W końcu dostał od niego to, co chciał - zasady tej gry. Zasady i h znajomości. Gdzie kończyła się i zaczynała ta miłość i oddanie - nie była fałszywa, jak ta relacja nie była, ale była jak każda inna ujęta w swoje ramy. Wyjątkowe, dostosowana do gry, do tego, czego potrzebował Flynn. Laurent potrzebował czasu, żeby znaleźć przestrzeń, której on tam potrzebował. Żeby waga, którą trzymał w dłoniach, zainspirowany Artemidą, w końcu przechyliła się w którąś ze stron. Gdzie Crow chciał być używany i jak go użyć? Jak zrobić z niego pożytek, jak ze wszystkich zasobów ludzkich, żeby jednocześnie trzymać się jego ram zadowolenia, żeby go nie skrzywdzić? Żeby nie skrzywdzić bardziej samego siebie. Żeby nie przegiąć i... Chciał myśleć - i nie otwierać więcej tych upiornych wrót, które otworzył z nim ostatnim razem. Tylko nie mógł. Nie potrafił myśleć o tym jako o czymś zatrważającym i pozostawiającym bez ciekawości. Nawet jeśli było to obrzydliwe i zdawało się złe. Wydawało się jednocześnie... Takie dobre. Kiedy zamiast sięgać do Nieba tarzało się w ziemi.
- Jest coś gorszego niż dawanie komuś pierścionka, który ci zaraz zwróci? - Znów się uśmiechnął, trochę krzywo, bo przecież to była myśl bardzo krytyczna. - Niestety zażyczyłeś sobie takiego, który będzie pasował na mój palec. Więc będziesz jak książę z bajki o Kopciuszku. Tylko zamiast pantofelka - masz pierścionek. - Albo sprzedaj go i kup sobie coś ładnego. Z jakiegoś powodu miał wrażenie, że Edge by tego nie zrobił. Jak sroka... wrona... Prędzej schowa go pod poduszką. Albo zrobi. Żeby nie denerwować osoby, do której chciał wracać. Odetchnął następnie. - Co jest zabawą i pieszczotą niech taką zostanie. Wyznaczam wyraźną granicę , żebyś zaraz nie odebrał mylnego wrażenia, że myślę o tobie w kategoriach człowieka postanowionego niżej od siebie. - Wbrew temu, co było sugerowane. - Nie sądziłem, że się jeszcze spotykamy. Że przyjdziesz. - Mogli mówić sobie wtedy różne rzeczy, ale Laurent wielu rzeczy się nasłuchał i też wielu naszeptał. Rzeczywistość weryfikowała potem te szepty i słowa. - Gdybym widział, przygotowanym obrożę. - W końcu blask życia pojawił się w jego oczach wraz z kilkoma błyskami rozbawienia. - Już dałem ci kwiaty, pierścionek, który sobie zażyczyłeś... Jesteś fatalnym narzeczonym, nawet nie zaprosiłeś mnie na randkę. - Klęknąć. Laurent niechętnie klękał.
Wyciągnął do niego ręce, żeby się przytulić. Albo jego przytulić do siebie? Żeby przesunąć nosem po skórze jego szyi, żeby pozwolić jego ciemnym włosom połaskotać swoje policzki i żeby jego cienie i martwica zmieszały się z jego światłem. Człowiek, który mógł go pochłonąć.
- Szarp się więc na tym łańcuchu, Piesku . Udowodnię ci, że i tak cię oswoje. - Obrócił się wolno razem z nim, zostawiając własny cień dotyku na jego ciele, delikatny jak puch sowich piór.