• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge

[30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#51
25.05.2024, 23:46  ✶  

Jego głowa była krzykiem. Krzyczał. Darł się w niebogłosy. Czarny wir tła i biała linia, jednostajny pisk, który już nawet nie miał żadnego wymiaru słów. Patrzył na to - na tego trzęsącego się z zimna Flynna o sinych wargach, na jego czerwone oczy, na tę krew, która płynęła po wannie znacząc ścieżkę dla przeklętych. Wędrując za nią palcami, paluszkami, prosto do ścieków - tam bezwolnie do czyśćca, ale nie. Z tego już przecież nic nie będzie. Chciał krzyczeć też na głos, ale tym przegranym, załamanym wzrokiem patrzył na tę nogę. I nie rozumiał. Nie wiedział, dlaczego słyszy na wejściu "przepraszam", ale biała linia nie wyrodziła już tego wiecznie powtarzanego między nimi pytania "za co?" i czemu kolejny raz krew zdobi ciało tego człowieka w jego domu. Nie rozumiał, co sam zrobił nie tak w swoich staraniach, żeby było dobrze. Ta rana na nodze - jakby była przeciągnięta przez jego klatkę piersiową. Bolała, wgryzała się w ciało, tylko krwi nie było. Nie było jeszcze na jego podłodze, ale była tam - na ciele tego czarnowłosego mężczyzny. Skoro przychodził i nie miał innych ran to czy to znaczy, że tylko on do tego doprowadzał?

Grawitacja dociskała jego kolana do ziemi, niewidzialna siła podtrzymywała w górze, a on miał jedno zadanie, jedną misję zrodzoną z prostej, ludzkiej przyzwoitości: pomóc. Och, już wystarczająco pomogłeś! Twoja wspaniała pomoc doprowadziła tego mężczyznę do tego punktu. Przycisnął palce do ust, schował je za nimi. Zabrakło mu tej energii, żeby się ruszyć. Z drugiej strony - jak zawsze, w takich kryzysowych sytuacjach - trzeba było działać. Wyrwał się z bezruchu i tego pierwszego, otumaniającego zderzenia z tą sceną i spróbował wejść do tej łazienki. O ile Flynn go nie zatrzymał magią. Wyjaśnienie przeprosin wykręcało żołądek i na sekundę wirowało w głowie. Puściły mu nerwy.

- Co mi zrobiłeś? No co mi zrobiłeś?! - Nie mógł tutaj teraz przeżywać swojego załamania nerwowego i pozwalać na to, żeby emocje przejęły kontrolę, kiedy Fleamont potrzebował pomocy. Przeszedł do szafki z ręcznikami i wyciągnął od razu dwa, sięgnął po cieplejszy szlafrok na razie odłożony na najwyższą z półek - latem był w końcu niepotrzebny. - Jestem aż taki straszny, że robisz sobie te okropne rzeczy? Czemu mi to robisz? Czemu sobie to robisz? Dlaczego... Dlaczego robisz sobie krzywdę... - Mówił to prawie na jednym wdechu, trzęsącym się głosem. Rzucił jeden ręcznik na marmurowe obudowanie wanny i drugą sam rzucił na głowę Flynna, żeby mu te włosy wytrzeć. - Nie zostawię cię tutaj. - Powinieneś, głuptasku. Niech chłonie czyn swoich winę. A potem ty też ją wchłoń. Skończcie to w końcu. Skończcie obaj. - Błagam... błagam, nie krzywdź się przeze mnie... nie wiem, co złego ci robię, ale już nie będę. Powiedz mi tylko słowo, naprawdę nie będę... przepraszam, Crow... przepraszam, tak bardzo mi przykro... - Chciałem... Czy krzywdę w ogóle można mierzyć jaką miarą? Flynn odliczał ją długością cięć, teraz temperaturą swojego ciała. Ranił je, żeby myśli bolały mniej. Otwierał ciało, bo może wtedy i głowa przestanie być taka zamknięta. Pomagało? Chyba nie. Laurent na moment się zatrzymał, zwiesił głowę między swoimi ramionami. Tylko na moment, bo zaraz ją podniósł, narzucić na ramiona Flynn drugi ręcznik nic sobie nie robiąc z tych pozostałości fajek, nawet z tego, jak tu waliło w nos ostrym zapachem wypalonego tytoniu. - Mi się nic złego nie stało, Crow... nic złego mi się nie dzieje, dopóki nie widzę, że robisz sobie krzywdę. To jest złe! To jest krzywdzące!



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#52
26.05.2024, 19:35  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.05.2024, 19:39 przez Eutierria.)  
Co mu zrobił? Oh, mógł dodać do listy kolejny element - dodprowadził go do tego stanu, do tego stanu, do którego doprowadzał też innych. Laurent mógł nie oddać się temu w pełni, zabrał się od razu za niesienie pomocy, ale mówił tak nerwowo, przed chwilą wyglądał tak, jakby miał zasłabnąć i upaść na podłogę i... Flynn nie odezwał się już, po prostu dawał mu mówić, bo głos znowu ugrzązł mu w gardle, a później pojawiła się całkowita niemożność złapania oddechu. Dusił się własnymi łzami, bo ile razy można coś takiego znosić - on też miał już samego siebie dość, tego co z nimi robił. To ile razy Alexander ryczał przez niego w to lato, przechodziło ludzkie pojęcie, a to nie był przecież człowiek, który łatwo płakał. Doprowadzenie Caina do szlochania w panice pod ścianą zajęło mu siedem dni. Siedem. Kurwa. Dni. Z Laurentem widział się trzy razy, ale sprawa wcale nie miała się lepiej. On tak cholernie chciał, żeby byli szczęśliwi - więc dlaczego ciągnął ich w dół? Ciągle te same myśli, że nawet jeżeli to tylko na chwilę, to chciał to wszystko mieć - bo lubił te śliczne oczy wpatrujące się w niego jak w obrazek. Później więcej, bo oni przecież potrzebowali więcej - nie mógł ich tak po prostu zostawić po jednej nocy, prawda? A na końcu okazywało się, że to wcale nie oni go potrzebowali - to on potrzebował ich, tylko wmawiał sobie, że jest inaczej. To on się w nich do bólu zakochiwał i nie potrafił odpuszczać, trzymał się ich pazurami, całkowicie świadomy cierpienia, z jakim wiązało się funkcjonowanie z nim w jakiejkolwiek relacji. Mógł pozostać tym wkurwiającym bratem leżącym wiecznie na drzewie i palącym papierosy w ciszy, trzymającym w garści dziesiątki sekretów. Zamiast tego został... tym koszmarnym, odstręczającym sobą. Na samą myśl zbierało mu się na wymioty.

