26.11.1970
pierwsze ataki śmierciożerców
gerladine yaxley & ida moody
Przecięta warga krwawi, ledwo, ale i tak pozostawia krople na brudnej od poty i błota koszuli. Nawet gruba kurtka, jaką ma zarzuconą na plecy nie chroni już przed ewentualnymi atakami, czy mrozem i śniegiem. W jednej dłoni trzymała miotłę, swoją nieodzowną towarzyszkę wszystkich wypraw, a tych w przeciągu ostatnich kilkunastu godzin odbyła niezliczoną ilość. Grubowe, mahoniowe włosy spięła w warkocz, ale kosmyki zdążyły wyrwać się ze splotu, nieustannie smagane wiatrem, lub nagłymi unikami ataków Jego naśladowców. Moody była w gniewie, jaki nigdy jeszcze nie przepływał przez jej żyły, a każdy ruch wymagał koncentracji i opanowania.
Wyznaczona jako Kontakt, odpowiedzialna za dostarczanie informacji do tych, którzy niczego się nie spodziewali, spokojnie prowadzących żywot w swoich domach. Skręciła na rogu ulicy, w głowie odkreślając kolejne lokalizacje jakie musiała jeszcze dzisiaj odwiedzić. Wreszcie, dojrzała kątem oka szyld, który ją interesował. Mugolskie zabawki Freddiego Cresswella. Nic bardziej niebezpiecznego dzisiejszego wieczora nie dało się znaleźć w sercu Londynu, niż szyld, artykuł, bądź nazwę w sobie zawierającą słowa “mugol”.
Zatrzymała się gwałtownie, umiejętnie zapierając kozakami na cholewach w śniegu, gdy wreszcie mogąc dostrzec szczegóły witryny i sklepowego wejścia, zauważyła, że drzwi były otwarte. Nie nawet otwarte, a wyważone czystą siłą zaklęcia, które odrzuciło je na metr w głąb pomieszczenia. Nie mogła się spóźnić, to było niemożliwe. Wysłała do Freddy’ego sowę z odpowiednim wyprzedzeniem, otrzymała nawet od niego potwierdzenie, że uda się do bezpiecznej kryjówki natychmiast.
Czyżby naprawdę wrócił do sklepu? Przeklęła pod nosem, naciągając głębiej kaptur na głowę, tak by ukryć swoją tożsamość, chociaż na razie spotykała się jedynie z ciszą otaczającej jej ulicy. Morderczą ciszą przed burzą. Zbita witryna niczym rozsypane landrynki skrzypiała pod nogami aurorki, gdy miała już przekroczyć próg sklepu.
Prowizoryczna sieć kontaktów jaka utworzyła, działała chybotliwie i urywkowo, ale jeśli tylko któryś z jej informatorów zgłaszał wątpliwości co do tego, że informacja dotarła, tam udawała się samodzielnie.
Szyję zawiniętą miała grubym szalikiem, a chociaż jego brzeg naciągnęła na usta, by zakryć swoją tożsamość dla niepowołanego oka, zmysły wciąż pozostawały czujne, jak nigdy. Dlatego też, zanim ruszyła do przodu, zza pasa wyciągnęła różdżkę i w pół obrocie wymierzyła jej czubek ku osobie, która znalazła się po prawej stronie czarownicy.
— Ani kroku dalej. — Rzuciła donośnym głosem, a poły odsłoniętego płaszcza zachybotały na wietrze. Dobrze zbudowana sylwetka, wysportowana, na pewno jednak kobieca, dobrze znany zapach papierosa, jednak inny niż ten do których przywykła Moody, ostre rysy twarzy i jasne niczym łan zboża włosy. W oczach Idy błysnęło odkrycie. Nie obniżając dłoni wyposażonej w różdżkę, drugą uniosła do szalika i spuściła go z ust.
— Geraldine? To ty?
give me a bitter glory.