• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 … 5 6 7 8 9 … 11 Dalej »
[1.06.1972] Vampire song | Laurent & Astaroth

[1.06.1972] Vampire song | Laurent & Astaroth
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#21
05.05.2024, 20:14  ✶  

Gwałtowność. Znów to samo, albo jednak inaczej. Jak tamtego felernego dnia, kiedy łowca szukał czegoś w oceanicznych falach. Teraz, dziś, przeszłość miała tytaniczne znaczenie na złożach pokładów ich emocjonalności. Chcieć czy nie chcieć, jak chcesz to pragniesz, gdy pragniesz to krzywdzisz. Dawanie znaków nadmiernie romantycznych, kiedy wokół siebie miało się nieco zbyt wiele osób robiących zamieszanie w sercu nie należało do najmądrzejszych. Tak jak nie było mądrym przeciągnie chwili tego spotkania, gdy serce wybijało rytm jednej zachciewajki. Rzeczywiście - to żaden Bach. Tragedia symfonii nie miała nawet podkładu szumu krwi, więc któż ludzki miałby ją stworzyć?

Opadł na fotel, bo nie było mowy o tym, żeby jego ciało przeciwstawiło się sile, która nagle na niego naparła. Lodowa góra, która napotkała Titanica - wynik był przecież przesądzony. Lądowanie było miękkie, tylko samo odtrącenie nieprzyjemne. Nikt nie chciał czuć się odtrąconym. Za dużo? Za blisko? Za dużo historii znało takie przypadki - pragnę cię, ale chcę udawać, że jest zupełnie inaczej. Dzisiaj dotknę twojego ciała, a jutro powiem ci, że przecież nie jestem gejem. Tu niczego nie było, to niczego nie znaczy. Laurent potrafił się nie przywiązywać, przecież to były tylko epizody. Krótkie przygody, mniej czy bardziej intensywne, ale nie było miejsca na amory... jeszcze. Przyzwolenie sobie na otworzenie serca było dla takich jak on skazane na porażkę. Moment ruchu był dla niego nawet niewidoczny - w jednej chwili miał dłoń na jego pięści, zimnej, w drugiej wpadł głęboko w fotel, odepchnięty. Szerzej otworzone powieki i łuna strachu, która spina mięśnie i stawia dębem włoski na karku. Zamarł w bezruchu. Oparł się dłońmi na podłokietnikach gotów na szybszy start i jednocześnie nie chcąc startować donikąd. Pracował już z dzikimi zwierzętami i drapieżnikami, przecież wiedział, jak to działa. I widział też, jak to działa. Kiedyś w oczach Victorii. Kiedyś, gdy patrzyła na niego taka wygłodniała, prosto na jego szyję. Kiedyś w oczach człowieka...