Kazał mu stąd wyjść, ale wcale nie zareagował na rzucenie w niego ręcznikiem i wycieranie mu włosów, bo się przecież do tego przyzwyczaił. Alexandrowi też wywijał takie numery. Czasami sam przychodził do niego, żeby wymył mu włosy, jak jakieś cholerne dziecko. Jezu kurwa Chryste, to było nawet gorsze, niż na początku sądził. Trzęsły mu się ręce, ale i tak udało mu się złapać blondyna za rękę. To był paniczny uścisk, odrobinę za mocny, ale nie na tyle, żeby zrobić mu krzywdę. On tylko niemo przekazał, że czegoś chciał - i faktycznie nagle nabrał w płuca powietrza, wydusił z siebie jakieś mruknięcie, ale potrzebował kilku dobitnie żałosnych szlochów, żeby udało się usłyszeć w tej łazience... jakiekolwiek słowa. Skleiły się nawet, pomiędzy przydługimi przerwami, w spójną wypowiedź. Nie odpowiadała na żadne z zadanych mu pytań.

- Proszę... - zaczął, przy czym prawie się tym proszę zachłysnął - nie p-p-pozwól mi - poluzował ten uścisk, a następnie puścił go, pozwalając ręce opaść bezwładnie na brzeg wanny - niszczyć sobie - załkał - życia.

Kiedy cofał się myślami do najniższego punktu, w jakim się kiedykolwiek znajdował, do tego zadymionego pokoju, w którym leżał samotnie albo przyprowadzał kogoś na jedną noc, czasami nawet nie na jedną noc, tylko na kilka minut, Flynn przypominał sobie ten jeden wniosek, do którego dochodził w starciu z możliwością rychłej śmierci z jednym z popleczników wrogów jego fantastycznej ukochanej. Fantazjował o śmierci już tyle razy. Zabijał się w myślach w okrutny sposób wielokrotnie. W co-by-było-gdyby gryzł piach tak często, że potrafił na potrzeby dalszych wyobrażeń ćwiczyć przed lustrem minę, jaką mógłby mieć w jako trup.

- Nie chcę umierać. - Znów zachłysnął się powietrzem. Tak naprawdę nigdy nie chodziło o śmierć. Chodziło o koniec bólu i strachu, chciał być szczęśliwy, a gdzieś w środku wciąż zawsze tliła się nadzieja. To dlatego ostatecznie nigdy nie skończył rozbity o skały. - Ja nie chcę umierać. - Ale zabijał się każdą kolejną durną decyzją. Tym jak bardzo nie potrafił się powstrzymać. Powinien powiedzieć nie, może w jakimś innym świecie udało mu się zachować w tej scenie resztki twarzy i wydusił to z siebie, zanim do tego doprowadził.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#53
26.05.2024, 20:36  ✶  

Piekło pachniało kiepskim, wypalonym tytoniem i żelazem. Nie broń, nie ostygłe kotły - to krew tak pachniała. Piekło nie było gorące, było cholernie zimne. Lodowate, jak ciało Flynna, kiedy trochę wytarł mu te włosy i już gorączkowo myślał gdzieś między kolejnymi piskami w swojej głowie, że musi go jakoś wyciągnąć z tej wanny - tylko jak? Myślał, że chciał go zwyzywać, że chciał porzucać kurwami na prawo na lewo, wykrzyczeć mu w twarz, że zasłużył na to cierpienie i że powinien patrzeć, jak się wykrwawia. Wir tragedii Orfeusza, któremu nie dane było wyratować Eurydyki z Piekła. Piekło musiało mienić się czernią i brązami. Kończyć i zaczynać na tym ciepłym brązie, albo być jego integralną częścią. Przecież takie oczy miał Flynn. I w końcu Piekło musiało mocno zaciskać się na rękach i na szyi - kleszcze palców Flynna, które zatrzymały anioła w jednym miejscu i sprawiły, że zaniechał swoich gestów, były jeszcze na to za lekkie. One już poniosły krzywdę - wymierzoną w siebie samego. Prawo boskie pozwalało pożerać, więc bierzcie i jedzcie z tego wszyscy. Tragedii wystarczy przynajmniej dla czworga w tej tragikomedii.

Gniew, litość, wzruszenie wielkiego serca, które już nawet nie chciało bić. Chciało się wyłączyć. Nie pojedyncza emocja, a cały ich triplet wrył się tam, gdzie chciał, żeby było nic. Pazury rozszarpały ścianki i wżarły się do środka, przenikając aż do kręgosłupa. I tam sobie poradziły, bo nie było takiego materiału, jakiego by teraz nie pokonały. Ręcznik, jak szarfa na oczach Temidy, ostał się na gnieździe czarnych włosów, a on oplótł Crowa ramionami i przycisnął do siebie na tyle mocno, na ile pozwoliły mu na to te chude ramiona.

- Pomogę ci, Crow. Pomogę ci. - Jego ramiona zastąpił ręcznik, żeby otulić chwilowo jego ramiona. Ten mróz przecinał nie tylko ciało, teraz takie żałośnie słabe, Crowa, on wędrował dalej i głębiej. Niszczył i pustoszył, prewencyjnie wkradał się do każdej komórki ciała, gdyby jego ofiara znalazła w sobie jakiekolwiek siły do walki to miał szansę go spacyfikować jeszcze zanim ten pomyśli o wstaniu z kolan. Szloch, zanim słowa wypłynęły, były tego jakoby potwierdzeniem. - Obiecuję. - Powiedziałby teraz bardzo wiele, żeby go z tego wyciągnąć - i z każdego innego szamba, w jakie mógł wejść. Uparcie, a przecież obcowanie z tym człowiekiem było niszczeniem samego siebie. W dodatku - nawet nie było warto, prawda? Dla kogoś, kto rzucał w odwecie słodkie obietnice i kolejne prośby i... co w zamian? Gdzie była ta obiecana Nirvana? Trupie wizje o własnym ciele i fantazje o śmierci. Nie o życiu, nie o możliwościach - o śmierci. Wydrapane oczy z własnych oczodołów to nadal za mało, żeby się ukarać za to, co widziane i za to, co jeszcze można zobaczyć. Za dojrzenie skutków własnych pomyłek i wpadek. Prawda, Flynn? Mea culpa.. I ciężko być sobą i prosić o pomoc. I ciężko oddychać i ciężko dawać sobie przyzwolenie na słabość. Dawno wiesz, że zaczynasz się i kończysz na tych przywiązaniach, które czyniły cię kompletnym - prawie jak kreatura, jaką był Thoran Yaxley, co najpierw chciała zbudować coś, co uda się jej następnie zniszczyć.

- Wyjdź z wanny. Powoli. Trzymam cię. - Siły miał mniej niż co poniektóre kobiety, ale trzymał, rzeczywiście. Za ramiona, robiąc mu miejsce, żeby wyszedł spod tego pieprzonego prysznica, gdzie leciała na niego ta zimna woda, bo wisiał teraz na tej wannie prawie jak szmaciana lalka. - Więc złap to swoje serce pełne miłości i żyj. A na razie możesz trzymać moje ręce. Potrzymam je dla ciebie do czasu, aż wrócisz do tych, którzy je trzymać powinni. - Powiedział już łagodniej.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#54
27.05.2024, 01:56  ✶  
Najgłupsze było to, że po zwierzeniu mu się z tego, po podzieleniu się z nim czymś tak głęboko skrywanym, po wyryciu nożem tej linii, o której wcześniej tak żywo rozmawiali - on i tak poczuł ciepło w podbrzuszu, kiedy Laurent mówił do niego taki zatroskany. Troszczył się o niego. Ten delikatny chłopaczek, którego Crow kojarzył z tym że nie potrafił stawiać żadnego innego oporu niż werbalne prośby o to, żeby ktoś wreszcie przestał go bić, mówił mu teraz: trzymam cię. Zdaniem Crowa on nie był w stanie go utrzymać. Może i był niepozorny, może i był niższy od niego, ale gdyby nie miał w sobie tyle energii, żeby utrzymać się na nogach, runęliby na te kafelki oboje. Oczywiście... nawet jeżeli nie potrafił zaufać tym wątłym rękom, to wciąż było miłe, przyjemne, a on już pokazał mu, jak łatwo było sprawić, że będzie się do niego łasił. Teraz wcale nie zachowywał się inaczej.

Wstyd. Tyle teraz czuł. Nie ten pulsujący ból nogi, już nawet nie złość, frustrację, rozpacz... Po prostu wstyd. Bo ta troska nie wynikała tylko z delikatnej natury będącej niczym opatrunek na tę paskudną, poszarpaną duszę - ta troska wynikała z tego, że był widziany. Laurent go widział. Laurent go widział i co gorsza - Laurent go rozumiał, mówił rzeczy tak trafne, tak dogłębnie ryjące mu w głowie różne rzeczy... I pozostawał jak puch, jakby go swoim jestestwem otulał jak kołdrą, no przecież nikt kurwa, nigdy w życiu nie poświęcił mu aż tyle nieprzerwanej uwagi, co on w tym ogrodzie pełnym róż. I był całkowicie pewny, że gdyby mu wtedy powiedział: zostańmy, to by tam oglądali te kwiaty, aż by ich stamtąd nie przegonił deszcz. A może nawet wtedy siedzieliby tam pod jakimś krzewem, bo żadne z nich nie bało się wody. Dlatego wydawało mu się, że Laurent może to rozumieć - to że nie chodziło mu tylko o śmierć, w takim ujęciu, w jakim rozumieli ją inni - jemu chodziło też o śmierć, na temat której ględził coś wcześniej. Od zawsze był wulgarny i karał innych za zły dobór słów, ale istniała jedna, konkretna rzecz doprowadzająca go do gorączki najszybciej. Wcale nie było to spokojnie, chociaż miał ze spokojnie długą i nie-spokojną historię - chodziło o „Flynn, przecież życie się nie kończy, kiedy...”. Nie? Ah zamknij kurwa mordę. Życie kończyło się dokładnie wtedy, kiedy czuł jego koniec - skończyło się już raz, dokładnie w dniu, w którym zorientował się, że nieważne jak mocno się postara, ile energii włoży w tę relację, ona już nigdy tego uczucia nie odwzajemni. Uratował go cud. I teraz... teraz miałby wierzyć, że to się nie powtórzy? Że tak po prostu rozejdą się w zgodzie, że tam gdzieś była jakaś kontynuacja... Nie. On wierzył w koniec i bardzo łatwo zapominał, jak wiele mogło wydarzyć się przed tym końcem. Pewnie dlatego dobierał sobie osoby pamiętające za niego. Momentami aż za dobrze. Dostrzegał to, że Laurent też wpisywał się w ten schemat - jednocześnie był tak delikatny, jakiś taki za delikatny na dźwiganie jego złości, smutku. Gdyby ktoś miał powiedzieć: „zabijmy ich dobrocią” to pewnie byłby on, kiedy Crow w tle snułby plany zesłania na nich dziesięciu plag Egipskich, żeby ten mógłby spać spokojnie z tą bzdurą na ustach.

Zadarł głowę do góry, spojrzał mu w oczy.

Gdyby mówił prawdę, to przyznałby się teraz, że chciałby wielbić go na oczach tych wszystkich ludzi, którzy go zranili. Na oczach tego zjeba, co się przez niego popłakał. Ohh, nawet nie tylko na ich oczach. W szczególności tych, co zadali mu krzywdę, ale też... Tak, żeby widzieli go wszyscy. Nie ich, jego. Tu nie chodziło o to, że to musieli być oni, razem - to miał być on, na piedestale, miał stać na nim i błyszczeć i każdy pieprzony mieszkaniec każdego cholernego miasta w tym kraju miał patrzeć na Laurenta Prewetta i myśleć - oto jak błyszczy, kiedy jest traktowany dobrze. Tak, jak na to zasługuje. Nie do końca wiedział, co poszło nie tak. Za mocno przyzwyczaił się do pragnienia posiadania niektórych ludzi na własność?

Jeżeli naprawdę zamierzał dotrzymać tej obietnicy, Crow był w stanie odwdzięczyć mu się bardziej niż ktokolwiek inny.

Złapał ręką za krawędź wanny, podniósł się do góry i wyszedł z niej, wylewając na podłogę łazienki masę zabrudzonej krwią wody. Oczywiście, że zakręciło mu się w głowie, a tak jak potrafił się o tę krawędź wanny przytrzymać, tak i potrafił na niej usiąść. Całkiem stabilnie i nic w tym dziwnego - bo gdyby nie potrafił zachować równowagi w takich warunkach, już dawno rozbiłby sobie łeb po pijaku. Zacisnął rękę na ręczniku przewieszonym tuż obok i zaczął się nim wycierać, z głową spuszczoną w dół.

- Nie mów - stęknął, dotykając przypadkiem tej cholernej rany szorstkim materiałem - n-nie mów nikomu, że mnie takim widziałeś. Oni muszą się mnie bać. - Trochę nie miał już po co udawać, przecież mu nie usunie pamięci. Nie potrafił rzucać nawet najłatwiejszych uroków. Mówił coś kompletnie oczywistego, ale chciał, żeby to wybrzmiało i zostało usłyszane - bo przecież chodziło tu o bezpieczeństwo i jego bliskich i... Laurenta. No bo Flynn nie musiał być silny, nie musiał stroszyć piór, ale Crow... musiał. Po to istniał. Po to tchnięto w niego życie.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#55
27.05.2024, 07:52  ✶  

Rama z ramion to wciąż dla Flynna za mało? On nie potrzebował wcale stelaża wbrew sytuacji serca, która go opętała wątpliwością. Ktoś chciał mu kiedyś wiązać wstążkę na szyi, więc Cierpienie podłapało zabawę - postanowiła być pierwsza i zawiązać swoją. Zacisnąć, docisnąć, niech drga grdyka jak płyta perkusji, na której werbel wygrywa perkusja. Nie potrzebował stelaża nawet dlatego, że słabł w oczach i jego bieda nie była liczona w pieniądzach - liczyła się w odpływających pragnieniach, kiedy on uparcie bił dłońmi o wodę i nie rozumiał, dlaczego nie mógł za nimi płynąć. Mógł stać się dla niego stelażem życia, ten anioł był w końcu na tyle aroganckim, żeby nie wątpić w swoje białe skrzydła, które podniosą napisaną ludzką rękę tragedię w tym dramacie o czterech aktach. Lecz z siły ramion mógł tylko zapewnić, że go trzyma i że będzie dla niego ramą fatalnego obrazu, który rozmywał się i rozlewał. Łkała farba na podłogę, bo to już nawet nie człowiek namalowany na niej płakał. Za dużo łez przelało się tego jednego wieczoru. Stworzony z terpentyny Crow nie mógł się tak rozmywać. Nie mógł tracić i wychodzić ze swojej roli, bo przecież kim wtedy by był? Zagadka, jakże trudna - skąd! Nadal byłby Crowem. Tym samym Crowem, którym będzie za godzinę, za tydzień i którym był dziś. Zmiana była Matką, która przytulała każde ze swoich dzieci do piersi tak samo, jak Teraz Laurent trzymał Flynna. Przysiągłby, że trzyma kolejnego Zimnego w ramionach gdyby nie przekonał się, jak cudownie gorące potrafi być ciało tego człowieka. Obiecujące cuda niestworzone, oszałamiająco kocio-przyjemne, a rozumiał to tylko ten, który kociego ciepła zakosztował. Ten rozmazany Crow nadal był Crowem - potrzebował tylko nowej ramki i nowego uśmiechu, żeby sobie o tym przypomnieć.

Przeciągnął opiekuńczo dłonią po włosach głównego bohatera naszego greckiego dramatu i uśmiechnął się do niego czule. Z pewnością nie był jego Eurydyką, ale trudno - on również był tym obrazem, który potrzebował odpowiedniej ramy, ale był też tym obrazem, który chciał wcisnąć się na chwilę obok tego drugiego obrazka. Musieli wyglądać razem pięknie, wcale w to nie wątpił. Porzucone dziecko z całkowicie zniszczonym życiem, morderca i złodziej, wrona z przeznaczeniem zatracenia, co tylko Piekło jej wskazywali. Jeśli chwila mogła zostać zatrzymana, żeby Flynn poczuł życie w swojej piersi, to czy nie byłby właśnie jak Eros schodzący do Psyche, podtrzymujący ją w swoich ramionach jak na rzeźbie Antonio Canovy?

Oczy Laurenta nerwowo przeglądnęły otoczenie i kalkulowały czy może sobie pozwolić na to, żeby go puścić i żeby pójść po bandaże, czy może jednak powinien zawołać Migotka, który mógł mu to przynieść? Wiedział, że skrzat był aż nadmiernie chętny do pomocy, co wcale nie sprawiało, że chciał go eksploatować.

- Nikomu o tym nie powiem. - Obiecywał dalej, a obiecywał szczerze. - To zostaje tylko między nami. - Przez moment chciał powiedzieć, że przecież sam o tym już nie pamięta, że nic się nie stało, ale sam by nie chciał czegoś takiego usłyszeć. Stało się. Stało, a ktoś był przy tobie, żeby cię trzymać. To wcale nie było takie warte zapomnienia, nawet kiedy wstyd krępował człowieka. - Pójdę po eliksir dla ciebie i bandaże. - Zrobił tutaj pauzę, żeby zorientować się w reakcji tej zmarzniętej, biednej istoty i upewnić, że nie nastąpi przy tym atak paniki, że nie chce być puszczany. - Jeśli nie czujesz się stabilnie to pomogę ci usiąść najpierw na podłodze? - Widział, że siedzi stabilnie, wręcz zadziwiająco stabilnie. I tak, miał tę świadomość, że gdyby leciał z nóg, to nie dałby rady go utrzymać samodzielnie. I jeśli się zgodził to Laurent prawie biegiem, na tyle na ile w tym rozedrganiu był w stanie, ślizgając się trochę na mokrej podłodze i depcząc tymi bosymi stopami te niedopałki fajek, dopadł do szafki, żeby wyciągnąć z niej domową apteczkę i zaraz wrócić z nią do Flynna. Położył pudełko na tej mokrej wannie, patrząc ze zgrozą na ranę. Bardziej białej twarzy z trwogi już mieć nie miał, więc i nie mógł stracić rezonu, za to wszystko się w jego bebechach i tak ściskało na ten widok. - Wypij. - Wręczył mu małą fiolkę z eliksirem wiggenowym, odkręcając najpierw, gotów przytrzymać mu dłoń i pomóc w tym, żeby tylko mu tutaj nie fiknął z powrotem do wanny. Bardzo się starał, żeby dłonie mu nie drżały, kiedy nakładał na nią opatrunek. Powinien to zobaczyć lekarz... Przecież będzie z tego brzydka blizna.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#56
28.05.2024, 05:32  ✶  
Crow się zaśmiał. Gdzieś pomiędzy pozostawieniem tego pomiędzy nimi a zapowiedzeniem odejścia. Nie był to żywy, wesoły śmiech - miał w sobie dozę smutku i niepewności, ale coś - właściwie to Nic - wywołało w nim taką reakcję, bo kiedy usłyszał to na głos, próbował w przynajmniej takiej głupocie odnaleźć pocieszenie. Głupocie, której nie potrafił mu teraz wytłumaczyć, więc nie miał takiego zamiaru... Nie chciał jednak zbudować wrażenia, jakby chciał z niego właśnie zakpić - złapał go więc za bark tą swoją zimną ręką i trzymał go przy sobie, ale ten gest zawierał w sobie sporo dystansu. Chciał tej bliskości, ale jednocześnie się czegoś bał.

Dlaczego tak łatwo było zakochać się w Laurencie? Bo tak wyglądał? Bo uśmiechał się w sposób, który topił serce? Bo mówił wierszem i sam był trochę jak poemat? Może przez te róże. Pasowały do niego bardziej niż słoneczniki - nie tylko do ogrodu, lecz do całokształtu Laurenta - wyobrażał sobie, że chłopak musiał mieć te kwiaty we wszystkim - w mydle, w olejkach, w świeczkach stojących na parapecie. Pewnie robił sobie z nich herbatę, może malował się różanymi kosmetykami. Gdyby wyciągnął teraz płatek róży spomiędzy jego włosów, nie zdziwiłby się wcale. Te płatki róż prowadziły ścieżką od tego tarasu do sypialni... Teraz, cóż... kojarzącej mu się źle. Ze zwyczajną krzywdą. Ale... on nie chciał przeprosin. A może nie chciał ich przez wzbierającą się w nim panikę, niekoniecznie dlatego, że nie uważał tego, co się stało za łamiące w pół.

Siedział na tej wannie stabilnie, samotnie. Tylko ten śmiech wskazywał na to, że coś z nim było głęboko nie tak. No, może jeszcze to jak bardzo uparty był, bo wcale tego eliksiru nie wypił, tylko instynktownie chwycił za fiolkę, a później oparł dłoń o nieporanione udo i trzymał ją tak w bezruchu, wpatrując się w blondyna i próbując domyślić się czegokolwiek, co musiało przechodzić teraz przez jego głowę. Wydawał mu się być kimś, kto wydarłby każdemu kawałek nieba za okazaną mu troskę, nawet nie po to, żeby okazać wdzięczność, ale żeby zbudować coś razem, wspólnie, coś wartego zaangażowania. Na pewno nie kimś, kto chciałby być jedynie stroną, która ofiarowuje siebie i nie dostaje nic w zamian. Teraz znów pomagał i co z tego miał - na pewno nie satysfakcję, bo pomagał gnojowi, który go ledwie miesiąc temu skopał i doprowadził do koszmarnego stanu. Brak tu było błysku reflektorów, żeby się mógł tym pochwalić wszem wobec. To miało być tylko między nimi? Co jeszcze między nimi było? Jak powinien to nazwać, a jak nazywać tego nie powinien? Nazwijcie to absurdem, ale on przecież miał w życiu jednego przyjaciela i ten przyjaciel odsunął go od siebie, kiedy znalazł sobie żonę. Miał znajomych, ludzi obdarzonych przez niego sympatią, ludzi coś mu winnych, wdzięcznych mu za pomoc, ale tak generalnie - miał rodzinę i tych dwóch, co ich kochał. Wcześniej - kochanek za kochankiem. Skąd miał wiedzieć, gdzie w to wpisać Laurenta...?

- Laurent... - Tak naprawdę to nie wiedział, co chciał powiedzieć, jakie pytanie chciałby mu zadać. Zwyczajnie nie chciał słyszeć teraz ciszy, ani słów wnoszących tu tak niewiele, że nie udawało im się powstrzymywać zalewającego go natłoku myśli. - Dlaczego zachowałeś to sztuczne niebo, skoro masz dom na odludziu i widać stąd to prawdziwe? - W całej jego okazałości, zupełnie inne niż to w Londynie.

Crow wstał. Westchnął ciężko, podnosząc się na równe nogi i chociaż sprawiło mu to ból, nie upadł na bok ani nie osunął się na podłogę. Wypił to chyba tylko po to, żeby chłopak nie miał jakiegoś głębszego poczucia winy z powodu jego ataku histerii. Smakowało obrzydliwie, nienawidził pić takich rzeczy.

- Obleśne - warknął - a ty jesteś blady jak ściana - dodał, łapiąc go za podbródek i trochę na siłę unosząc jego spojrzenie w górę, na swoją twarz. - Boisz się krwi. - To nie było pytanie, stwierdził to na głos, kompletnie niepotrzebnie. - A jednak jesteś tutaj. Na przekór sobie. Ja... - Faktycznie zachwiał się minimalnie, ale zamrugał tylko i udało mu się stanąć prosto. - Chciałbym ci się za to jakoś odwdzięczyć, ale to, co dla ciebie zrobiłem to kompletne gów... - Te krzywe rysunki w dzienniku... I tak, oczywiście - chciał zmienić temat. Dopiero co rozdrapał sobie tutaj ranę do krwi, przemarzł pod tym prysznicem i chciał zmienić temat, zanim ktoś powtórzy te same, niewygodne pytania. Nic go tak nie nauczyło jak ostatnie miesiące, że cisza i robienie dobrej miny do złej gry kończyły się lepiej niż szczerość. Gówno to mu los ofiarował za próbę wygrzebania się z tej sieci niedopowiedzeń. A mógł tam kurwa tkwić i się nie ruszać.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#57
28.05.2024, 08:35  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.05.2024, 08:38 przez Laurent Prewett.)  

O nie, nie, nie, nie... Śmiech zatopił swoje kły w jego skórze, ale nie zrobił tego gwałtownie - wsunął się w nią powoli. Był trucizną? Miał być antidotum? Zapominasz o drugiej możliwości, kiedy zimne dreszcz aż przeszywa kręgosłup, a niepokój przepływa przez całe ciało i zostaje jak flegma w chorym gardle, którą bardzo chcesz odkrztusić. Histeryczny śmiech - opisałby go tak na głos, gdyby nie to, że zamarł w bezruchu, trzymając go jednak nadal. Ten odruch, potem ten gest na jego ramieniu. Biały filar podtrzymujący obrzygany, obdrapany z farby strop, który kiedyś był zabytkową mozaiką. Malowidłem jak w kaplicy sykstyńskiej i przy Śmierci, która drążyła sobie zachłannie drogę przez żyły tego człowieka kaplica do niego pasowała. Odprawiasz w niej pogrzeby każdej kolejnej emocji i każdego kolejnego człowieka. Najgorsze było to, że niemal codziennie odprawiano też tam pogrzeb Fleamonta Bella. Jego ciało leżało w trumnie w różnym stanie - raz był to wielotygodniowy już rozkład odtrącający od niego wszystkich, innym razem ciało nawet nie było naruszone. Leżał w tej trumnie jakby tylko spał. Nie stracił nawet jeszcze koloru. Jeśli złapiesz go w ramiona na pewno będzie ciepły, prawda..? Był zimny. Tak samo zimny jak teraz.

- Wrócę, zanim mrugniesz kilka razy. - Zapewnił go, bojąc się, że nie będzie chciał go puścić, że nie pozwoli mu odejść od siebie na kilka metrów. Musiał odejść. Zostawić na moment tego biednego, wykruszonego z emocji manekina na wannie i pobiec po tę apteczkę, żeby się tutaj nim zająć. Jak najszybciej. Nałożyć opatrunek, żeby móc go otulić szlafrokiem i stąd zabrać, otulić. Wiedział, że wyglądał idiotycznie tak biegnąc (tuptając...) po tę apteczkę, a nienawidził tak idiotycznie i nieporadnie wyglądać. Nienawidził, kiedy nie wpisywał się w ujęcie tego, jaki obraz tworzył przed ludźmi, kiedy nie spełniał oczekiwań tego anielskiego, uświęconego bytu, za jaki go mieli, kiedy wypadał w czymś gorzej, kiedy... każda taka chwila była kompromitacją, która przelewała się na jego dumę. Dlatego chował się ze swoim płaczem i nie chciał płakać przy kimś. Teraz to naprawdę nie miało znaczenia. Znaczenie miało to, że nawet ślizgając się na tych kafelkach zaraz był przy nim i mógł mu ten opatrunek założyć.

- T-tak? - Był tak skupiony na tym, żeby założyć ten opatrunek, żeby nie daj Merlinie nie przynieść mu razem z tym więcej bólu, żeby nie nacisnąć za mocno, ale jednocześnie odpowiednio mocno związać ten bandaż, żeby się utrzymał przy... cokolwiek Fleamont zamierzał robić po wyjściu stąd. Jego ruchy spowolniły do niemal zatrzymania, kiedy zadał w końcu to pytanie. - Bo... Ponieważ... - Jaka była dobra odpowiedź na to pytanie? Czy w ogóle była dobra? Powody były dwa. Jego ruchy wróciły do poprzedniego tempa. - Z dwóch powodów. Widzisz, bałem się spać. Mam takie szczęście, że nawet we śnie ktoś próbował mnie zabić. - Uśmiechnął się nerwowo. - Obudziłem się cały we krwi we własnym łóżku. To po tym mam bliznę na plecach. - Po śnie. - Ale potem przyśnił mi się ten śliczny sen. I nagle nie chciałem się budzić. - Ze skrajności w skrajność, Fleamont znał ten stan. Rozpędzasz się do płomieni przyćmiewających zmysły, a potem spadasz w najgłębszą rozpacz, przez którą chcesz już tylko zamknąć powieki. - T-tak bardzo chciałem śnić o tym znowu, bo... - Nie, no proszę, nie... Odetchnął i pociągnął nosem, bo już łzy stanęły mu w oczach. Tych zmęczonych, zaczerwienionych oczach. A sądził, że już nie ma w nim żadnych łez ani siły na nie. - Ach... - Uśmiechnął się na moment znowu. - Po drugie to niebo jest piękne, ponieważ je stworzyłeś. Widzisz, perła, którą noszę na uchu jest magiczna. Ale nawet ona nie jest dla mnie tak cenna jak ten kamień, który tworzy to magiczne niebo. Patrzę w nie i wyobrażam sobie, że... próbuję ratować swoją resztkę nadziei, że... - Odetchnął znowu i przetarł tym kaszmirowym rękawem swojego szlafroka łzy ze swoich policzków. - Ono mi przynosi po prostu bardzo dużo ukojenia. - I nadziei. Nadziei na coś lepszego. Nawet jeśli ta nadzieja była fałszywa.

Schował resztę rzeczy do pudełeczka i zamknął je. Szybko, nerwowo, złapał Crowa za przedramię, kiedy ten się nagle podniósł ze strachem spoglądając, czy na pewno stoi. I jeszcze wytarł ostatnią łzę w ten rękaw, zanim podniósł jego twarz. I z przerażeniem prawie do niego przylgnął, jakby chciał go łapać, kiedy ten się zachwiał.

- Proszę, chodźmy najpierw do salonu, musisz usiąść i się ogrzać.. - Narzucił na niego ten szlafrok, ciepły i puchaty. Niestety dla Crowa - biały. - To nie jest ważne, jak coś wychodzi, wiesz? Może być gównem, ale dopóki jest robione dla kogoś jest najcenniejszą rzeczą, jaką można otrzymać. - Jak niedoskonałe niebo, choć te nad morzem było tak przepiekne.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#58
28.05.2024, 22:20  ✶  
Wysłuchał go w ciszy, wpatrując się w niego tymi brązowymi oczyma i wyglądając, jakby miał się zaraz uśmiechnąć. Nie uśmiechnął się, kąciki ust mu nawet nie drgnęły - twarz miał tylko jakby napiętą w zapowiedzi czegoś, co ostatecznie nigdy nie nadeszło. Otulony tym szlafrokiem nie założył go na siebie poprawnie - pozwolił mu zwisać na swoich ramionach, kiedy łapał Laurenta za dłoń. Wtedy też dało się wyczuć, że chociaż najwyraźniej nic sobie z tego nie robił, jego ciało się trzęsło. Z zimna? Ze stresu? Pewnie miał więcej niż jeden powód.

- Pójdę tam z tobą - zapowiedział cichym, bardzo cichym głosem - i pokażę ci to, o czym mówiłem - ale chciał też znać końcówki zdań tych opowieści, te gdzie wciśnięto mu w usta trzykropki - i... i chętnie posłucham o tym więcej, ale - głos mu drżał, nie brzmiał szczególnie zrozumiale - Laurent, proszę - chociaż wstyd mu było prosić - ja nie chcę być jak wszyscy ci, którzy cię skrzywdzili - bo przecież nawet on nie cierpiący tych wszystkich poetyckich uniesień wplatanych w normalne rozmowy, potrafił wyciągnąć takie informacje spomiędzy wierszy - i nie chcę krzywdzić ich - tych, których zdążył wpuścić do swojego życia wcześniej i wcale nie zamierzał ich wypuszczać - ale wydaje mi się, że nie potrafię. Ja chyba jestem... chory. Prawda jest taka, że ja też lubię burze. I wolałbym siedzieć tam z tobą i patrzeć na deszcz, pijąc to cholerne kakao, ale nie potrafię powiedzieć sobie dość, nawet kiedy rujnuję sobie życie.

W jego wypowiedziach czuć było, że ciężko mu było oddychać. Mówił składnie, koszmarnie powoli i męcząco, jakby wszystko przeplatał zbyt dużą ilością myśli - ale mówił! A on rzadko mówił o takich rzeczach, nigdy chyba nie wyrył nikomu tak wyraźnej kreski, za którą mógł poczuć się bezpiecznie. Jeżeli Prewett próbował cokolwiek powiedzieć, zatkał mu usta dłonią. Jeżeli trzeba było, to przycisnął ją mocniej. Pewien był tego, że jak teraz tego nie powie, nigdy już tego nie dokończy. Będzie to odkładał w nieskończoność jak wszystko inne.

- Więc Laurent, proszę - jeszcze jedna przerwa, tym razem dłuższa, najdłuższa ze wszystkich, zwieńczona tak panicznym oddechem, że aż świsnął - j-jak o mnie myślisz, t-to pamiętaj, że ja najszczęśliwszy z tobą byłem w tym ogrodzie, albo słuchając t-tego co mówiłeś z takim blaskiem w oczach na tle tego sztu-ucznego nieba. - Wydobycie z siebie takiej informacji uważał za niepodważalny cud. Cud, po którym na powrót zrobiło mu się słabiej, ale nie osunął się na tę wannę - zamiast tego puścił go, zrobił krok w bok i wyszedł z łazienki, wachlując ręką zaczerwienioną twarz i pozostawiając za sobą na kafelkach kilka mokrych śladów.

Omiótł spojrzeniem salon. Jego kurtka wciąż leżała na tej sofie. Co miał zrobić? Usiąść? Uciec stąd?


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#59
29.05.2024, 00:43  ✶  

Poprawiał mu ten szlafrok. Tymi nieco nerwowymi ruchami, chociaż przysiągłbym, że od szlafroka wcale nie zależało jeszcze niczyje życie. A jeśli tutaj akurat zależało? Jeśli ten szlafrok miał całkowicie zmienić teraz życie tego biednego człowieka? W takim razie ktoś musiał go trzymać dla niego, dbać o utrzymanie chociaż ułudy odcięcia od świata. Kokon, w którym ci jest bezpiecznie, żeby z robaka przemienić się w... och, co za bzdety. Przecież i Ty, i Ja, wiemy, że nie będzie żadnego motylka ani innego mistycznie ulotnego stworzonka. Będzie co najwyżej ruch motylich skrzydeł, co wznieci chaos. Będzie znowu coś złego, brzydkiego - Flynn tworzący coś pięknego? Ha... o tym nawet potrafili zapominać ci, których trzymał najbliżej. Laurent nie pamiętał o rzeczach ślicznych ani tych całkiem brzydkich. Pamiętał za to o szlafroku. O podtrzymywaniu Flynna. O dostarczenie go do kanapy i pozwolenie sobie wtedy na małą panikę co robić dalej, zanim przypomni sobie, co jemu zalecił lekarz, kiedy stracił zdecydowanie za dużo krwi jak na chuchro, którym był i nawet nie miał siły podnieść ręki z łóżka. Był naprawdę przekonany, że umiera. Teraz rękę mógł podnieść i zabezpieczać tego niepokornego buntownika z natury, ale skończyło się na tym, że miał jedną rękę tylko wolną. Więc przestał. Przestał się też ruszać i prawie przestał oddychać. Oddech był zbyt głośny. Mógł zburzyć cud cichego dźwięku, który opierał się na wargach Flynna i wędrował prosto do jego uszu. Nie potakiwał nawet - największym potwierdzeniem słuchania było skinięcie głową w znaku, że tak, tak, jest, słucha, będzie słuchał. Nie próbował potwierdzać między tymi pauzami, jakie robił Crow.

Nie cierpiał tych wszystkich poetyckich wstawek, a sam był poezją rytą w blasze ostrym narzędziem. Mówił rzeczy, które nie były wierszem pisane, ale były romantycznym peonem ułożonym z płatków róż.

- Ja... rozumiem. Mam... ten sam problem... - Mruknął cicho, ale tutaj nie trzeba było żadnych głośniejszych dźwięków. Wszystkie sekrety i sekreciki, które miały zostać między nimi. Łazienka, w tym chłodnym marmurze, który głównie ją tworzył, stała się sakrum i profanum. Sprofanowanym wręcz miejscem i w święceniach i w tej prozie życia. Tak przypatrywał się Flynnowi, bo wszystko wskazywało, że to nie koniec. A jeszcze na dokładkę jego druga dłoń wylądowała na jego ustach, zatrzymując go przed mówieniem. Zamilknął więc. Czekał. Zaskoczenie było na tyle duże, że nawet nie drgnął, żeby prowadzić tego zmarnowanego człowieka do tej sofy - taki świetny był z niego opiekun.

Pisk w uszach jednocześnie wygasnął jak i zabrzmiał dopiero co. Inny pisk. Nie ten niemy krzyk przegrania czegoś, a ten pisk, który towarzyszył człowiekowi zawsze, kiedy wszystko się uspokajało. Cichło. Usłyszeć takie słowa i mieć pustkę w głowie - tak właśnie nie przyjmowało się komplementów, których z przyjmowaniem przecież nigdy nie miał problemów! Odwrócił się jak jakaś ciamajda za Flynnem, który sam ruszył stąd. Słyszał, a nie rozumiał. Rozumiał, ale nie docierało do niego.

- Tak? - Zapytał za nim cichutko nienaturalnie wysokim głosem. Jak taki kurczaczek tuptający za mamą kurą (kogutem?) poszedł za Flynnem, gapiąc się na jego sylwetkę okrytą tym szlafrokiem. Jak kurczaczek, albo jak debil, ale w końcu kurczaki nie były najmądrzejszymi stworzonkami na świecie. Zatrzymał się też razem z nim i dopiero po chwili ocknął, więc oparł ręce na jego plecach, żeby go poprowadzić do tej kanapy, posadzić na niej. Wyciągnął koc i jeszcze nakrył go kocem i opatulił. I tak stanął przed nim patrząc na niego. Brakowało tylko gwiazd wokół jego... a nie. Gwiazdki i błyski też były - bo przecież sztuczne niebo rozciągało się nad nim, kiedy z góry spoglądał na Flynna.

Blask w oczach jak blask tych gwiazd.

- Cieplej ci? - Miękkość i czułość w głosie musiało mieć w sobie mleko i miód - jeśli istniał głos, który był jak aksamit na skórze ogrzany ciepłem kominka to był to właśnie głos w tej chwili Laurenta.



○ • ○
his voice could calm the oceans.
Architekt Ścieżek
Up, below, so far
Nothing happens in the dark

Are you still afraid?
wiek
32
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
akrobata cyrkowy, wynalazca
Wyzywająco ubrany mugolak, od razu sprawiający wrażenie ekscentrycznego (w wyraźnie prowokatywny sposób) lub wywodzącego się z nizin społecznych. Ma 176 centymetrów wzrostu. Ciemnobrązowe oczy. Włosy czarne, kręcone - w gorsze dni chodzi roztrzepany i skołtuniony, w lepsze, po zastosowaniu Ulizanny na mokre strąki, wygląda tak bajecznie, że masz ochotę zatopić palce w puszystych loczkach. Ma przebite uszy i wiele tatuaży. Najbardziej charakterystyczne z nich znajdują się na plecach (wielkie, anielskie skrzydła) i kroczu (długi, chiński smok oplatający jego przyrodzenie i uda). Do tego ma wiele blizn od ran kłutych i zaklęć, a także samookaleczeń. Sporo z nich to ślady po przypalaniu papierosami. Ze względu na daltonizm monochromatyczny ubiera się wyłącznie na czarno. Przy pasku nosi sznurki, łańcuchy, noże, czasami kombinerki i inne narzędzia, których używa do pracy. Jest człowiekiem bardzo wysportowanym, jego ciało jest wyrzeźbione, ale nigdy nie skupiał się na budowaniu masy i siły mięśniowej. Ma 32 lata, ale uzależnienie od substancji odurzających i alkoholu sprawia, że jest wizualnie o kilka lat starszy.

The Edge
#60
29.05.2024, 01:52  ✶  
Czasami nie rozumiał co się wokół niego działo. Czasami akceptował nurt zdarzeń i to, jak pojebaną sinusoidą był jego nastrój. Nagle prawdziwym cudem nie wydawała się żadna z rzeczy, które cudami dzisiaj nazwał - cudem było to, że dożył tego dnia i najwyraźniej miał go przeżyć.

- W ciało? - Zapytał, nie rozumiejąc do końca, dlaczego Laurent rzucił w niego kocem. Mógł się rozgrzać zaklęciem, mógł się po prostu ubrać. Zamiast tego odchylał głowę w bok, jakby miało to ukryć to jak cholernie czerwony się zrobił, odkąd blondyn go tutaj posadził. - Ta. - Ale zaraz będzie mu cieplej.

Bo ta kurtka była obok i tym razem jej zawartość nie zmokła. Gdzie miałby trzymać te wszystkie nielegalne rzeczy, jeżeli nie we wsiąkiewce? Kiedy Prewett odsunął się od niego, żeby zająć się gotowaniem mleka, mógł usłyszeć jak Crow grzebie w kieszeniach, a później charakterystyczny dźwięk wydmuchiwania nosa tylko po to, żeby zaraz coś do niego wciągnąć. Normalnie browna palił, ale tutaj nie miał przecież jak. Sytuacja nie była dla niego ani trochę dziwna - leżał na tej sofie, wyłożony dokładnie tak, jak wykładał się na drzewach i w cyrku, z tym że okaleczoną nogę położył normalnie, zamiast kłaść ją na oparciu.

Lubił ciszę, ale nie dał jej pomiędzy nimi zapaść. Pracy Prewetta towarzyszyła więc historia. Rzadko opowiadał coś w ten sposób, jemu na pewno nigdy - bo opowiadał rzeczy tylko osobom, które lubił, a on dopiero co znalazł się w tym zaszczytnym gronie.

- Wczoraj kiedy przyszedł do cyrku twój list, mój typ zapytał mnie, kim jesteś i mu o tym opowiedziałem. Oboje nie rozumieliśmy, czemu w ogóle tam byłeś. Na Ścieżkach. Wydaje mi się, że teraz to rozumiem. Po tym jak powiedziałeś, że plastelina cię nudzi. Niby brzmisz jak ktoś, kto chce przestać wybierać taki rodzaj miłości, który bardziej rani niż pomaga. Ale ja poznałem już ludzi, którzy tak selekcjonowali partnerów. Wybierali z przyzwyczajenia i wybierali dramat. Bo to, co jest dla ciebie dobre, jest też nudne. Jak jedzenie gotowanych warzyw, kiedy mógłbyś jeść ciasto. A gdyby tak cieszyć się turbulencjami? Może tak naprawdę to te turbulencje są tym, czego człowiek naprawdę chce. Moje ciało wydaje się być najlepszym tego zapisem. Wiesz, że pod Londynem jest taki gabinet luster? Bletchleyów. Byłem tam kilka razy. Mają tam jedno takie lustro, w którym można zobaczyć swoje najskrytsze pragnienia. Jak w nie zajrzałem, to nic się nie zmieniło. Dalej miałem te blizny, dalej wyglądałem tak samo. Nie zobaczyłem tam nic nowego. Myślisz, że... że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie?

Znów grzebał w kieszeni kurtki, tym razem próbując znaleźć tam paczkę papierosów, a później przypomniał sobie, że ta znajdowała się w łazience. Przywołał ją ręką tylko po to, żeby przypomnieć sobie zakaz - miał nie palić w środku. No tak. A i... tak czy siak nic w niej już nie było. Leżał więc w bezruchu, bawiąc się zapalniczką.

- Kurwa, powiedziałem to wszystko, jakbym się tym cieszył, ale tak nie jest. - Przełknął głośno ślinę i podniósł się do siadu, chowając twarz w dłoniach. Nie wyglądało to jednak tak, jakby miał się znowu załamać tak, żeby zrobić sobie krzywdę. - Moje najszczęśliwsze wspomnienie z tych wakacji, to kiedy zapytałem się, co chciałby mi przekazać, takiego, żebym zapamiętał to do końca życia, a on mi powiedział, że mnie kocha i posunął mnie na szafce kuchennej. - Oparł się znów o podłokietnik i oddychał ciężko. - A ja go z tobą zdradziłem.

I to jedno żałosne stęknięcie było zwieńczeniem opowieści - ponownie zakrył twarz dłonią, tym razem w pozycji leżącej. Nie opowie dzisiaj już nic.


Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.

My mind is a hall of mirrors.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (23374), The Edge (19404)


Strony (8): « Wstecz 1 … 4 5 6 7 8 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa