Ludzie, którzy potrafili dać ci coś od siebie i nie chcieli cię dotknąć stawali się bogami w oczach samego Prewetta. Istotami wynikającymi się z jego dłoni, dlatego mógł czerpać z nich siłę i wiarę w to, że nadal był tym, kim stworzył go świat - aniołem z drobinami ciepła. Samolubnie pragnącym opływać złotem i płaczącym jak dziecko bez cukierka, kiedy ktoś chciał mu je odebrać, ale gdyby ktoś tych pieniędzy naprawdę potrzebował, gdyby ktoś bliski potrzebował... Cholera, nie zastanawiałby się nawet chwili. Po to było to złoto, żeby w godzinie potrzeby posłużyć czemuś lepszemu. I po to, żeby się w nim kąpać. Było też coś uświęconego w tej chwili. Nie wiedział jeszcze, co to takiego, ale nie chodziło nawet o ten rozbity wazon - przecież on też warto był pieniądze! Nie zastanawiał się nawet nad tym. Nie chodziło do końca o sam gest ani o to, co zostało powiedziane przed kilkoma chwilami. Chodziło o tu i teraz. O to, co miał w swoim spojrzeniu. O ten rodzaj dotyku, który nie szukał niczego więcej. To jest świętość. Prawdziwe czczenie drugiej osoby. Nie momenty, w której padasz na kolana i muskasz każdy kawałek skóry, ani nie chwila, kiedy próbujesz to udowodnić słowem. Laurent miał ciężką głowę i zaczynała pulsować nieprzyjemnym bólem od tego wybuchu płaczu. Zaraz przejdzie, w końcu przeminie, jak każda taka bolączka. One były tylko czasowe. To, co bolało serce, było o wiele bardziej trwałe. O czym myślisz? Co kryje się w twojej głowie, Flynn? I skąd w ogóle bierzesz te pokłady empatii? Po co? Dlaczego?
- Nie. - Naprawdę nie sądził, że to spotkanie między nimi dojdzie do skutku, a już na pewno nie sądził, że będzie wyglądało... Właśnie tak. - Dlatego szukam innego domu. - Niestety wcale nie czuł się wiele lepiej poza tym miejscem. W Keswick, rodzinnej posiadłości Prewett, było koszmarnie. Nie chciał też siedzieć na głowie kogokolwiek bliskiego, Bulstrode wystarczająco już go ugościli. Więc wracał tu. Ułożył dłoń na barku Flynna. - Czemu wtedy byłeś w takim stanie na tamtej plaży?