Jego głowa była krzykiem. Krzyczał. Darł się w niebogłosy. Czarny wir tła i biała linia, jednostajny pisk, który już nawet nie miał żadnego wymiaru słów. Patrzył na to - na tego trzęsącego się z zimna Flynna o sinych wargach, na jego czerwone oczy, na tę krew, która płynęła po wannie znacząc ścieżkę dla przeklętych. Wędrując za nią palcami, paluszkami, prosto do ścieków - tam bezwolnie do czyśćca, ale nie. Z tego już przecież nic nie będzie. Chciał krzyczeć też na głos, ale tym przegranym, załamanym wzrokiem patrzył na tę nogę. I nie rozumiał. Nie wiedział, dlaczego słyszy na wejściu "przepraszam", ale biała linia nie wyrodziła już tego wiecznie powtarzanego między nimi pytania "za co?" i czemu kolejny raz krew zdobi ciało tego człowieka w jego domu. Nie rozumiał, co sam zrobił nie tak w swoich staraniach, żeby było dobrze. Ta rana na nodze - jakby była przeciągnięta przez jego klatkę piersiową. Bolała, wgryzała się w ciało, tylko krwi nie było. Nie było jeszcze na jego podłodze, ale była tam - na ciele tego czarnowłosego mężczyzny. Skoro przychodził i nie miał innych ran to czy to znaczy, że tylko on do tego doprowadzał?
Grawitacja dociskała jego kolana do ziemi, niewidzialna siła podtrzymywała w górze, a on miał jedno zadanie, jedną misję zrodzoną z prostej, ludzkiej przyzwoitości: pomóc. Och, już wystarczająco pomogłeś! Twoja wspaniała pomoc doprowadziła tego mężczyznę do tego punktu. Przycisnął palce do ust, schował je za nimi. Zabrakło mu tej energii, żeby się ruszyć. Z drugiej strony - jak zawsze, w takich kryzysowych sytuacjach - trzeba było działać. Wyrwał się z bezruchu i tego pierwszego, otumaniającego zderzenia z tą sceną i spróbował wejść do tej łazienki. O ile Flynn go nie zatrzymał magią. Wyjaśnienie przeprosin wykręcało żołądek i na sekundę wirowało w głowie. Puściły mu nerwy.
- Co mi zrobiłeś? No co mi zrobiłeś?! - Nie mógł tutaj teraz przeżywać swojego załamania nerwowego i pozwalać na to, żeby emocje przejęły kontrolę, kiedy Fleamont potrzebował pomocy. Przeszedł do szafki z ręcznikami i wyciągnął od razu dwa, sięgnął po cieplejszy szlafrok na razie odłożony na najwyższą z półek - latem był w końcu niepotrzebny. - Jestem aż taki straszny, że robisz sobie te okropne rzeczy? Czemu mi to robisz? Czemu sobie to robisz? Dlaczego... Dlaczego robisz sobie krzywdę... - Mówił to prawie na jednym wdechu, trzęsącym się głosem. Rzucił jeden ręcznik na marmurowe obudowanie wanny i drugą sam rzucił na głowę Flynna, żeby mu te włosy wytrzeć. - Nie zostawię cię tutaj. - Powinieneś, głuptasku. Niech chłonie czyn swoich winę. A potem ty też ją wchłoń. Skończcie to w końcu. Skończcie obaj. - Błagam... błagam, nie krzywdź się przeze mnie... nie wiem, co złego ci robię, ale już nie będę. Powiedz mi tylko słowo, naprawdę nie będę... przepraszam, Crow... przepraszam, tak bardzo mi przykro... - Chciałem... Czy krzywdę w ogóle można mierzyć jaką miarą? Flynn odliczał ją długością cięć, teraz temperaturą swojego ciała. Ranił je, żeby myśli bolały mniej. Otwierał ciało, bo może wtedy i głowa przestanie być taka zamknięta. Pomagało? Chyba nie. Laurent na moment się zatrzymał, zwiesił głowę między swoimi ramionami. Tylko na moment, bo zaraz ją podniósł, narzucić na ramiona Flynn drugi ręcznik nic sobie nie robiąc z tych pozostałości fajek, nawet z tego, jak tu waliło w nos ostrym zapachem wypalonego tytoniu. - Mi się nic złego nie stało, Crow... nic złego mi się nie dzieje, dopóki nie widzę, że robisz sobie krzywdę. To jest złe! To jest krzywdzące!