- Im bardziej próbujesz walczyć tym będzie ci trudniej. - Czy wiedział, co mówi? Nie miał pojęcia. Kogo miał przed sobą? CO miał przed sobą? Wampira? Ghula? Trupa, który starał się wychodzić na całkiem ludzkiego. A może nadmiernie agresywnego Zimnego czy człowieka dotkniętego klątwą? Nie. Laurent był przekonany po kolejnym kontakcie z jego ciałem, że ma przed sobą któregoś z przedstawicielu zmarłych. Bardzo powoli podniósł się ze swojego miejsca. W trybie tak spowolnionym, że dla postronnego byłoby to wręcz zabawne. Dla blondyna nie było śmieszne wcale. Każdy mocniejszy i gwałtowniejszy ruch mógł teraz Astarotha sprowokować. - Nie mogę uciec. Zaczniesz mnie gonić. - Laurenta głos brzmiał spokojnie, mówił równie wolno jak się poruszał. Mimo tego brzmienia był napięty, przez co stawał się nieco głębszy. Tak, głosu też nie mógł podnosić. Instynkt. Ucieka ofiara - chcesz ją dorwać. A po malutkich prezentacjach z jego strony Laurent nie miał wątpliwości, że ten by zrobił z nim cokolwiek by chciał, zanim zdołałby dopaść do drzwi. - Astaroth. - Wypowiedział dźwięcznie jego imię, chcąc skupić jego uwagę. - Co się dzieje? - Zrobił wolny krok w tył, żeby oddalić się od mężczyzny zgodnie z jego życzeniem. Serce zaczęło mu uderzać szybciej, krew szumieć w uszach w obliczu tego, czego doświadczał, co widział i co stać się mogło w najbliższym czasie. Bo tak naprawdę... CO mogłoby się stać? Do czego mogłaby doprowadzić ta sytuacja? Nie miał przed sobą zwierzęcia, miał człowieka z krwi i kości, a ci zdolni byli do największych zwyrolstw.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#22
05.05.2024, 21:26  ✶  
Pożar-pożar-pożar. Krew-krew-krew. Życie-życie-życie. Czułem pożar, czułem przeogromny pożar w swoich ustach. Może niedawno się pożywiałem, ale starałem się to robić rzadko, jak najrzadziej, jak najmniej by Kim nie czuła się zanadto osłabiona. Mówiłem, że tyle wystarczy, bo obawiałem się, obawiałem się za każdym razem, że przesadzę, że jej się nie uda mnie odpędzić, że będzie koniec. Piłem rzadko i niewiele.
Starałem się nie dawać jej znaków, że jestem głodny, ale czasami wstępował we mnie kompletnie inny człowiek. Ta bestia, która we mnie drzemała, która tylko czekała na drobne przyzwolenie by się wgryźć. U niej nie musiałem za długo prosić. Dostawałem to, czego chciałem, ale... ale tu? Była nieco inna sytuacja?
Wcale nie. Człowiek jak człowiek. Czy pół, czy czystej krwi... Co to za różnica? Krew-krew-krew ostatecznie u każdego pewnie była taka sama. Spośród wszystkich moich ofiar... Ofiar? Może inaczej, spośród moich znajomych od krwi, każdy smakował tak samo. Różniło się jedynie opakowanie... Znaczy poziom zadbania tych osób? Tak, zadbania. Obycie. Ubiór. Zapach. Miejsce, które nagryzałem. Krew była ta sama. Krew była ciepła. Krew była pełna życia.
Tak, życia-życia-życia. Byłem pusty, nie miałem go w sobie, ale ta krew, ten drobny moment sprawi, że będę czuł lekkość, energię, wigor, światło, ciepło. Może nie usłyszę swego serca, ale będę je czuł. Przynajmniej tak będzie mi się zdawało... Nie-e, dokładnie tak będzie. Będę żyw, będę jak nowonarodzony. A kto wie? Może jak wypiję więcej, nakarmię odpowiednio klątwę, to na powrót stanę się człowiekiem...? Byłoby fajnie. Czemu by nie spróbować?
Takie piękne perspektywy, a ja z nimi walczyłem! Drżałem, bałem się, zarzekałem, a mogłem wziąć i przez chwilę chociaż poczuć ulgę. Czy to nie było warte swej ceny? Drobna chwila zapomnienia? Powrotu do dawnego Astarotha? Tego pełnego ciepła i radości?
A konsekwencje...? Co z konsekwencjami? Nie mogłem sobie na nie pozwolić, a przecież wiedziałem, byłem pewny, że nie dam rady się powstrzymać... Poza tym potrzebowałem zgody, żeby nie było to wbrew prawu... A co będzie, jeśli wszyscy się dowiedzą o tej tragedii ze mną w roli głównej? Będzie skandal.
Ale... Im bardziej próbujesz walczyć tym będzie ci trudniej - zaskakujące słowa, z ust kogoś tak płytkiego jak Laurent Prewett, a jednak tak trafne. Było mi trudniej. Z każdą kolejną sekundą to zdawało się wręcz nie do zniesienia, więc w końcu wydałem z siebie jęk przegranej, jednocześnie unosząc swoją głowę i szukając go spojrzeniem. Szybkim, dzikim, zdecydowanie chaotycznym. Szukałem go spojrzeniem. Charakterystyczne jasne włosy, niebieskie oczy, piękny, męski zapach, eleganckie ubranie, gesty godne panicza, przerażone spojrzenie, niepewność, ostrożność...
Przerażenie, niepewność, ostrożność...
Wpatrywałem się w niego z rozwartą gębą potwora. Para kłów lśniłaby, gdyby wpuścić tu trochę słońca, ale nie potrzebowałem promieni czerwcowego słońca by czuć pożar. Już nie płonęły mi dziąsła. Płonęła mi cała głowa, cały umysł, cały ja. Każda komórka mojego ciała domagała się krwi. Potrzebowałem tego, potrzebowałem cholernie. Zamiast jednak dorwać swoją ofiarę... znajomego... Wpatrywałem się, zastanawiając się, kim tak naprawdę byłem...? Czy może - czy gryźć, czy wpierw zapytać? Może gryźć, a potem udobruchać? Jeśli zapytam o przyzwolenie, to się nie zgodzi. Ale powinienem zapytać...
Wyciągnąłem rękę po różdżkę leżącą na stole, nie tracąc przy tym kontaktu wzrokowego z Laurentem. Faktycznie, jeśli zacznie uciekać, to lepiej było go powstrzymać. Nie mógł upuścić tego domu, tego mieszkania. Miał rację... Tak bym zrobił. Tak należało zrobić. Oddychałem głęboko. Wcale to nie umniejszało pożaru, jedynie pozwalało mi na odreagowanie tych wszystkich emocji, których wolałem w tej chwili nie czuć. Odłożyć je może na później, bo teraz miałem inne sprawy na głowie. Krew-krew-krew. Musiałem go namówić, że to dobry wybór, że tak będzie lepiej...? Albo chociaż na chwilę uśpić jego czujność, tak.
- Wydarzył się wypadek. Pewnej styczniowej nocy, stało się ze mną coś... Umarłem, a teraz jestem... wampirem i nie radzę sobie z tym zbyt dobrze, mimo że się staram, ale jak zaczynam o tym myśleć, jak próbuję z tym walczyć... To jest dokładnie tak jak mówisz - zauważyłem, w międzyczasie wstając ze swojego miejsca. Powoli. Tak powoli, jak poruszał się Laurent. Jak gdybyśmy byli w jednym spektaklu baletowym. Tym samym ruszyłem w jego kierunku. - I proszę cię, błagam, mogę błagać na kolanach, ale daj mi chociaż odrobinę... krwi. Za przyzwoleniem, bo nie chcę robić czegoś, czego później będę żałował. Czego oboje będziemy żałować... A jesteś taki..., że się nie mogę powstrzymać. Nie chcę się powstrzymywać. Nie mogę się już powstrzymywać - zacząłem mówić coraz szybciej, coraz chaotyczniej. Jeśli się nie zaofiaruje, jeśli nie wyciągnie w moim kierunku przedramienia, to najpewniej zakrwawię mu tę obrzydliwie drogą koszulę.

Rzucam na AF. Moje szanse na dorwanie się do Laurenta
Rzut PO 1d100 - 35
Slaby sukces...

Rzut PO 1d100 - 48
Sukces!
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#23
05.05.2024, 22:08  ✶  

Jak wiele kwiatów trzeba powąchać nim stwierdzisz, że nie każdy pachnie tak samo? Jak wiele jabłek zjeść, by zauważyć, że każdy smakuje inaczej? A może nie? Krew jak krew - czerwona, gęsta, gorąca, pragnąca wydostać się prosto do ust Yaxleya. To taki mały błąd tego matrixa - boisz się, więc krew płynie szybciej, więc adrenalina daje ci więcej energii, a ta energia zasili potem mięśnie wampira. Nie mógł żyć sam, więc kradł energię innych. Taka była cena opłacana za nieśmiertelność - wieczny głód i wieczne cierpienie, które będzie pożarem samym w sobie. Woda go nie ugasi. Ugasi go tylko czerwień - ta, która ponoć smakowała zawsze tak samo. Zawsze... czyli kiedy? Jak smakuje krew tych, którzy byli odporni na ogień? Jak smakowała krew tych, którzy czarowali całe tłumy i nie można było od nich oderwać oka? Jaki posmak będzie miała krew malarzy, którzy tworzyli ruchome dzieła, a jak tych, którzy potrafili spojrzeć na ludzkie relacje i dostrzec kolorowe nici? Ostatnią rzeczą, jaką Laurent miał teraz w głowie to pytanie, jak smakuje krew, która nie była ludzka. W której płynął dar zmiennokształtności, czarowała głosem, wsłuchiwała się w głos oceanu i jezior. To, o czym myśleć mógł to o tym, że istota przed nim krwi nie posiada, a może nawet jest złączona z kilku elementów swojego własnego ciała, bo rozpadła się w procesie śmierci. Niebezpieczna jednostka, która pragnie pożerać. Nie, nie potrzeba było tutaj światła, żeby to teraz widzieć - nawet nie błysk jego kłów, a błysk jego wygłodniałych oczu. Obsesyjne i mocne wpatrywanie się w człowieka powinno rozpalać - dzielić się pożarem. I rozpalało i płomienie lizały skórę. To nie był tylko ten dobry rodzaj rozpalenia. Brakowało przyjemności na skórze, była tylko gwałtowność myśli ciała o tym, że powinieneś uciekać. Szczególnie, gdy Bestia podniosła głowę i Otchłań odpowiedziała spojrzeniem.

Głowę trzymał nisko, a krok w tył został dopełniony kiedy starły się ich spojrzenia. Drapieżnik na łowach - da się to inaczej opisać? Drapieżnik, który szarpał siebie samego, rozrywał na kawałki, cierpiał i wił się do takiego stopnia, że poza ucieczką powstawała potrzeba podejścia, by podzielić się ciepłem ciała. Niekoniecznie ciepłem krwi. Dłoń na ramieniu cokolwiek zmieni? Oj nie, oczywiście, że nie. Bliskość tylko pogrąży wszystko bardziej. Łatwo mówić - "chcę ci pomóc". Mówisz więc, czego potrzebujesz i nagle okazuje się, że ta chęć pomocy przygasała. Mogłem ci pomóc, ale chcesz za dużo, więc już zastanowię się nad tym czwarty i piąty raz. Tutaj nie było się już nad czym zastanawiać pod tym kątem - należało uciec do drzwi, gdzie było bezpiecznie. Bo pod okno? Ha... ciekawe, czy pierwsza wróciłaby Geraldine i pomogła, czy jednak słońce by zaszło. Kaganiec opadłby z pyska Bestii.

Naprostował się jak struna, kiedy błysnęły kły i niepewność, z kim ma do czynienia, rozwiała się na boki. Zadrżał lekko. Każdy jeden gest, każdy ten wykalkulowany ruch - niczego takiego nie było w Astarothcie. Szarpnięcia, zwierzęce dźwięki płynące z jego gardzieli, gwałt na człowieczeństwie poczyniony przez okrucieństwo sprowadzenia żywego zza światów. Ta bestia chciała jeść, a jego obiad stał kilka kroków od niego. Laurent spojrzał w kierunku drzwi wyjściowych kalkulując swoje możliwości wygrania tego żałosnego pościgu i oparł dłoń na rękojeści swojej różdżki, gotów w każdej chwili ją wyciągnąć. Nie chciał. Nie znaczyło to, że by się zawahał w razie czego.

Wstał. Laurent zrobił kolejny krok w tył, tym razem nie aż taki wolny jak poprzedni, ale nadal wolny. Wyciągnięcie różdżki było jeszcze gorszym znakiem, który zatrzymał na moment oddech w jego płucach, które i tak przyśpieszyły swojej pracy. Niedobre połączenie. Walące serce, problem z tlenem, stres sprawiający, że Laurentowi już lekko drżały ręce. Opanuj się. Niedobre połączenie, bo klarowność myśli potrafiła zanikać i za łatwo było stracić oddech z płuc. Jeden krok Astarotha równał się jednemu krokowi Laurenta, który zaczął okrążać to skupisko mebli w postaci stolika i kanap z fotelami, które chociaż trochę jeszcze przed momentem ich dzieliły. Teraz to była kwestia paru kroków. Złudne wrażenie, że to czemukolwiek pomoże. Czy Astaroth był jeszcze w ogóle sobą? Bo nie wyglądało na to. Szaleństwo płonęło w jego oczach. Bestia. Jego Bestia chciała krwi. I najwyraźniej nie obchodziło ją to, jak ją zdobędzie.

- Spotkało cię coś bardzo niesprawiedliwego. - Powiedział tak samo ściśniętym głosem. Nie było w nim jednak teraz wystarczająco miejsca na współczucie wobec Astarotha i tego, co nim targało.

Gra na emocjach, szantaż - ten fizyczny i emocjonalny - próba wzbudzenia współczucia, a może to był po prostu smutny człowiek, który nie potrafił sobie poradzić z tym, co go spotkało. Nie miało to najmniejszego znaczenia. Był głodną Bestią, a on jego chodzącym workiem z krwią. Nie chcę robić czegoś, czego później będę żałował - wymówka, wytłumaczenie, część tego błagania? Selkie nie zatrzymał się, ale też nie rzucił do ucieczki. Za to automatycznie szarpnął za różdżkę, kiedy Astaroth skoczył do przodu, ale to było dla niego znów niezrozumiałe dla oka mignięcie. Już jest. Laurent szarpnął się raz i drugi, ale niewiele to dało. Trząsł się w zimnych ramionach.

- Shhh... spokojnie. - Zadrżał mu głos, tak jak drżały mu dłonie, które oparł na mężczyźnie. - Będzie ci lepiej. - Delikatnie pogładził go po plecach. - Będziesz mógł się kontrolować. - Myśli zlewały mu się w jedno i mówił teraz do niego tak samo, jak przemawiał do rozumnych istot magicznych, których agresję należało ukoić, zupełnie automatycznie i bez przemyślenia. - Ostrożnie. Powoli. - Wcale nie chciał tego robić. W ogóle nie chciał. Był przerażony.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#24
05.05.2024, 23:05  ✶  
Szaleństwo, tak. Bestia, tak. Głód, tak. Razem wszystko w jednym kociołku, wrzucone tam na upartego w jakimś mrocznym zaklęciu, uroku, klątwie, rzuconej na mojego oprawcę... A może on sam w sobie również był ofiarą kogoś innego, kto padł ofiarą zaklęcia? Nie współczułem mu. Nigdy nie zamierzałem mu współczuć. Nienawidziłem go za to, co mi zrobił. I bałem się, że kiedyś jeszcze po mnie powróci, że dokończy dzieło albo namiesza w mojej głowie...
Tylko czy to było teraz takie istotne? Ten wampir, tamto zaklęcie? Stało się. Zostało to tak zrobione, miałem nieprzyjemność być ofiarą tego błędnego koła i... teraz przeżywałem coś niewysłowionego. Euforię. Życie. Pełnię życia. Radość. Energię. Czułem ją na początku na wargach, na języku, na zębach, ale im dłużej trwałem z Laurentem w uścisku, tym czułem ją większą częścią swojego ciała, jakby napełniał mnie ciepłem, beztroską, hipnotyczną muzyką, tylko że w taki zgoła inny sposób. Może brutalny, ale jaki dosadny. Szybki. Wygodny... I czułem tę melodię całym sobą, jej faktyczne echo w swoim umyśle, teraz skupionym na krwi i na tej melodii, tej melodii, tego śpiewu znad wody. Wzywał mnie tak, jak wzywała mnie ona - krew. Niby dwie różne płaszczyzny, a tak do siebie podobne potęgą, intensywnością, smakiem
Jego delikatny głos sprawiał, że czułem się w tym akcie bezpieczny. Z początku zaniepokojony, czy przypadkiem nie zacznie się wyrywać, czy nie będzie walczył, próbował uciec. Każdy czuł dyskomfort. Ja czułem go przepotężny tamtej nocy, tak wielki dyskomfort, ból i jednocześnie niemoc, że nie chciałem jej zadawać komukolwiek, a jednak... Stało się? Stało się. Dobrze się stało, bo teraz nabierałem sił i rozkoszowałem się w smaku, którego nie miałem okazji czuć. Jakaś magia. Magia w magii. Muzyka we krwi. Słodycz dla wampirów.
Objąłem go skrzętnie, otuliłem rękoma, jakbyśmy byli kochankami, którzy zamierzali najbliższą godzinę spędzić na kanapie w romantycznych uniesieniach. Zresztą, na kanapie siostry jednego z nich, ale... kto by to liczył i o tym myślał, kiedy takie beztroskie obrazki nie miały miejsca. Pewnie niektórzy odetchnęliby z ulgą, gdyby usłyszeli, że jego syn jest biseksualny, zamiast że umarł i teraz jest wampirem.
Ból, gwałt, krew - moja aktualna rzeczywistość, która dodawała mi tyle dobrego. Roztapiałem się pod urokiem tej ciepłej cieczy, czerwonej posoki, wspaniałego napoju. Obrzydzało mnie picie krwi, póki nie przyjąłem do siebie faktu, że smakowała niczym czyta rozkosz, najlepszy alkohol albo gorący sex z córką koleżanki twojej starej. Już nie warczałem niczym dzika bestia. Napełniałem się. Mruczałem i wzdychałem z ulgą, pijąc i pijąc, bo chociaż gdzieś tam ktoś kiedyś wspominał o możliwości kontrolowania się, to... co? Może jednak coś gdzieś w głowie pozostało, a ten spokojny głos, ten spokojny głos osoby, która na co dzień zajmowała się magicznymi stworzeniami, miał jakąś siłę przebicia?
Mówił ostrożnie, mówił powoli. Ale chciałem więcej. WIĘCEJ! Ale shh. Ten głos, ten melodyjny głos wciąż brzmiał mi w głowie. Taki spokojny, taki inny niż to, co miało miejsce.
Otworzyłem szeroko oczy, szeroko usta i odskoczyłem od Prewetta, zasłaniając odruchowo swoją zakrwawioną twarz. Spomiędzy kłów wyrwało mi się niewyraźne i zmieszane:
- Przepraszam. - Ale spróbowałem. I się powstrzymałem. I spróbowałem, i się powstrzymałem. Pewnie bym się uśmiechał, gdybym nie próbował na szybko ogarnąć tego chaosu na swojej twarzy. I gdyby nie stał przede mną chłopak z krwawiącą szyją... Chłopak, którego nie powinienem był tykać. Znowu cały drżałem, ale było mi dobrze.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#25
06.05.2024, 19:18  ✶  

Nawet nie krzyknął, choć ból wyrzeźbił na jego strunach głosowych swój dźwięk. Ostre kły naparły na skórę i przeszły przez nią bez oporu, a układ nerwowy przesłał prosto do mózgu informacje o tym, jakie to było nieprzyjemne. Jak bolesne. Potem był napór. Zaciśnięcie szczęki, łapczywy dotyk lodowatych warg na skórze i kolejne dreszcze wstrząsające ciałem. Chciał uciekać i jednocześnie nie chciał się poruszyć. Chciał krzyczeć i jednocześnie bał się dźwięku ze swojego gardła. Spłoszyłby go, a jeśli zacznie krzyczeć to co dalej się stanie? Nikt cię nie usłyszy więc liczysz na cud. Na to, że człowiek opętany wampiryzmem nadal może walczyć z samym sobą. Mógł? Gdyby nie były w stanie to za wiele wampirów pojawiałoby się na tym świecie, tymczasem była ich ledwo mała garstka. Mała garstka... i jeden z nich właśnie go otulał lodowatymi rękoma. Łzy zakręciły się w kącikach jego oczu i nawet usta drgały, kiedy ten przeszywający ból ciągle szarpał jego skórę. Walące tercetem serce niczego nie ułatwiało i zagłuszało myśli, jakie mógłby wytworzyć, żeby spróbować się bronić. Miał różdżkę za jego plecami, wystarczyło tylko jej użyć. Wystarczyła tylko chwila. Jedno machnięcie jedna wola, zebranie myśli i poradzenie sobie z zagrożeniem. Zagrożeniem człowieka, który chciał go błagać na kolanach, żeby pozwolił mu zrobić to, co robił teraz. I gdyby błagał... gdyby na te kolana naprawdę upadł... jak bardzo upodlony musiał być człowiek, do jakiego stanu doprowadzony, żeby złamać swoją dumę? Astaroth wydawał się być dumnym mężczyzną. Lecz gdyby upadł... czy to nie byłoby uskrzydlające? To, czego zawsze w skrytości pragnęło serce, a czego oczy nie mówiły? Żeby klękali, żeby kochali, żeby wpatrywali się w niego z głodem i nabożną czcią. Rzeczy, których nie mówił na głos, bo przecież byłyby zaprzeczeniem całego marzenia sennego, jakie wokół siebie tkać - tego fałszu, że był delikatnym aniołem, który ciepłem sprowadzał ukojenie temu światu. Nie, to przecież nie był fałsz. Fałszem było tylko to, że to wystarczyło mu do funkcjonowania. Rozdawał za dużo - tak i teraz chciał za dużo od siebie dać mimo przerażenia.

- A... - Stęknął cicho, kiedy objęły go te ramiona i przyciągnęły do siebie mocniej. Cichy dźwięk, zaraz urwany. Nie pozwolił sobie na więcej. - Shh... już dobrze... - Poruszył jeszcze za dwa razy ręką, uspakajająco. Żałował wydawania z siebie odgłosów tak prawdę mówiąc, kiedy przynosiły ze sobą wrażenie poruszenia się tych wcale nie cienkich kłów pod jego skórą. Stres robił swoje, a upływ krwi czynił jego samego jeszcze chłodniejszym. Serce przestawało tak szybko walić. Krew przestawała tak szumieć, palce przestawały zaciskać się na ubraniu mężczyzny, mięśnie tak napinać. - W-wystarczy, Astaroth... - Tylko oddechy było ciężko łapać i wrażenie, że zaraz się rozpłaczesz przybierało na sile. I wtedy - dokładnie w tym momencie - stał się cud. Prawdopodobnie cud. Astaroth się odsunął, a gwałtowne odepchnięcie ciała od ciała i brak podpory sprawiło, że Prewett się zachwiał i poleciał na podłogę, ratując się podparciem rąk, gdy wylądował na panelach.

Trzęsącą się ręką, oddychając głęboko przez usta, wyciągnął chusteczkę z kieszeni i przyłożył do rany, z której wypływały strugą te cenne krople krwi, których wampir go pozbawił. Nie patrzył na niego. Patrzył szeroko otworzonymi oczami na podłogę przed sobą, chociaż jej nie widział - miał to coś w swoim spojrzeniu, co mają osoby duchem ulatującym gdzieś indziej. Przycisnął materiał do skóry - biel szybko zaczęła zmieniać kolor na czerwień.

- Nic się nie stało. - Stało się i to bardzo wiele. Mogło stać się jednak o wiele więcej. Podniósł wzrok na Astarotha powoli. Nic się nie stało... Człowiek, który miał problemy z rasizmem, stał się ofiarą tej istoty, na którą pewnie polował. Co za tragiczna ironia. Co za tragedia. Jak mógłby zaakceptować to, że Victoria z wampirem się spotykała? - Już lepiej? - Uśmiechnął się ciepło, chociaż blado, do mężczyzny.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#26
16.05.2024, 20:00  ✶  
Próbowałem stłumić w sobie tę radość. Była zła. Choć cały ten akt uczynił mnie lekkim i szczęśliwym, to miał złe fundamenty. Nie mogłem się tym rozkoszować. Nie mogłem oblizywać warg czy palców z dreszczem podniecenia. Nie mogłem myśleć o tym w kategoriach, jakie to było przepyszne, a jednak... Stało się. Stało się - tak ciągle myślałem, w ten sposób bagatelizując swoje wstrętne postępowanie. A wcale nie było dobrze, było wręcz paskudnie, niebezpiecznie totalnie. Mogłem się nie powstrzymać. Mogłem go wyssać do cna... Mogłem utracić wiele i wciąż tak się mogło potoczyć, a mimo to się uśmiechałem.
Te dłonie wcale nie miały zakryć zakłopotania, tylko zadowolenie. Ledwo zdławiłem w sobie beztroski śmiech. To nie byłoby na miejscu. Bardzo nie na miejscu. Opanowałem się, po raz drugi zresztą i ogarnąłem w międzyczasie z tej krwi, która zalegała jeszcze w kącikach moich warg, gdzieś spływająca po brodzie.
Przełknąłem ciężko ślinę, po czym sp0jrzałem na Laurenta. Mógł mnie wpakować w niezłe tarapaty. Mógł i w pełni na to zasługiwałem... Tylko że jak na niego spojrzałem, to te obawy jakoś się magicznie rozpłynęły. Pojawiła się z kolei troska i zaniepokojenie stanem mojego towarzysza. Nie dość, że go nieźle spiłem, to jeszcze najwyraźniej mimowolnie popchnąłem. Nie kontrolowałem tego. Jak niczego zresztą... Ale się powstrzymałem. Sam. Nie wiedziałem, co spowodowało, że tak to się stało.
- Przestań. Stało się cholernie dużo - zauważyłem, postępując ten krok by podnieść swoją różdżkę z podłogi.
Przywołałem od razu magią jeden z eliksirów, które składowaliśmy z Kimi. Na regenerację. Przydawało się, kiedy mnie ponosiło. Teraz też... Cóż, pomimo sytuacji, złapałem eliksir w locie, bo miało się ten refleks po dawnych rozgrywkach Quidditcha. Zerknąłem aby przelotnie na etykietę, po czym uklęknąłem przed Laurentem. Chciałem mu jakoś pomóc... Ale nie chciałem go przestraszyć...
- Już nic ci nie zrobię... złego - odparłem, unosząc na chwilę dłonie w górę w powolnym geście, po czym wyciągnąłem w jego kierunku fiolkę odwróconą etykieta w jego stronę. - Wypij, zrobi ci się lepiej. Szybciej... się zagoi i, cóż, uzupełni krew - dodałem, po czym wskazałem na jego szyję. Bałem się to oglądać, ale musiałem zobaczyć, czy za bardzo nie rozorałem mu szyi. Miałem aby nadzieję, że obędzie się bez magomedyków.
- Mogę obejrzeć...? Nieco cię opatrzę, ewentualnie wezwiemy specjalistę - odezwałem się po chwili. Miałem na powrót poważną twarz, która znacznie się odmieniła. Nabrała kolorów, pozbyła się sińców wokół oczu, jakby pojaśniała życiem, a nie chorą bielą.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#27
16.05.2024, 21:17  ✶  

Bardzo starał się uśmiechać. Bardzo starał się podtrzymać siebie samego na duchu, kiedy serce waliło mu panicznie, oddech był niespokojny i prawie go tracił, kiedy spoglądać na człowieka... zadowolonego. Jego zdaniem zmieszanego, bo przecież takie samooszukiwanie się było o wiele prostsze niż stanięcie naprzeciwko problemu, jaki mógł być rozwinięty do bólu. Do bestii, która stała naprzeciwko ciebie, której serce nie biło, nie dało się go naprawdę przytulić, który żywił się życiem innych. Gdyby tylko dopuścił do siebie myśl, że był w prawdziwej pułapce drapieżnika mógłby już tylko płakać i błagać na litość. Na początek jednak zrobiłby dobry użytek z różdżki, na której ciągle zaciskał swoje palce. To, że wampir się od niego oderwał nie oznaczało jeszcze, że oderwał się na stałe. Dlatego druga ręka dociskała materiał do szyi, żeby rana nie była widoczna, a ta bezcenna dla drugiej istoty krew nie kusiła swoim widokiem. Napij się jeszcze. Kuszenie diabła na ramieniu, czy może jednak bestii wewnątrz ciebie samego? Poliż chociaż skórę. Szkoda było, żeby te krople tak się marnowały, nie?

Pogubił się między rzęsami rzucającymi długie cienie na policzki Astarotha a własnymi, które przysłaniały świat. Jednocześnie gonił myślami, jak i myśli się zatrzymały - uczył się je łapać na nowo i jednocześnie próbował się odnaleźć w tej sytuacji na stałe. Zakotwiczyć w chwili, która drgała równie mocno, jak drżały ze strachu jego dłonie. Nie, Astaroth nie był zwierzęciem, żeby mógł mu zaufać, ułożyć swoje poczucie bezpieczeństwa na własnych umiejętnościach. Chociaż ta krótka chwila zbliżenia, między nimi, kiedy nieprzyjemnie zimne usta dotykały jego skóry, kiedy krew szumiała w uszach a ramiona nie pozwalały się odsunąć wydawała się wskazywać, że więcej było w tym zwierzęcia, nie człowieka. Pierwotności szepczącej do ucha jak te diabełek, co chciał więcej i więcej. Nigdy nie miał dość, bo nie tak został zaprojektowany. Być może tego pragnienia nigdy się nie dało nawet ugasić. Dało się je ledwo kontrolować.

Spiął się nieco bardziej, kiedy Yaxley podniósł różdżkę. Powinien kogoś prosić o pomoc już teraz, czy ufać temu, że spojrzenie Astarotha się uspokoiło, jak spokojniejsze były jego ruchy? Przestał się tak napinać i przestał się tak miotać. Jak zwierzę w klatce. Klatkę tworzył sobie sam. Nakładał kaganiec na własną twarz, żeby nie zapuścić się za daleko we własnych czynach. Tak, stało się bardzo dużo, ale kiedy druga istota zachowywała się niespokojnie to musiała być chociaż jedna, która będzie utrzymywać, że rzeczy są pod kontrolą. Miały być po kontrolą. Laurent w końcu musiał mieć kontrolę. Nie odpowiedział na jego słowa, chociaż cisnęła mu się na wargi lekka odpowiedź w formie pytania: a coś dobrego? Zamiast tego tylko się uśmiechnął (na powrót).

- Więc to teraz ja potrzebuję uspakajania? - Ten gest... Laurent go wykonywał w stosunku do przerażonych istot magicznych i wiedział, że na ludzi też działa. Puste dłonie zazwyczaj sprawiały, że ludzie czuli się bezpieczniej. Dla Laurenta, w tym wypadku, niczego to nie zmieniało. Te dłonie nie potrzebowały narzędzi, żeby zrobić krzywdę. Cały Astoaroth był martwą bronią. Puścił swoją różdżkę i wyciągnął rękę po eliksir. - Dziękuję. - Odkorkował go, spojrzał na pierwszy rzut oka i na pierwszy rzut nosa na niego. I wypił duszkiem. Miał dzisiaj potencjalnie sesję spirytystyczną do zrobienia, ważne spotkanie z Victorią. Nie mógł sobie pozwolić na to, żeby słaniać się na nogach. Zabawne, że jego własna przyjaciółka spojrzy na niego dokładnie tak samo, jak przed paroma chwilami patrzył Astaroth.

- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? - Właściwie to było pytanie retoryczne, bo on sam za dobry pomysł tego nie uważał. Odstawił pustą buteleczkę na bok. - Nie ma powodu, żeby wodzić za nos twój instynkt. Przynieś mi proszę coś do opatrunku. Gdzie jest łazienka? - Innymi słowy - sam zamierzał sprawdzić. Chociaż wcale nie czuł się pewnie, żeby w ogóle wstawać w tym momencie. Kręciło mu się w głowie.

Jakie to żenujące... Kiedy mylisz zalotność z jakże prostym głodem.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#28
19.05.2024, 22:06  ✶  
Zacisnąłem wargi mocniej, jak gdybym chciał sobie zasupłać usta już na wieczność, skleić je, zrosnąć, cokolwiek. Wcale mi się nie podobała zaistniała sytuacja, a euforia... to tylko krótka chwila, która z reguły niosła za sobą więcej konsekwencji niż pożytku. Byłem potworem. Byłem uzależnionym od krwi potworem. Nie można było trafić gorzej, a jednak... dopatrywałem się gdzieś pomiędzy tym byciem trupem jakichś pozytywów. I na co to wszystko? Na to by potem wszystko spierdolić, wszelkie starania bycia dobrym i pożytecznym, i pozytywnym zaprzepaścić dla drobnej kropli krwi...?
Byłem też młodym durniem, więc przerwałem swe milczenie.
- Jakbyś nie zauważył, jestem potworem. Doskonale znam te pełne przerażenia i obawy spojrzenia - skomentowałem, po czym zamilknąłem. Znowu. Nie dodałem, że miałem tego już serdecznie dosyć, że spodziewano się po mnie wszystkiego co najgorsze... być może nawet w każdym momencie mojego ży... TEGO CZEGOŚ. Czułem rozdrażnienie, ale zdecydowanie przewyższało je obrzydzenie do mojej nowej natury. Klątwa. Próbowałem jakoś z tym funkcjonować, ale takie sytuacje potwierdzały jedynie, że moje starania szły na marne. I co z tego, że się powstrzymałem? Jakiś przypadek! Potem będzie inna sytuacja. Zrobię coś, co będzie jeszcze gorsze niż wszystko poprzednie.
Ból, nienawiść czy może poczucie porażki? Ciekawe, co można było wyczytać z moich oczu? Chyba jednak wolałem tego nie wiedzieć, szczególnie kiedy to TEN Prewett miałby z nich czytać. Kolejna porażka na mojej drodze...
I jeszcze ta moja osobista porażka miała rację. Prewett miał. Pokiwałem głową, a w głowie zaraz stanęła mi myśl, ta sama myśl, co mnie kusiła już wcześniej by zanurzyć nos w jego perfumowanej szyi, być blisko niej, czuć jej ciepło, może się przytulić, posmakować tego smaku językiem, a potem... POTEM BYŁOBY TYLKO GORZEJ.
- Tak. Tak będzie lepiej - odpowiedziałem szybko, za szybko. - Wszystko jest w łazience. Wszystko, czego potrzebujesz - dodałem, odwracając wzrok od jego szyi. Mogło kusić za bardzo. Chciałem mu pomóc, oszacować szkody, ale... nie mogłem. Chociaż chciałem. Może nawet za bardzo chciałem...? - Gdybyś potrzebował... czyjejś pomocy, to daj znać... Ja nie chciałbym... zrzucać na swoją rodzinę konsekwencji tego zdarzenia... Czy możemy potem jeszcze chwilę o tym porozmawiać? - poprosiłem nieco sztywno, zastanawiając się, w jaki sposób dobrać słowa do sytuacji, nieco spięty, nieco zdenerwowany, nieco wytrącany z równowagi, bo jednak ta krew była tak pyszna, tak słodka, tak ciepła. Ech.
- Pomogę ci wstać i idź już tam. Lepiej - odezwałem się zaraz i wstałem, ale tak zaszedłem z tej drugiej strony by za bardzo nie kusiło to skaleczenie z drugiej. Niestety, już powiązałem zapach tych drugich perfum z tym smakiem krwi, więc nie wiem, czy coś miało mi ulżyć w cierpieniu. Chyba jedynie spicie Laurenta do cna...? Choć wiedziałem, byłem świadomy, że to również nie byłoby wystarczające. Z pewnością by takim nie było.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#29
21.05.2024, 23:00  ✶  

Potwory nie podawały ludziom medykamentów i nie chciały doglądać ich ran. A może..? Ludzie byli w końcu interesowni, potrafili dbać tylko i wyłącznie o własny interes, ale Laurent ciągle wierzył. Ufał temu, że ludzie potrafią być dobrzy, że starali się pomóc tylko dlatego, że ktoś naprawdę pomocy potrzebował. Wierzył, że człowiek człowiekowi może zrobić krzywdę, ale i nie brakowało tych ludzi, którzy otrą łzy z twojej twarzy i sprawią, że dasz radę się podnieść. Kochał ludzi. Kochał ludzi za to, że zawsze próbowali, starali się, że nigdy zło nie było na tyle silne, żeby nad wszystkimi wygrać. Astaroth Yaxley - jaki był i co go cechowało obok dumy, która chyba była u nich rodzinna? Na pewno przeszła między rodzeństwem, albo podzielili się nią po równo. Widział to w nich bardzo wyraźnie. Tak jak widział w Astarothcie człowieka.

- Nie przekładaj... instynktu nad człowieczeństwo. - Zarówno wobec samego siebie jak i wobec swojej ofiary. - Gdybym naprawdę się ciebie bał rozmawialibyśmy tutaj? Dzieliła by nas przynajmniej moja różdżka. - Mimo to ten instynkt w człowieku pozostawał, bo tkwił nie tylko w wampirze, który pragnął i potrzebował krwi. Czy on więc potrzebował uspokojenia? Oj tak, też tego potrzebował. Potrzebował podania dłoni, pomocy w opanowaniu się, ale i tak umysł promował skupianie się na osobie, która była powodem tego całego wydarzenia. Jego kły cięły skórę i och, jakie to było intymne - czy nie dzielili właśnie tej samej krwi..? Czy to nie siła Laurenta stała się właśnie siłą Astarotha? Przerażająco intymne, ale kiedy druga strona już nie chciała odgryźć ci tętnicy to łatwiej było zaakceptować obudzenie się z koszmaru. Teraz już było dobrze - przed chwilą jeszcze było niebezpiecznie. - Byle człowiek z nożem staje się potworem. Proszę siebie samego nie demonizować. - Prośba, bo cóż? Miał nakazywać? Tak, mógłby, ale przecież to byłoby wręcz żałosne w jego położeniu. I przede wszystkim naprawdę współczuł mężczyźnie. Laurent mógł stąd wyjść i z tego koszmaru się obudzić. Astaroth zostanie w nim na zawsze.

Wszystko, co mogło być miłe i sympatyczne, ta ludzka bezinteresowność, w którą się jeszcze chciało wierzyć, została rozbita, rozjebana wręcz na kawałki z kilkoma prostymi słowami. Krótkie "heh" było zalążkiem śmiechu, który nigdy nie miał swojego rozwinięcia, a który był wynikiem lekkiego niedowierzania. Nie w Yaxleya, jego w końcu nawet nie znał - we własną naiwność i głupotę, która uderzyła go kolejny raz w twarz.

- Tak, oczywiście... nie ma problemu. - Zapewnił go, ale chyba bezpieczniej było w tej sytuacji zabezpieczyć się przed dłuższą pogawędką. Niewiedza nie zwalniała z przestrzegania prawa, ale i niewiedza nie mogła być brakiem usprawiedliwienia dla tego, co robił z Astarothem nie mając pojęcia, że to wampir. Podejrzewał, więc mógł być o wiele ostrożniejszy. Mniej ufny. Mniej zajmować się tym, co... ach, ach, głupie ciało. Jak zwykle wszystko było za bardzo zarysowane, a Yaxley... był po prostu przystojny.

Skorzystał z pomocy, jaka została mu zaoferowana, skinął lekko głową w podzięce, ciągle ratując się serwetką i poszedł w kierunku łazienki, żeby zobaczyć, jak to wygląda. I prawie... nie wyglądało. Bardziej bolało, niż było rzeczywiście co leczyć. Bardziej był zmęczony, niż w ogóle było z tego krzyku. A jednak się wydarzyło. Laurent powinien się wyprostować i stanąć na wysokości zadania. Odbyć rozmowę dokładnie tak, z jakiego poziomu wychodził Astaroth. Teraz to on był tutaj wystraszony konsekwencjami, ale przyciśnięty mógł się znów stać agresywny. Więc lepiej... pozostać na tej płaszczyźnie bycia biedną ofiarą. Najwyżej później, w lepszej pozycji, podejdzie do tego z innej perspektywy. Innej dla samego Astarotha.

Zajął się raną, oczyścił ją, poprawił eliksirem - rana do wieczora będzie sama raczej niewidoczna. Zostanie co najwyżej przykre wspomnienie. Wyszedł w końcu łazienki, podpierając się framugi, na ciągle niepewnych i miękkich nogach. Teraz jeszcze miększych niż wcześniej, bo całkowicie zeszła z niego adrenalina.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#30
25.05.2024, 15:24  ✶  
Nie skomentowałem słów Laurenta, ale doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że ściskał swoją różdżkę za plecami. Może nie kierował jej w moją stronę, ale JESZCZE tego nie robił. Zabezpieczał się, być może bardziej odruchowo niż świadomie, ale to nie zmieniało faktu, że byłem potworem i trzeba było się przede mną zabezpieczać. Na tę myśl, aż po plecach przeszedł mi zimny dreszcz, a właściwie coś na jego podobiznę.
Ale... Zawsze było jakieś ale. Ale kiedy Laurent wydał rozkaz...? Cóż, brzmiało to jak rozkaz. Ale nieistotne, kiedy po prostu odezwał się tak nagląco, nie byłem w stanie pozostać obojętnym na te marne próby odwrócenia mojej uwagi od tego czym się stałem.
- Nie demonizować?! W takim razie czemu wciąż ściskasz w dłoni swoją różdżkę?! Przypadek?! - zapytałem przepełniony poddenerwowaniem i ironią. Żałosne, że to właśnie on próbował mi wmawiać, że jest inaczej. Te swoje przypadkowe śpiewy zapewne również tak bagatelizował, więc... morał z tego spotkania był zapewne taki, że oboje powinniśmy zginąć, zginąć marnie i najlepiej zostać spalonymi. Ale nie mogłem nic zrobić w tym zakresie, bo to byłoby na fair w stosunku do Laurenta, który nie mógł umrzeć przez to, że go ugryzłem, do mojej rodziny, która wiele wysiłku dawała w to bym jakoś funkcjonował, a szczególnie dla samej Geraldine, która już raz znalazła mnie martwego.
Nieco odetchnąłem, kiedy zniknął za drzwiami łazienki. Zdjąłem koszulę i przetarłem nią twarz, jak gdybym mógł w ten sposób uwolnić się od tego zapachu i tego smaku, ale to wciąż wisiało nade mną niczym kosa Śmierci. Zginę marnie. Wystarczy tylko słowo Laurenta skierowane do odpowiedniego pracownika Ministerstwa Magii i zginę marnie, a przy okazji przyniosę hańbę rodzinie.
Wcisnąłem odzienie między oparcie a poduszkę, a sam sięgnąłem po papierosa. Miał odwrócić moją uwagę od smaku krwi, od tych wstrętnych myśli. A jeszcze rano byłem taki zmotywowany i zdeterminowany, pomimo nudnej lektury na dziś, a... stało się co się stało. Ba!, nawet cieszyłem się, że pomogę Ger i jej znajomemu. Fajnie pomogłem. Ciekawe, czy opowie siostrze, co też go ciekawego zastało w jej mieszkaniu? Ger to zapewne zrozumie, szczególnie że go nie zabiłem, ale... co powiedzieliby rodzice?
Opadłem na kanapę i położyłem głowę na jej oparciu. Nie miałem prawa prosić go o dyskrecję w takiej sytuacji, też trochę duma mi nie pozwalała, ale... musiałem. Za wszelką cenę. Go namówić. Negocjować. Za wiele to nie miałem do zaoferowania. On z kolei miał wszystko, więc... Marnie to widziałem. Zaciągnąłem się papierosem i drgnąłem, kiedy mój wzrok padł na niego, takiego osłabionego.
- Może... lepiej usiądź - poradziłem, wskazując fotel, na którym siedziałem jakiś czas temu. Miałem wrażenie, że dobrych parę lat temu. Sam znowu się zaciągnąłem papierosem i ponownie spojrzałem na sufit. Próbowałem się wyciszyć, wymyślić coś, ale nie znałem go. Nie miałem o nim zielonego pojęcia. Wiedziałem jedynie tyle, że był bogatym paniczem, wstrętną półselkie... obłędnie smakującą półselkie.
Dobra, ten pozorny chill nic mi nie dawał, więc usiadłem prosto, poprawiłem się, ale nie pozbywałem się papierosa. Zamierzałem zaciągać się za każdym razem, kiedy tylko pomyślę o jego szyi. O, właśnie teraz.
Zaciągnąłem się, odetchnąłem dosyć płytko i w końcu odezwałem, wbijając spojrzenie w Laurenta. Jeśli zamierzał tam zasłabnąć na tych miękkich nogach, to zapewne miałem lecieć z pomocą, ale na razie próbowałem się trzymać na dystans. By nie kusić losu.
- Nie powinienem cię gryźć bez pozwolenia. Mój błąd. Przyjmę na siebie konsekwencje, jeśli zdecydujesz się to zgłosić odpowiednim służbom, jednakże... chciałbym cię prosić o przebaczenie i dyskrecję w tym temacie, nawet przed moją siostrą, jeśli jest taka możliwość. Oczywiście w zamian jestem do twojej dyspozycji... Czy jest coś, co mógłbym zrobić, żeby zrekompensować twoje straty? - zapytałem całkiem stabilnie i rzeczowo jak na osobę, która była wewnątrz kompletnie rozbita, przerażona i niepewna swoich kolejnych kroków. Trzymałem się tego - bynajmniej na ten moment - że jestem przyrośnięty do kanapy. Nie mogłem z niej wstać wedle tej dziecięcej wizji. Podłoga mogła być mi nawet lawą czy coś.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Astaroth Yaxley (7951), Laurent Prewett (9524)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa