• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 12 13 14 15 16 Dalej »
[30.11.1970 mugolska część Londynu], Nastała noc - Florence & Patrick

[30.11.1970 mugolska część Londynu], Nastała noc - Florence & Patrick
Obserwator
Nie możesz winić lustra za to, że odbicie ci się nie podoba.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrick ma ciemne włosy i ciemne oczy. Najczęściej na jego twarzy gości trzydniowy zarost. Jest wysoki, ale nie przesadnie (ok. 185 cm), raczej wysportowany. To ten typ, który rzadko można zobaczyć w garniturze, bo woli ubrania wygodne, które nie krępują jego ruchów. A poza tym garnitury wyróżniają się w tłumie a on lubi się z nim stapiać. Dużo się rusza. Chociaż w towarzystwie potrafi sporo mówić i często żartować, zdaje się, że równie dobrze odnajduje się w swoim własnym towarzystwie. Często można go zobaczyć szkicującego coś namiętnie. Wieczorami można go czasem spotkać w barach. Zawsze wtedy siedzi gdzieś w rogu.

Patrick Steward
#1
17.12.2022, 02:48  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.06.2024, 09:03 przez Mirabella Plunkett.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic
Tamtego wieczoru pogoda doskonale odpowiadała swojej kalendarzowej dacie. Na dworze było zimno, a w bladym świetle latarni widać było sypiący się z nieba drobniutki śnieg. Jego malutkie, gwieździste płatki spadały na pogrążony w nocy Londyn. Osadzały się na poczerniałych gałęziach drzew i krzakach, na zaparkowanych na parkingach samochodach, na trawnikach, chodnikach, jezdni. Pobłyskiwały zdradliwie, jakby czekając na śpieszących się do domu pieszych, by ci ślizgali się na ukrytym pod nimi lodzie. Leżący na uboczu park tonął w nocnej ciszy. Ogołocone z liści drzewa nie chroniły przed narastającym mrozem. Nie potrafiły nawet dać odrobiny prywatności siedzącemu na jednej z ławek mężczyźnie.
A jednak w parku panował względny spokój. W jakiś sposób chronił przed dźwiękami przejeżdżających ulicą samochodów, przed przekleństwami pieszych i odgłosami dobiegającymi z pobliskiego pubu. Chronił nawet przed miejskim smrodem, tym nieprzyjemnym zapachem spalin pomieszanych z potem, perfumami, niemytymi zębami, szybkim jedzeniem i alkoholem. To nie tak, że w parku było przez to ciepło i przytulnie, ale przytłumione dźwięki, w połączeniu z zapachem mroźnego, już prawie grudniowego powietrza sprawiały, że miejsce to wydawało się w jakiś złudny sposób bardziej intymne.
To Patrick był tym mężczyzną siedzącym na ławce w parku. Mimo zimna i padającego śniegu, nie miał na sobie kurtki. Zmarznięte dłonie wsunął w rękawy wełnianego swetra. Oparł się łokciami o kolana i ukrył twarz w dłoniach. Obok ławki, w papierowej torbie stała ukryta butelka whisky, przynajmniej w połowie wypita.
Nie poruszał się, choć z pewnością nie zasnął. Przymknął oczy, próbując opanować pulsujący ból głowy. Nie był pewien czy bolało go przez wypity alkohol, niedawno stoczoną bójkę w barze czy też ból głowy był skutkiem wszystkich myśli, które pojawiły się w jego głowie na wiadomość o śmierci Clare.
Zadrżał z zimna, choć wydawało mu się, że chłód, który poczuł, nie do końca sięgał tylko zimowego, listopadowego wieczoru i tego, że siedział głupio w mugolskim parku. Podobnie było z otępieniem, które czuł, a które, mimo iż spowalniało jego ruchy, nie było w stanie spowolnić szalejącej w głowie gonitwy myśli. Raz był wściekły na zmarłą, tak bardzo rozgniewany, że chciałby złapać ją za ramiona i potrząsnąć; raz przygniatały go wyrzuty sumienia; raz chciał wyjaśnić wszystko – tylko nie wiedział komu i właściwie co miałby wyjaśniać, raz pragnął tylko zapomnieć.
Sam przesłał Florence wiadomość, by zjawiła się w pubie. Wiadomość dość krótką, napisaną niechlujnie i zawierającą się w zdaniach: Pomóż mi. To tak cholernie boli. Patrick. Całe szczęście, że miał wtedy jeszcze tyle przytomności umysłu, by podać czarownicy adres. Mniej szczęśliwie, że dosłownie kilka minut później zdołał wdać się w bójkę i wylądować w pobliskim parku. W dodatku bez kurtki.
Dama z Lumos
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kasztanowe włosy zwykle ma ciasno spięte, odsłaniając bladą, trochę piegowatą twarz. Oczy ma jasne, o uważnym spojrzeniu. Około metr sześćdziesiąt dziewięć wzrostu.

Florence Bulstrode
#2
17.12.2022, 11:22  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.12.2022, 15:22 przez Florence Bulstrode.)  
Florence Bulstrode nie była osobą, którą spotykało się w mugolskich pubach. W ogóle nie była osobą, która włóczyła się po mugolskim Londynie – odwiedzała bodaj wyłącznie tę jego część, z której dało się dostać do Kliniki Munga.
Może dlatego, chociaż po dostaniu wiadomości wybiegła w noc bez wahania (w skandalicznym jak na siebie stanie, mianowicie nieuczesana, w domowej bluzie pod okryciem, z rozchełstaną chustą na szyi i butami niedobranymi do płaszcza), znalezienie właściwego miejsca zajęło jej chwilę czasu i gdy wpadła do pubu, nigdzie nie zobaczyła Stewarda. Sprawdziła każdy kąt, ignorując dziwne spojrzenia, jakimi obrzucono ją, gdy zaglądała pod stoliki i wpakowała się do męskiej toalety. Samym zimnym wzrokiem zapewne kompletnie wykastrowała jednego z gości, który ją zaczepił, a wreszcie po wypytaniu barmana dowiedziała się o niedawnej bójce. Dopytując chwilę później przypadkowych przechodniów o to samo („Czy go widziałeś? Brunet, ciemne oczy, mniej więcej taki wzrost…”), była już bliska wezwania na pomoc braci i zażądania od nich urządzenia akcji poszukiwawczej w Londynie. Skłaniała ją ku temu dramatyczna wiadomość i świadomość mrozu, szczypiącego w policzki, który mógł sprawić, że jutrzejszego poranka ktoś znajdzie martwego Patricka Stewarda w jakimś zaułku. Powstrzymała przed tym jeszcze myśl, że chyba wie, co takiego bolało Patricka – i niekoniecznie chodziło o nagle objawioną chorobę wątroby, oberwanie klątwą (a szkoda, z klątwą Florence poradziłaby sobie od razu) ani nawet o to, że banda mugoli złamała mu obie nogi i ręce. Pewnie zresztą wolałby te nogi i ręce.
Tego dnia na dyżurze dotarły do niej wiadomości o śmierci Kordelii Avery. I po części troska, a po części wyrzuty sumienia – bo powinna była pierwszy raz w życiu z tego dyżuru wyjść i znaleźć Patricka, a nawet nie przyszło jej to do głowy, przecież mógł potrzebować przestrzeni, samotności, ona zaś akurat usiłowała zdjąć klątwę z dzieciaka, który po wycieczce do Egiptu zaczął chudnąć, blednąć i tracić siły… - zmusiły Florence do samotnego błądzenia najpierw po uliczkach, a potem po pobliskim, ciemnym parku. Chłód zdawał się przenikać przez okrycie, sięgać ciała, kości, wędrować dalej i na dobre zadomawiać się gdzieś w żołądku, wraz z myślą, uparcie odbijającą się w głowie uzdrowicielki.
Co jeżeli Patrick straci rozum do reszty i spróbuje pójść w ślady dziewczyny, którą pokochał?
Żałowała Avery. Ale w tej chwili ten żal został zepchnięty gdzieś na bok, bo Kordelii nie mogła już pomóc, natomiast Patrickowi – być może – jeszcze tak.
Ulga zalała ją, kiedy na ławce dostrzegła znajomą postać. Przyspieszyła kroku. Była już trochę zziajana, bo aktywność fizyczna nie była najmocniejszą stroną Florence Bulstrode, a mróz i wysiłek zabarwiły jej policzki na czerwono. Kasztanowe włosy częściowo ginęły pod płaszczem, częściowo opadały na ramiona, wbrew zwyczajom nieułożone ani nie związane odpowiednio.
– Patrick – powiedziała, stając u jego boku. Nie pierwszy raz miała do czynienia z kimś, kto stracił bliską osobę. Obserwowanie utraty stanowiło część jej pracy. Ale mimo całego swojego doświadczenia, nigdy nie było łatwiej znaleźć odpowiednie słowa.
Tak mi przykro.
Wszystko w porządku?
Jak mogę pomóc?

Wszystkie tak samo puste, pozbawione znaczenia. Nie niosące pocieszenia.
Umiała leczyć złamane kości, ale nie złamane serca.
– Gdzie masz kurtkę? Zamarzniesz tutaj – oświadczyła, ściągając z szyi wełnianą, niebieską chustę i narzucając mu ją na ramiona. Baczne spojrzenie przesunęło się po jego twarzy i sylwetce, poszukując śladów po obrażeniach, pamiątkach niedawnej bójki.
Obserwator
Nie możesz winić lustra za to, że odbicie ci się nie podoba.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrick ma ciemne włosy i ciemne oczy. Najczęściej na jego twarzy gości trzydniowy zarost. Jest wysoki, ale nie przesadnie (ok. 185 cm), raczej wysportowany. To ten typ, który rzadko można zobaczyć w garniturze, bo woli ubrania wygodne, które nie krępują jego ruchów. A poza tym garnitury wyróżniają się w tłumie a on lubi się z nim stapiać. Dużo się rusza. Chociaż w towarzystwie potrafi sporo mówić i często żartować, zdaje się, że równie dobrze odnajduje się w swoim własnym towarzystwie. Często można go zobaczyć szkicującego coś namiętnie. Wieczorami można go czasem spotkać w barach. Zawsze wtedy siedzi gdzieś w rogu.

Patrick Steward
#3
18.12.2022, 23:31  ✶  
Patrick podniósł głowę, gdy usłyszał głos Florence. W mroku nocy i w świetle ulicznej lampy, nie było to szczególnie widoczne, ale miał ciemniejącego siniaka na policzku, lekko rozciętą dolną wargę i mocno błyszczące, przepełnione rozpaczą oczy. Choć, w jakiś sposób, to może jednak te oczy najbardziej były zauważalne.
Patrzył na nią dziwnie. Jakby była wyspą a on rozbitkiem na morzu, jakby mogła go ocalić, uratować - albo przynajmiej rozgrzeszyć.
Zadrżał mocniej, gdy czarownica zarzucała mu wełnianą chustę na ramiona. Pewnie z zimna, choć nie tylko tego powodowanego przez pogodę, ale również innego, który przenikał go od środka. Śnieg ciągle sypał, osadzał się Stewardowi na włosach i ramionach.
- Zabiłem ją, wiesz? – zapytał cicho. – Ja… ja nie wiem co mam robić. Nie chciałem jej zabić, po prostu nie mogłem… to trwało za długo, rozumiesz? – Głos mu się załamał. Odwrócił głowę by pociągnąć nosem i choć trochę wziąć się w garść. – Jak to miało dalej trwać? Ona wyszła za mąż. Musiałem to skończyć…
Nie chciał, by Florence oglądała go w tym stanie. Na dobra sprawę, nie chciał by ktokolwiek przyglądał mu się w tym momencie. Chciał tylko, żeby przestało go w środku tak strasznie boleć. Żeby ktoś powiedział mu, że Clare żyje i wcale nie popełniła samobójstwa, bo nie chciał być tym trzecim w jej małżeństwie.
Wychynęły spod rękawów swetra jego nagie dłonie, gdy wycierał ręką twarz. Kostki miał obite, pokrwawione; jakby wcześniej intensywnie uderzał pięściami w ścianę.
- Chyba w pubie. Nie wiem – wymamrotał na pytanie o kurtkę. – Jacyś mugole grali w bilard. Śmiali się. Chciałem, żeby przestali się śmiać – opisał. Mówił trochę wolniej niż zazwyczaj, mniej wyraźnie; był podpity choć nie mógł być jakoś szczególnie pijany. Może przetrzeźwiał na dworze albo część whisky zwyczajnie porozlewał.
Dama z Lumos
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kasztanowe włosy zwykle ma ciasno spięte, odsłaniając bladą, trochę piegowatą twarz. Oczy ma jasne, o uważnym spojrzeniu. Około metr sześćdziesiąt dziewięć wzrostu.

Florence Bulstrode
#4
19.12.2022, 10:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.12.2022, 10:52 przez Florence Bulstrode.)  
- Nikogo nie zabiłeś - powiedziała Florence, siadając na ławce obok Stewarda. Po trochu, bo to było naturalne, po trochu, bo bieganina po niemagicznym Londynie sprawiła, że jej nogi stały się miękkie, jak po bardzo, bardzo długim dyżurze.
Kordelia Avery: nie miała wątpliwości, że Patrick mówił o niej. Ale do cholery, w jaki sposób by nie umarła, on nie miał z tym nic wspólnego. Nie do końca rozumiała, o czym dokładnie mówił, bo plotki, jakie doszły do jej uszu wspominały coś o wypadku, ale strzępy informacji sprawiły, że do smutku, lęku, współczucia i żalu, dołączyła teraz iskierka gniewu. Nie na Stewarda: na Kordelię, która wyszła za mąż za jednego, ale najwyraźniej nie umiała zostawić w spokoju drugiego.
Nic nie powiedziała. O zmarłych nie mówi się źle. A na pewno nie mówi się o nich źle, kiedy ledwo co umarli. I kiedy rozmawiasz z mężczyzną, który w tej zmarłej był zakochany.
O tym, że mógłby zabić Avery w sensie dosłownym nawet nie pomyślała. Nie był jednym z tych wariatów, gotowych udusić kobietę, która wybrała innego. A nawet gdyby, usłyszałaby o tej śmierci w innym kontekście. Niby jak Steward miałby zabić ukochaną? Rzucił na nią imperiusa? Zaaranżował, żeby kamień spadł jej na głowę w odpowiednim momencie? Morderstwo doskonałe? Akurat.
Jak to miało dalej trwać?
Nie mogłem. Musiałem to skończyć.
- Nie mogłeś. Tak się nie godzi - zgodziła się z nim. Jej głos był opanowany, chociaż ten spokój był tylko pozorem, grą, w jakiej Bulstrode miała ogromną wprawę. W szpitalu nie raz, i nie dwa, musiała być ostoją opanowania, walcząc o życie pacjenta czy stając w obliczu rozpaczy lub histerii rodziny i pacjentów.
Może mogła tym ich oszukać. Może mogła oszukać nawet Patricka, który nie był raczej w stanie, pozwalającym zobaczyć aurę. Nie mogła jednak oszukać siebie: bo tak naprawdę nie wiedziała, co zrobić, co powiedzieć, w jaki sposób pomóc.
Zignorowała słowa o mugolach, których najwyraźniej Steward po pijanemu zaatakował, bo przynajmniej to, że to nie pora na pouczenia, doskonale wiedziała. Ale co poza tym?
Zabiłem ją.
Pomóż mi.

Florence nie lubiła wielu rzeczy. Krwistych steków na przykład. Niekompetencji i krzykliwości. Fasolek wszystkich smaków Bertyego Botta, pływania oraz ordynatora swojego oddziału. Ale najbardziej nie cierpiała bezradności.
A teraz była bezradna. Nie mogła pomóc. Nikt nie mógł.
To tak cholernie boli.
Rozejrzała się, upewniając, że w pobliżu nie ma żadnego mugola, że żaden bezdomny albo pijak nie włóczy się po parku w mroźną, zimową noc. A potem wyciągnęła różdżkę i ostrożnie skierowała ją na twarz Patricka, szeptając cicho inkantację episkey. Ten ból mogła usunąć w parę sekund: nie potrafiła jednak zabrać tego, który tkwił w środku. Co miałaby zrobić? Wyszeptać obliviate i zabrać ból, razem ze wszystkimi wspomnieniami? To było możliwe i absolutnie naganne, raniące, w sytuacji, gdy wspomnień było tak wiele, nieodwracalnie odmieniające osobę.
Będzie więc bolało, Patricku Stewardzie. Długo i mocno.
Wyciągnęła rękę, sięgając po jego zimną, pokrwawioną dłoń, chcąc uleczyć też ją. Może tak naprawdę chciał, żeby te ręce bolały: żeby ból fizyczny zagłuszył ten, który tkwił gdzieś w sercu.
Ale Florence wiedziała, że to nie podziała. To nigdy tak nie działało.
– Niczemu nie jesteś winny, Patrick. A uwierz mi, nie mówiłabym tego komuś, kto zrobił coś, co zasługuje na potępienie.
Obserwator
Nie możesz winić lustra za to, że odbicie ci się nie podoba.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrick ma ciemne włosy i ciemne oczy. Najczęściej na jego twarzy gości trzydniowy zarost. Jest wysoki, ale nie przesadnie (ok. 185 cm), raczej wysportowany. To ten typ, który rzadko można zobaczyć w garniturze, bo woli ubrania wygodne, które nie krępują jego ruchów. A poza tym garnitury wyróżniają się w tłumie a on lubi się z nim stapiać. Dużo się rusza. Chociaż w towarzystwie potrafi sporo mówić i często żartować, zdaje się, że równie dobrze odnajduje się w swoim własnym towarzystwie. Często można go zobaczyć szkicującego coś namiętnie. Wieczorami można go czasem spotkać w barach. Zawsze wtedy siedzi gdzieś w rogu.

Patrick Steward
#5
22.12.2022, 21:09  ✶  
Patrick pokręcił głową, teraz już nie patrząc na Florence. Wbił wzrok w chodnik, w skrzące się na nim i wciąż spadające z nieba płatki śniegu. Jak miał wyjaśnić, że Clare najwyraźniej zabiła się krótko po tym, jak z nią zerwał? Nie wierzył w wypadek. Nie był w stanie uwierzyć w to, że zmarła przypadkiem. Nie, kiedy między ich ostatnią rozmową a tym przypadkiem minęło zaledwie kilka dni. Jeśliby to naprawdę był przypadek, byłoby to wyjątkowo podłe zrządzenie losu, ale los nie bywał aż tak podły.
- Powiedziałem jej, że już wystarczy, że czas dorosnąć, że najwyraźniej nie było nam pisane – wyrzucił z siebie cicho. Musiał to komuś powiedzieć. Komuś takiemu jak Florence, kto potrafił zrozumieć albo przynajmniej udać zrozumienie, albo chociaż nie potępić. Tamtego dnia, gdy odchodził, wydawało mu się, że zostawił przy Clare swoje serce. Czuł się pusty, ale wiedział, że postąpił właściwie. To nie była pokrzepiająca świadomość, ale zgadzająca się z tym, w jakie wartości sam wierzył. Ona wyszła za mąż. Miała męża. Spełniła obowiązek wobec rodziny i stworzyła nową rodzinę. A w oczach Patricka rodzina zawsze była najważniejsza.
Skrzywił się, gdy Florence uzdrawiała jego twarz. Oczy błyszczały mu tym charakterystycznym błyskiem, zawieszonym między chęcią płaczu a brakiem sił na szloch. Ręce miał lodowato zimne, jakby wbrew temu jak się zachowywał, udowadniające, że mróz działał na niego dokładnie tak samo, jak na każdego innego człowieka.
- Ja… - zaczął i urwał, nie bardzo wiedząc, jak właściwie powinien powiedzieć o wszystkim, co kłębiło się w jego środku. Myślami znowu był obok Clare, obok tego, że tak szalenie tęsknił za nią i jednocześnie był na nią tak bardzo zły. O zmarłych nie mówiło się źle, ale jakaś część Patricka, nie mogła jej darować tej samobójczej śmierci. Wiedział, że był w tym niesprawiedliwy, drażniła go własna niesprawiedliwość, ale nie mógł. Czuł się przez nią jednocześnie winny i skrzywdzony, jakby Clare celowo zrobiła z niego i ofiarę, i kata. – To nie miało się tak skończyć – zakończył koślawo.
Dość niezgrabnie, nazbyt szybko i jeszcze bardziej nazbyt gwałtownie – wiedziony raczej bólem i alkoholem niż czymkolwiek innym, wtulił się we Florence. Ukrył twarz w połach jej płaszcza. Jego mokre, zaśnieżone włosy dotykały brody czarownicy. Słyszała tylko pociągnięcia nosem.
Dama z Lumos
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kasztanowe włosy zwykle ma ciasno spięte, odsłaniając bladą, trochę piegowatą twarz. Oczy ma jasne, o uważnym spojrzeniu. Około metr sześćdziesiąt dziewięć wzrostu.

Florence Bulstrode
#6
22.12.2022, 21:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.12.2022, 21:53 przez Florence Bulstrode.)  
- Nie mogłeś postąpić inaczej – powiedziała Florence cicho. Ściskała jego dłoń jedną ręką, nie zwracając uwagi na to, że plami rękawiczkę krwią, a drugą stuknęła w nią różdżką i zranienia zaleczyły się, znikły, jakby nigdy ich nie było. – Nie byłbyś wtedy Patrickiem. A ona powinna to wiedzieć.
Patrick Steward, którego znała, nie mógłby być „tym drugim”. Nie na dłuższą metę. Nie mógłby kłamać, oszukiwać, szukać kradzionych chwil i żyć w poczuciu winy wobec prawowitego męża. I jeżeli musiał to mówić Kordelii, to ta chyba znała go za słabo, i to rozniecało trochę gniewu w sercu Florence, bo wymaganie tego od niego było niesprawiedliwie, a było też wymaganiem rezygnacji z rzeczy, których Steward zawsze pragnął: związku, rodziny, szczęścia.
Florence znała Kordelię Avery, znaną czasem jako „Clare”. Były w jednym Domu, na tym samym roku, ciężko byłoby się nie znać. Do pewnego stopnia nawet ją lubiła. Chyba wszyscy ją lubili. A jednocześnie Florence zawsze uważała, że to, co do Avery przyciągało ludzi, co pewnie sprawiło, że ostatecznie to Kordelię mianowano prefektką, je dzieliło i uniemożliwiało prawdziwą przyjaźń. Avery oferowała radość, urok, śmiech i pasję, tam gdzie od Florence biły spokój, upór i obowiązkowość.
Ale może chodziło też trochę o to.
O charakter Kordelii, który ostatecznie doprowadził ją do powiedzenia „tak” Martinowi Crouchowi, nawet jeżeli tego nie chciała i nie zamierzała po prostu potem iść tą obraną drogą.
Gdy Patrick objął ją nagle, Florence po prostu otoczyła go ramieniem, różdżkę opuszczając luźno wzdłuż jego pleców, przygarniając do siebie Stewarda, pozwalając, aby został tak przez chwilę. Milczała długo, nie potrafiąc znaleźć właściwych słów i tylko tym uściskiem próbowała okazać wsparcie i przy okazji ogrzać przemarzniętego przyjaciela. To nie miało się tak skończyć. Żałowała w tej chwili – jak cholernie żałowała – że nie zdołała tego przewidzieć. Że gdy ostatni raz widziała Clare, nie spróbowała spojrzeć w jej przyszłość. Że żaden sen, żaden omen, żadne przeczucie nie zwiastowały takiego… końca. Bo w pewnym sensie był to koniec, jeżeli nie dla Patricka, to dla Clare, dla nich obojga razem…
…a przynajmniej w tej chwili tak się wydawało. Nim zapłonęły ogniska sabatu, nim duch powrócił spoza zasłony.
– Na twoim miejscu zrobiłabym to samo – powiedziała, patrząc ponad jego głową gdzieś w ciemność. Płatki śniegu opadały jej na włosy, topniały na nosie, na policzkach. Jej też chciało się teraz płakać, nad Avery, nad Patrickiem, nad życiem, którego nie mieli, ale zacisnęła na moment powieki i powstrzymała te łzy, jak robiła wiele razy wcześniej. Może w takich chwilach powinna pozwolić im popłynąć, może komuś byłoby łatwiej, wiedząc, że dzieli jego smutek, ale Florence nie chciała, nie umiała dać sobie prawa do takiej słabości. Od zawsze próbowała być tą ostoją spokoju, kamieniem, na którym można się oprzeć, dla młodszych braci, dla kuzynostwa, dla pacjentów i ich rodzin, i tak samo zachowywała się i tym razem. - Pamiętaj, że nie zostałeś sam, Patrick.
Obserwator
Nie możesz winić lustra za to, że odbicie ci się nie podoba.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrick ma ciemne włosy i ciemne oczy. Najczęściej na jego twarzy gości trzydniowy zarost. Jest wysoki, ale nie przesadnie (ok. 185 cm), raczej wysportowany. To ten typ, który rzadko można zobaczyć w garniturze, bo woli ubrania wygodne, które nie krępują jego ruchów. A poza tym garnitury wyróżniają się w tłumie a on lubi się z nim stapiać. Dużo się rusza. Chociaż w towarzystwie potrafi sporo mówić i często żartować, zdaje się, że równie dobrze odnajduje się w swoim własnym towarzystwie. Często można go zobaczyć szkicującego coś namiętnie. Wieczorami można go czasem spotkać w barach. Zawsze wtedy siedzi gdzieś w rogu.

Patrick Steward
#7
23.12.2022, 03:33  ✶  
Patrick wygiął wargi, uśmiechając się gorzko, bardzo gorzko, i wcale nie z rozbawieniem. Problem w tym, że w tej chwili wcale nie wiedział, czy w ogóle chciał być jeszcze Patrickiem Stewardem. Tyle myślał o Clare i o ich sytuacji, tyle razy zastanawiał się jak powinien postąpić, że kiedy wreszcie podjął decyzję…
Zamknął oczy.
Chciał rozstać się z Clare, ale nigdy, nawet najbardziej wściekły i rozżalony, nie chciał by umarła. Zrywając, pogodził się nawet z myślą, że kiedyś staną naprzeciwko siebie i ona zrozumie, że tak trzeba było. Nie zaprzyjaźnią się, a on dalej będzie ją kochał, ale będą się przynajmniej darzyli szacunkiem.
Nie potrafił być tym drugim. Nie chciał się w tym odnajdować. Nie chciał nawet podejmować próby takiej relacji. Bo jak często i jak głośno się nie śmiał, do pewnych spraw podchodził śmiertelnie poważnie. Do związków podchodził w taki sposób. Był wierny, do bólu wręcz monogamiczny i zapatrzony w kobietę, z którą się spotykał. Ba, gdyby go nawet postawiono na ślubnym kobiercu z zupełnie obcą kobietą, jej również byłby wierny i próbowałby stworzyć z nią rodzinę. Związek z Clare trwał latami, a on chociaż od pewnego czasu wiedział o tym, że była zaręczona z innym, ciągle liczył na to, że zaręczyny nie zakończą się ślubem. Liczył na to do samego końca. Bo ślub miała wziąć z nim. Mieli mieć szczęśliwe zakończenie.
- Nie mogę jej darować, że się zabiła – wymamrotał, wypowiadając wreszcie te straszne słowa, które chodziły mu ciągle po głowie. Głos miał przytłumiony przez to, że mówił właściwie w płaszcz Florence, zbyt spięty, rozgniewany, przerażony i rozżalony jednocześnie by wydusić to z siebie, patrząc jej prosto w oczy. - Po prostu nie mogę jej tego darować.
Nieszczęśliwy wypadek był czymś zupełnie innym niż samobójstwo. A im dłużej Patrick myślał o tym, że Clare odebrała sobie życie, tym większy miał mętlik w głowie. Z jednej strony rosła w nim wściekłość na nią i bunt przed sytuacją, w której się sam znalazł. Z drugiej, zastanawiał się, czy czasem, choć wiedziony najlepszymi chęciami, nie doprowadził jej do ostateczności. Może powinien porzucić swoje marzenia o żonie i dzieciach i jednak zadowolić się rolą tego drugiego? Jakoś by się przecież w to wtłoczył, gdyby naprawdę musiał. Przecież całkiem nieźle potrafił się ukrywać...
- Wiem. I dziękuję, że się tu zjawiłaś – powiedział cicho. Paradoksalnie, zrobiło mu się trochę lepiej, kiedy się nie odsunęła. Nie traktował uścisku, w którym trwali bratersko lub matczynie; raczej jak zaznaczenie, namacalnej obecności; chwilowe poczucie, że naprawdę nie był sam, chociaż trochę był sam, bo ani nie mógł oficjalnie przeżyć żałoby po zmarłej, ani nawet nie powinien tego robić. – Nie chcę wracać do domu. Nie chcę wracać do mieszkania. W domu musiałbym tłumaczyć wszystko dziadkom. W mieszkaniu będzie za cicho.
I pewnie to było właśnie powodem, dla którego wolał siedzieć nocą, w zaśnieżonym parku na ławce.
Dama z Lumos
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kasztanowe włosy zwykle ma ciasno spięte, odsłaniając bladą, trochę piegowatą twarz. Oczy ma jasne, o uważnym spojrzeniu. Około metr sześćdziesiąt dziewięć wzrostu.

Florence Bulstrode
#8
23.12.2022, 12:15  ✶  
Florence skrywała empatię, całkiem sporą za pewną oschłością, która znikała głównie wobec młodszych krewnych i za maską surowości, którą z kolei zdejmowała bardzo rzadko, nawet przy najbliższych. Musiałaby być jednak dużo, dużo okrutniejsza niż była, aby odepchnąć Patricka w sytuacji, w której się znalazł. Obejmowała go więc po prostu, w ten niewerbalny sposób starając się pokazać, że ktoś jest obok, bo ludzie już tak mieli, że pewne rzeczy łatwiej było znieść, jeśli mogli na kimś się oprzeć.
Zesztywniała na moment, gdy wspomniał o tym, że nie może jej darować… bo samobójstwo tak bardzo nie pasowało do radosnej Kordelii Avery. Wiedziała, oczywiście, że czasem nagle życie odbierał sobie ktoś, po kim nikt by się tego nie spodziewał. Kto pozornie nie miał ku temu żadnych powodów. Zdarzyło się nawet dwa czy trzy razy, że tacy niedoszli samobójcy, jeśli spróbowali użyć ku temu magii, trafiali na jej oddział.
Ale nie potrafiła połączyć samobójczej śmierci i Avery.
Przesunęła w końcu dłonią po jego plecach, wciąż zapatrzona gdzieś w ciemność. Co takiego się stało, że Clare zdecydowała się odebrać sobie życie? Czy to na pewno nie był jakiś nieszczęśliwy wypadek?
- Nie wierzę, że chodziło tylko o wasze zerwanie. Może miała inne problemy – wyszeptała. To była tylko część myśli krążących jej po głowie: których nie chciała wypowiadać, bo Patrick miał dostateczny mętlik w głowie i sercu. Powstrzymała też wszystkie pytania, cisnące się na usta. Nie pora, nie czas na to. Czegoś się dowiedzieć spróbuje później.
– Oczywiście, że się zjawiłam – powiedziała już znów spokojnym tonem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Wyswobodziła się ostrożnie z jego objęć, odsuwając się trochę. – I oczywiście, że nie wrócisz sam do mieszkania. Wybieraj. Idziemy razem do ciebie albo do mnie. Moja kanapa jest całkiem wygodna, mam też trochę ziół na sen, jeśli byś ich potrzebował – poinformowała tonem, nie znoszącym sprzeciwu, mniej więcej takim, jakiego używała, gdy ordynowała zalecenia pacjentowi. Nawet przez ułamek sekundy nie przyszło jej do głowy, że mogłaby zostawić tej nocy Stewarda samego sobie. Już pomijając to, że nie powinien zostać sam ze swoim smutkiem… Był podpity, omal nie zamarzł w parku, a wcześniej wdał się w bójkę z dwójką mugoli i puszczenie go samopas było po prostu niebezpieczne. Nigdy by sobie nie wybaczyła, gdyby coś mu się tej nocy stało.
Orion, na szczęście, miał dziś nocną służbę. A Atreus… pewnie był w kasynie, a jeśli nie, to miała do dyspozycji dwa własne pokoje w ich kamienicy, na innym piętrze niż bracia, pewnie i tak nie zwróci uwagi, a nawet jeżeli brat by ich zobaczył i coś źle by zrozumiał, to on akurat nie należał do osób, które robiłyby jakieś problemy.
Obserwator
Nie możesz winić lustra za to, że odbicie ci się nie podoba.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrick ma ciemne włosy i ciemne oczy. Najczęściej na jego twarzy gości trzydniowy zarost. Jest wysoki, ale nie przesadnie (ok. 185 cm), raczej wysportowany. To ten typ, który rzadko można zobaczyć w garniturze, bo woli ubrania wygodne, które nie krępują jego ruchów. A poza tym garnitury wyróżniają się w tłumie a on lubi się z nim stapiać. Dużo się rusza. Chociaż w towarzystwie potrafi sporo mówić i często żartować, zdaje się, że równie dobrze odnajduje się w swoim własnym towarzystwie. Często można go zobaczyć szkicującego coś namiętnie. Wieczorami można go czasem spotkać w barach. Zawsze wtedy siedzi gdzieś w rogu.

Patrick Steward
#9
28.12.2022, 00:48  ✶  
Patrick pokręcił głową. Uśmiechnął się gorzko pod nosem. Myśl, że Clare mogła zabić się z jakiegoś innego powodu niż kłótnia z nim, była… była pokrzepiająca i obezwładniająca jednocześnie. Przecież powiedziałaby mu o swoich problemach, prawda? Nie ukrywałaby ich przed nim? Już sam nie wiedział jakich właściwie odpowiedzi na te pytania oczekiwał.
- Może? – odpowiedział powoli, bardzo powoli, choć jednocześnie zrobił to raczej odruchowo, nieszczególnie wierząc w tę możliwość. Wydawało mu się, że znał Clare za dobrze, by nie dostrzec, że działo się z nią coś na tyle złego by zechciała się targnąć na swoje życie. Ale też, gdyby ktoś wcześniej próbowałby mu powiedzieć, że jego najpiękniejsza, jasnowłosa Clare może zrobić coś takiego, wyśmiałby go. I jakoś tak mimowolnie zaczął się zastanawiać nad tym, czy kobieta, którą kochał mogłaby być aż tak dobrą aktorką.
I nie, nie była. Chyba nie była. Albo on jej w ogóle nie znał. Co świetnie pokazywałoby, jak beznadziejnym był obserwatorem i partnerem.
- Chyba bym coś zauważył, prawda?
Steward otarł ręką twarz. Zapatrzył się na latarnię, na spadające na ziemię płatki śniegu. Dotarło do niego, że tak naprawdę niczego nie mógł być pewien. I nawet wiedział, czy to lepiej, czy właściwie gorzej. Westchnął. Zmieniający się w obłoczek z pary wodnej oddech uświadomił mu, jak zimno było na dworze. A on chyba potrzebował koca, gorącej herbaty i znajdującej się obok niego Florence. Dłuższej chwili milczącej obecności, zamiast obezwładniającej samotności i poczucia pustki.
- Idziemy do mnie – odpowiedział szybciej, niż zdążył się nad tym zastanowić. Nie chciał by ktoś inny, ktoś poza nią, oglądał go w stanie, w którym się właśnie znajdował. Już nawet darowałby sobie, gdyby miał się pokazać zasmarkany, zziębnięty i podpity. Tak, nie prezentował się w tym momencie najlepiej jak mógł, ale nigdy nie zależało mu na otrzymaniu tytułu najbardziej męskiego i najprzystojniejszego mężczyzny w czarodziejskim świecie. Teraz chodziło tylko o to, że jego wygląd mógł budzić pytania w każdym, kto go choć trochę znał a on nie miał sił na to, by udzielać jakichkolwiek odpowiedzi.
Clare nie żyła. Nawet nie umiałby wyjaśnić komuś postronnemu, dlaczego aż tak rozpaczał. Nie byli razem. Zerwali. Rozstali się. Ona zdążyła wyjść za mąż za innego. Wypadki się zdarzały. To ktoś inny miał w tej chwili większe prawo do rozpaczy niż on. W ogóle nie powinien się w to mieszać (a jeśli już to powinien raczej pojawić się na pogrzebie, ale już wiedział, że tego nie zrobi). O samobójstwie nie miał odwagi powiedzieć nikomu poza Florence (i powiedzenie jej kosztowało go wystarczająco wiele wstydu i bólu).
Ale może siedząca obok niego czarownica, pomogłaby mu odczarować kawalerkę, w której spotykał się ze zmarłą. Chciał tam wejść bez strachu, bez natłoku myśli, bez frustracji. Pewnie i tak będzie musiał zmienić to mieszkanie na inne, ale jeszcze nie dzisiaj i nie teraz. A jeśli nie będzie w stanie spędzić tam nocy, to przynajmniej weźmie suche ubranie na zmianę (o magii nie myślał).
- Chyba, że nie będę w stanie wejść do środka to wtedy ta kanapa będzie wspaniała.
Dama z Lumos
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Kasztanowe włosy zwykle ma ciasno spięte, odsłaniając bladą, trochę piegowatą twarz. Oczy ma jasne, o uważnym spojrzeniu. Około metr sześćdziesiąt dziewięć wzrostu.

Florence Bulstrode
#10
28.12.2022, 23:55  ✶  
- Czasem pewnych rzeczy nie chcemy pokazać właśnie tym, których kochamy najbardziej – powiedziała Florence cicho. Żałowała trochę, że zasugerowała takie rozwiązanie Stewardowi. Wiedziała, że pytanie, co doprowadziło Avery do samobójstwa będzie ją dręczyć. W jego wypadku stanie się więc to pewnie o wiele, wiele gorsze.
- W porządku. Prowadź – zgodziła się bez oporów. Gdyby wiedziała, o co chodziło, zapewniłaby pewnie, że szanse na to, że jej bracia go zobaczą, są bardzo niewielkie, ale nie zamierzała o nic pytać. Nie dzisiaj. Dziś mogła tylko zabrać go z tego zimnego, ciemnego parku, podsunąć mu kubek z herbatą i siedzieć u jego boku, jak czasem zdarzało się jej nocami przy pacjentach, których stanu nie była pewna. Po prostu być obok, z nadzieją, że ta obecność choć trochę odgoni wszystkie cienie i widma, które mogłyby go nawiedzić.
Podniosła się z ławki i wyciągnęła do niego rękę, by pomóc mu wstać, jeżeli zechciał ją ująć. Chciała jak najszybciej zabrać Stewarda z parku, bo jej dusza uzdrowicielki wykrzykiwała rzeczy w rodzaju „odmrożenia!”, „zapalenie płuc!”, „ogólny spadek odporności”! Chusta, narzucona mu na ramiona, na pewno nie chroniła przed chłodem dostatecznie.
Gdy szli przez ośnieżone ulice, nie próbowała zmuszać Stewarda do rozmowy, choć starała się mówić, jeżeli odnosiła wrażenie, że on chce tej rozmowy. A kiedy dotarli do jego mieszkania, poczekała cierpliwie na to, by albo stwierdził, że może tu wejść – albo zabrał swoje ubrania i razem z nią, najlepiej za pomocą sieci Fiuu, przemieścił się do jej mieszkania. Zadbała o to, by wypił coś ciepłego, okrył się kocem i wyleczyła wszystkie obrażenia, jakie wyleczyć mogła.
Bo niektóre z nich sięgały o wiele zbyt głęboko, aby mogła zaradzić na nie jedna uzdrowicielka.
Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Florence Bulstrode (2267), Patrick Steward (2061)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa