nie mogły jej przygotować na widok Sophie wycierającej nos w rękaw sukienki, więc Lorraine na moment zaniemówiła.
Może tak było lepiej: dzięki temu w absolutnym skupieniu wysłuchała żalów nastolatki, która zresztą z wolna zaczęła się uspokajać - tak, jak gdyby ten wybuch był pierwszą od wielu dni okazją, by wylać z siebie frustrację z powodu porażki Mulciber Moonshine.

Lorraine milczała dobrą chwilę.

Musiała najpierw zdusić w sobie chęć roześmiania się w głos.

Córka Roberta Mulcibera pędziła nielegalnie bimber. Syn Roberta Mulcibera (dalej trudno jej było uwierzyć w tę genealogiczną rewelację, którą sprzedał jej Stanley) zarządzał lokalem przestępczo-gastronomiczno-usługowym gangiem na Nokturnie. Robert Mulciber od lat płacił jej za informacje i inne drobne, nie do końca legalne zlecenia.

Może powinna dać im rodzinną zniżkę na swoje usługi.

Lorraine wyłowiła z torebki chusteczkę, którą wręczyła Mulciberównie. Kiedy wreszcie się odezwała, jej głos brzmiał zdecydowanie.

- Dziecko... Przecież ty powinnaś być z siebie dumna, naprawdę. - Lorraine wydawała się absolutnie nieporuszona faktem rozpoczęcia przez świeżo upieczoną absolwentkę Hogwartu nielegalnej produkcji alkoholu bez koncesji. Nuta autentycznego oburzenia, jaka wkradła się do jej tonu, była wyrazem jej szczerego sprzeciwu wobec sposobu, w jaki rodzina potraktowała plan biznesowy Sophie. - Skąd to zwątpienie, skąd te łzy? Zapamiętaj sobie: musisz być twarda. W tym biznesie nie ma na to miejsca. Ciężko pracowałaś, żeby znaleźć się w tym miejscu, w którym jesteś teraz, a tych godzin spędzonych nad przepisem, na produkcji i budowaniu kontaktów nikt nie jest ci w stanie zwrócić... Ale też nikt nie może ci ich odebrać. Dlaczego chcesz się poddać tylko dlatego, że jeden czy drugi raz ci coś nie wyszło?

Jak na tak uzdolnionego legilimentę, Robert Mulciber zdawał się mieć wyjątkowo małe pojęcie na temat tego, co tkwiło w głowie jego własnej córki. Nie wyglądał na szczególnie wylewnego, przeciwnie, ale lubił mieć kontrolę, jak chłodno zauważyła kiedyś Malfoy, analizując zawsze starannie dobrane słowa i wyważone gesty Mulcibera. Czyżby ta chorobliwa potrzeba kontroli nie obejmowała jego dzieci? Widać Robert był jednym z tych rodziców, którzy niespecjalnie przejmowali się swoimi pociechami - przynajmniej póki te nie wpakowały się w jakieś tarapaty - czego dobrym przykładem była jego relacja ze Stanleyem.

Lorraine wydało się to dosyć smutne.

Miranda może i nie była idealną matką, ale regularnie posługiwała się legilimencją, by zaglądać do umysłu swojej przybranej córki. Było to bardzo bolesne - głównie dlatego, że myśli Lorraine były myślami Lorraine, a nie myślami Mirandy, nieważne, jak bardzo ta starała się emulować macochę - Malfoy nigdy nie narzekała jednak na te wielogodzinne sesje, nieważne jak wyczerpujące psychicznie były. W końcu matka zawsze wiedziała najlepiej, co było dla niej dobre. Może gdyby Robert bardziej zainteresował się swoją córką, ta nie musiałaby teraz szukać pocieszenia u niej.

- Czy ktoś przynajmniej pogratulował ci tak wspaniałego pomysłu? Że sama opracowałaś recepturę na udaną cytrynówkę? - Pan Icarus... Icarus Prewett? Skoro już podpisał z nią umowę, młoda musiała zaprezentować całkiem akuratny produkt. Sophie wspominała kiedyś Lorraine, że lubi eliksiry, więc ta wcale nie zdziwiła się, że pasja do przedmiotu przerodziła się w pomysł na biznes. - Jesteś bardzo utalentowaną, i co najważniejsze, przedsiębiorczą młodą damą, Sophie. A damy... - odsunęła delikatnie dłoń dziewczyny od twarzy, bo kiedy ta tarła oczy, te robiły się tylko bardziej czerwone - ...damy nie płaczą. Damy aktualizują biznesplan i idą dalej.

Och, ojcowie. Lorraine z trudem powtrzymała się przed przewróceniem oczami, kiedy usłyszała "pokutę", jaką zadał dziewczynie Robert. Jej własny ojciec zapewne prychnąłby śmiechem na taki pryncypializm. Inna sprawa, że Armand Malfoy pogłaskał tylko córkę po głowie, jak dowiedział się, że ta rozprowadza w Hogwarcie nielegalną kontrabandę, i spytał, czy może od niej pożyczyć parę galeonów, ale tu nie o tym. Zgłosić nielegalną sprzedaż, zarejestrować firmę, zapłacić karę... Niedorzeczne.

Lorraine obdarzyła Sophie łagodnym uśmiechem, i już otwierała usta, by powiedzieć coś dosadnego na temat metod  wychowawczych Roberta Mulcibera, ale szybko je zamknęła, bo do jej uszu doszedł jakiś dziwny stukot. Zerknęła ukradkiem w stronę szczytu schodów. Podsłuchiwanie babskich ploteczek nie licowałoby z godnością Roberta Mulcibera, ale już wspomniane przez Sophie skrzaty... Skinęła brodą w stronę piętra, i uniosła lekko brwi, patrząc porozumiewawczo na dziewczynę.

- Myślisz, że nas podsłuchują? - szepnęła konspiracyjnie, i, nie czekając na odpowiedź, rzuciła zaraz nieco głośniej - Swoją drogą, wyjątkowo niesubordynowane te wasze skrzaty. Na twoim miejscu kazałabym im rzucić się z tych schodów za karę.

Lorraine wzruszyła ramionami. Nie zamierzała mówić na głos, że to raczej oczywiste, że skrzaty są bardziej skłonne podporządkować się woli pana domu, niż wypełniać zachcianki nastoletniej pannicy... Zwłaszcza, że Lorraine - wiedząc, jakiego pokroju człowiekiem jest Robert Mulciber - podejrzewała, że Sophie ma w tym domu tyle do powiedzenia, co te skrzaty. Wątpiła, by w delikatnej dziewuszce, która wtulała się teraz w jej ramię, tkwił popęd do okrucieństwa, ale jeżeli fantazje o zemście miały sprawić, że Sophie poczuje się lepiej, nie widziała przeciwskazań.

Powinny znaleźć bardziej ustronne miejsce na rozmowę.


Yes, I am a master
Little love caster
Słońce swojego ojca
*Biedna Sophie*
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Sophie ma brązowo-zielone oczy, rude włosy i mnóstwo piegów! Jest dość wysoka, ponieważ mierzy sobie 170 cm. Ubiera się w sukienki, które zakrywają to, co każda szanująca się panna czystej krwi powinna zakrywać. Pachnie cytrusami.

Sophie Mulciber
#6
24.04.2024, 20:02  ✶  
Sophie pociągnęła nosem i skrzywiła się, kiedy Lorraine kazała być jej z siebie dumna. Dumna? Niby jak? Spieprzyła sprawę i ojciec musiał naprawiać za nią jej błędy. Jak miała być z siebie dumna? Prychnęła cicho.
- No nie wiem… - Przyjęła chusteczkę i ostatnia, samotna łza spłynęła jej po policzku. Ach! Ależ była nieszczęśliwa! Musiała jednak wziąć się w garść i stawić czoła porażce… dość płakania, rudy przegrywie! 
Mulciberówna przetarła wilgotne policzki i wysmarkała głośno nos. Wyglądała jakby właśnie uciekła przed wściekłym hipogryfem - włosy w nieładzie, czerwona i opuchnięta twarz oraz mokre od stresu czoło. Przez ostatnie dni wylała morze łez! Nie tak wyobrażała sobie swoje pierwsze dni “samodzielności”.
Musisz być twarda…
mówiła Lorraine, i miała rację. Jej kolejne słowa bardzo jednak Sophie zaskoczyły. Dziewczyna wyprostowała się i spojrzała na swoją rozmówczynię. Przecież Lorka miała rację. Nikt jej ani razu nie pochwalił. Nikt nie pogratulował pomysłu! Bardzo długo pracowała nad swoim przepisem, a każdy kto spróbował jej specyfiku, bardzo go chwalił! Czy zasłużyła sobie TYLKO i wyłącznie na krytykę ze strony ojca oraz wuja? Nie. Rodzice jej przyjaciółki często ją chwalili, jednak Sophie to od swojego rodzica chciałaby usłyszeć słowa pociechy oraz uznania. Dlaczego więc Robert tylko wytykał błędy, milczał lub po prostu przyjmował do wiadomości? Może powinna z nim porozmawiać i wyjaśnić mu, że jest wrażliwa i potrzebuje uznania?
- Tak... tak! Masz rację! - Powiedziała nagle, patrząc na Lorraine wielkimi oczyma. Przygryzła dolną wargę i widać było, że wyraźnie coś analizowała.- Nikt w domu mi nie pogratulował, nikt nie chciał spróbować mojej cytrynówki i zdecydowanie się nie poddam. - Powiedziała pewnie i poczuła jak wracają jej siły oraz chęci do życia. Nie mogła się poddać! Zapłaci karę i uzbiera pieniądze na lokal. Wystarczy, żeby zarobiła kwotę na pokrycie czynszu na dwa miesiące. Resztę będzie regulowała z pieniędzy pozyskanych ze sprzedaży bimbru.
-Kobiety w dzisiejszych czasach są...- Sophie zamilkła kiedy również usłyszała hałas. Wstała szybko i zmrużyła oczy. Jej mina - z pogodnej i pełnej nadziei, w ułamku sekundy zmieniła się nie do poznania. Lorraine na jej twarzy mogła ujrzeć czystą nienawiść. Od sytuacji z wujem Richardem, znienawidziła wszystkie skrzaty domowe! Cholerni szpiedzy! Donosiciele! Podłe kreatury!
- Wynoś się stąd! Idź przywalić sobie gorąca patelnia w ten brzydki łeb! - Sophie aż zatrzęsła się ze złości. Pierś jej zafalowała i musiała podeprzeć się ręką na ramieniu Lorki, żeby nie spaść ze schodka. Korzystając z okazji schyliła się, i wolną ręką ściągnęła pantofelek. Rzuciła nim w stronę skrzata.
- Proszę, chodźmy stąd! Lorraine! Chodźmy stąd! - Denerwowała się. Wyciągnęła z torebki różdżkę, żeby przywołać z powrotem but. Miała nadzieję, że skrzata zabolało i że zrobi to, co mu kazała. Była gotowa do drogi. Musiała wyjść z tego domu, bo inaczej zaraz rozniesie te okropne stwory i rodzina Mulciberów pozostanie bez pomocy domowej...
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#7
17.08.2024, 21:34  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:24 przez Lorraine Malfoy.)  
Kobiety w dzisiejszych czasach są…, zaczęła Sophie, a Lorraine przeżegnała się mentalnie, z trudem powstrzymując się od przewrócenia oczami – tylko po to, by wznieść je ku niebu w niemej ekspiacji do bogów. Jaki ojciec, taka córka, jęknęła w duchu wiła, przygotowując się na to, że sam Robert Mulciber przemówi do niej ustami małej dziewczynki. Sophie była tak zapatrzona w ojca, że często bezmyślnie powtarzała to, co mówi Robert, nie siląc się na zbytnią autorefleksję. Lorraine nie winiła jej za to, doskonale rozumiejąc desperacką potrzebę rodzicielskiej aprobaty, dobrze znaną jej zresztą z autopsji. Takie słowa w wydaniu dżentelmena starej daty – może nieco kostycznego w swych poglądach, może nieco ograniczonego, ale wciąż, dżentelmena! – brzmiały skądinąd ujmująco: była jakaś pieszczotliwość w tej robertowej protekcjonalności, a przytyki wykpiwające rzekome przywary płci pięknej wywoływały w Lorraine raczej rozbawienie niż irytację. Chętnie odpłacała się na komentarze o nadmiernej emocjonalności kobiet zawoalowanymi złośliwostkami o niekompetencji mężczyzn, z lubością obserwując reakcję Roberta.

Co tym razem przyjdzie jej usłyszeć? ”Kobiety w dzisiejszych czasach nie umieją gotować: potrafią jedynie napychać się fasolkami wszystkich smaków Bertiego Botta, latać na miotłach wyścigowych, spryskiwać włosy Ulizanną, uprawiać seks z mugolakami i kłamać?” Te słowa jawiły się jako groteskowe, jeżeli opatrzyć je świeżą buźką małoletniego dziewczęcia, ale po ostatnich wyznaniach… Lorraine spodziewała się wszystkiego.

Może dlatego brwi Lorraine nawet nie drgnęły w zaskoczeniu, kiedy Sophie zerwała się na nogi, by rzucić w skrzata trzewikiem – i obelgami. Nie zareagowała w żaden sposób na wybuch Mulciberówny, nie ruszyła się nawet z miejsca: niespiesznie rozłożyła wachlarz, który wcześniej schowała do torebki, i zaczęła wachlować się nim leniwie. Elegancki ruch wiotkiego nadgarstka przypominał wychylenia metronomu, którego używała podczas ćwiczeń na tempo na fortepianie. Siedziała dalej na schodku, absolutnie nieporuszona błaganiami dziewczyny. Spojrzenie wiły – dotychczas uważne, skupione – tchnęło pogardą.

– Ochłoń, Sophie. – Histeryczka. Chłód w głosie Lorraine kontrastował z żarem zawartym w prośbach Sophie. Rude włosy dziewczyny, rozwiane w gwałtownym napadzie szału przypominały płomienie. – Wyglądasz jak ofiara klątwy żywiołu ognia. – Żartobliwie powachlowała Mulciberównę swoim wachlarzem, zwracając się do niej lekko protekcjonalnym tonem. Przechyliła w zamyśleniu głowę, przysłuchując się prośbom rozemocjonowanej pannicy. 

Dziewczyna może i wciąż szuka swojego miejsca w świecie, pomyślała Lorraine, ale jaki ma być tego efekt, skoro jej świat kończy się na kamienicy Mulciberów? Zastanowiła się, jak spędzała wakacje, będąc w wieku Sophie, ale niemal natychmiast zdecydowała, że jej własne doświadczenia nie mogą być pomocnymi: Lorraine musiała dorosnąć o wiele szybciej niż Sophie, mierzyła się z kompletnie innymi wyzwaniami, została też inaczej wychowana. Miałaby doradzać córeczce Roberta Mulcibera, żeby uciekła z domu do o wiele starszego kochanka z Nokturnu? A może żeby podjęła pracę w podejrzanym zakładzie pogrzebowym, aby pogodzić się ze śmiercią dziecinnych marzeń? Z Sophie nie była żadna dama, ale na buntowniczkę też się nie nadawała. Emocjonalne turbulencje, których była przed chwilą świadkiem, a potem ten wybuch wściekłości, utwierdziły Lorraine w przekonaniu, że Sophie jest po prostu wielkim dzieciuchem, którego łatwo przekonać do siebie odpowiednio dużym lizakiem i paroma gładkimi słówkami. Mogłaby to wykorzystać, gdyby Robert… Na przenajświętsze łono Matki, zmieniam się w Anthony’ego.

– Najpierw pójdziemy do łazienki umyć ci twarz – zdecydowała tonem nieznoszącym sprzeciwu – matczynym, kpił często Baldwin – schodząc z dwóch ostatnich schodków na parter i wyciągając dłoń z wachlarzem w stronie Sophie, gestem równie opiekuńczym, co władczym. – Nie możesz wyjść na ulicę w takim stanie. – Zapłakane oczy, potargane włosy i obsmarkana sukienka… Lorraine potrafiła być okrutna, ale nie aż tak okrutna. Dlaczego miałaby pozwolić Sophie robić z siebie pośmiewisko? Przecież to tylko dziecko, powtórzyła w myślach Lorraine, już bardziej czule.

Położyła rękę na ramieniu Sophie, gestem delikatnym acz stanowczym wymuszając, aby wyprostowała plecy, zanim popchnęła ją w stronę łazienki.

Koniec sesji


Yes, I am a master
Little love caster
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lorraine Malfoy (2788), Sophie Mulciber (1018)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa