24.04.2024, 19:11 ✶
Abigail zaśmiała się, musiała jednak przyznać Brennie rację.
- Tak, ma naprawdę dobre serce, przez co chyba jeszcze bardziej się o niego martwimy. On, cóż, lubił pakować się w kłopoty, tylko po to, by nam pomóc i często wychodził na tym najgorzej. Wtedy, jak tata wylądował w szpitalu, był jedną z pierwszych osób, które się tam pojawiły, mimo, że miał chyba najdalej, do tego ciągle wspierał matkę, nawet jeśli nie wiedział, jak pomagać jej z formalnościami, albo jak rozumieć słowa lekarzy, potem został by pomóc Connorowi ogarnąć całe gospodarstwo, bo Albert miał problemy u siebie i szczerze? W pewnym momencie sama musiałam go wygonić, bo przecież ma własne życie i to na nim powinien się skupić. A jednak jest czasami w tym tak niemożliwy - narzekała, wyraźnie zirytowana. Stawiane przez nią szklanki coraz głośniej uderzały o drewniany blat.
Uśmiechnęła się jednak, gdy usłyszała o rowie.
- Może wspominał, może nie - odpowiedziała tajemniczo, widocznie lubiąc się droczyć z ludźmi.
Szybko jednak znów spoważniała.
- Thomas ci mówił, że się wszystkiego zrzekł? To dowodzi jak wielkim dobrodusznym idiotą jest. Ale trochę rozumiem. Najgorzej chyba jest pomiędzy Albertem, Connorem i ojcem. Ojciec nie jest skłonny, by dzielić rodzinny majątek, szczególnie ziemię. Connor i Albert od dziecka się tutaj wszystkim zajmowali i robią to tak naprawdę nadal, choć Albert wraz z żoną dostał jej gospodarkę, no i to tam przez ostatnie parę lat urzędował, ale to jest w tej samej wsi, więc żniwa odbywały się wspólnie, co chwila także wpadał i w czymś pomagał, bo już wcześniej ojciec trochę narzekał na stawy i - przerwała na chwilę, wzdychając i zamykając drzwi szafki. - Connor chce wszystko odziedziczyć. Albert chce trochę ziemi. Ojciec chce Alberta spłacić i zostawić ziemię nienaruszoną, Connor jest za ojcem, do tego dochodzi kłótnia kto ile powinien dostać, bo przecież część rodzeństwa pracowała tu bardzo długo nieodpłatnie, praktycznie całe swoje życie, Marnie po studiach i rozwodzie praktycznie leczyła tu zwierzęta tylko po cenie leków, Matthias zaś stwierdza, że wszystkim należy się pieniędzy po równo, bo wszyscy jesteśmy przecież rodzeństwem i nagle robi się wielki chaos, bo każdy zaczął sobie wszystko wytykać, przez co nie możemy dojść do porozumienia. Ja, Thmoas i Lizzy mam naprawdę to wszystko gdzieś, ale tylko Thomas zrezygnował z pieniędzy, gdzie ja i Lizzie zdecydowałyśmy, że kiedyś nam się jednak przydadzą, gdy będziemy już na swoim. A jeszcze Matt zaproponował, że weźmie prawnika i rozjuszył tym rodziców i Alberta, bo przecież żaden obcy gość nie będzie się mieszał w nasze rodzinne sprawy. - Poruszała ręką, głosem parodiując prawdopodobnie ojca. Potem spojrzała na Brennę i lekko się speszyła. - Przepraszam, chyba właśnie użyłam cię, by się wygadać, ale z kim nie poruszę tego tematu w rodzinie, to muszę się liczyć z ewentualną kolejną kłótnią. - Mruknęła, wyraźnie też zmęczona.
Widocznie także Thomasem, bo wcale się nie rozchmurzyła, gdy usłyszała zdawkową odpowiedź Brenny.
- Gdyby wypytanie go o cokolwiek przyniosło lepszy efekt. - Pokręciła głową, sięgając po kolorowe serwetki z szuflady kredensu.
Sekundę później coś piszącego o jasnych blond włosach wpadło na Abigail.
- Siostra! Skąd masz tę bluzkę i czemu powiedz mi, dręczycie mnie wszyscy tymi ciastkami, co? O niczym innym nie słyszę, jak tylko próg tego domu przekroczyłam, zresztą Matt zabrał mnie z dworca i zapytał, czy nie mam ze sobą żadnych wypieków tym razem, więc już dłużej, Boże, czy ty wiesz, że musiałam z nim jechać sama i nie pozwolił mi zmienić muzyki na jakąś normalną, tylko ciągle męczył tego Starmana, którego mam już po dziurki w nosie, a minęło tylko pół godziny. A i Katie jest chora, więc Margie została z nią w domu, więc Mathias przyjechał sam. - Blondynka trajkotała, po czym w końcu odkleiła się od niewzruszonej tym zachowaniem Abigail. A potem jej wzrok padł na Brennę.
- Oooo, ty musisz być koleżanką Thomasa, Brenna, prawda, mówił, że jesteś, jak się z nim zobaczyłam w kuchni. Cieszę się, że istniejesz naprawdę i Thomas nie wypisuje o swoich znajomych chcąc nas uspokoić, że ma się dobrze, a tak naprawdę nie ma. Och, czy to ta zastawa od nas na urodziny? Te kwiatki są naprawdę ładne i... - mówiła dalej, komentując każdą drobną zmianę, która zaszła w salonie, od kiedy widać ostatnio tu była.
Tuż za nią wszedł Thomas i inny mężczyzna, z dłuższymi włosami i ubrany w czarną skórzaną kurtkę, oboi z równie przepraszającymi minami.
Thomas odchrząknął, ignorując dalej mówiącą siostrę, która wyglądała teraz przez okno.
- To jest Lizzie, a to Mathias - przedstawił. Zaraz za nimi zaczęła w pomieszczeniu gromadzić się reszta domowników, w tym także wcześniej nieobecni Connor i Albert. Zaczął się widocznie znany już rytuał znoszenia kolejnych potraw i zaginionych sztućców, oraz rozsadzania się na krzesłach. Brennę Thomas usadził strategicznie gdzieś po lewej stronie stołu, koło siebie, po jej drugiej stronie przysiadła Abigail. Ojciec, nadal na wózku, usadowił się u szczytu stołu.
Złożył krótką modlitwę dziękczynną, po czym wszyscy zabrali się do jedzenia. I pierwszych rozmów.
- Jak ci się podoba u nas Brenno? - zagaiła matka Thomasa.
- Tak, ma naprawdę dobre serce, przez co chyba jeszcze bardziej się o niego martwimy. On, cóż, lubił pakować się w kłopoty, tylko po to, by nam pomóc i często wychodził na tym najgorzej. Wtedy, jak tata wylądował w szpitalu, był jedną z pierwszych osób, które się tam pojawiły, mimo, że miał chyba najdalej, do tego ciągle wspierał matkę, nawet jeśli nie wiedział, jak pomagać jej z formalnościami, albo jak rozumieć słowa lekarzy, potem został by pomóc Connorowi ogarnąć całe gospodarstwo, bo Albert miał problemy u siebie i szczerze? W pewnym momencie sama musiałam go wygonić, bo przecież ma własne życie i to na nim powinien się skupić. A jednak jest czasami w tym tak niemożliwy - narzekała, wyraźnie zirytowana. Stawiane przez nią szklanki coraz głośniej uderzały o drewniany blat.
Uśmiechnęła się jednak, gdy usłyszała o rowie.
- Może wspominał, może nie - odpowiedziała tajemniczo, widocznie lubiąc się droczyć z ludźmi.
Szybko jednak znów spoważniała.
- Thomas ci mówił, że się wszystkiego zrzekł? To dowodzi jak wielkim dobrodusznym idiotą jest. Ale trochę rozumiem. Najgorzej chyba jest pomiędzy Albertem, Connorem i ojcem. Ojciec nie jest skłonny, by dzielić rodzinny majątek, szczególnie ziemię. Connor i Albert od dziecka się tutaj wszystkim zajmowali i robią to tak naprawdę nadal, choć Albert wraz z żoną dostał jej gospodarkę, no i to tam przez ostatnie parę lat urzędował, ale to jest w tej samej wsi, więc żniwa odbywały się wspólnie, co chwila także wpadał i w czymś pomagał, bo już wcześniej ojciec trochę narzekał na stawy i - przerwała na chwilę, wzdychając i zamykając drzwi szafki. - Connor chce wszystko odziedziczyć. Albert chce trochę ziemi. Ojciec chce Alberta spłacić i zostawić ziemię nienaruszoną, Connor jest za ojcem, do tego dochodzi kłótnia kto ile powinien dostać, bo przecież część rodzeństwa pracowała tu bardzo długo nieodpłatnie, praktycznie całe swoje życie, Marnie po studiach i rozwodzie praktycznie leczyła tu zwierzęta tylko po cenie leków, Matthias zaś stwierdza, że wszystkim należy się pieniędzy po równo, bo wszyscy jesteśmy przecież rodzeństwem i nagle robi się wielki chaos, bo każdy zaczął sobie wszystko wytykać, przez co nie możemy dojść do porozumienia. Ja, Thmoas i Lizzy mam naprawdę to wszystko gdzieś, ale tylko Thomas zrezygnował z pieniędzy, gdzie ja i Lizzie zdecydowałyśmy, że kiedyś nam się jednak przydadzą, gdy będziemy już na swoim. A jeszcze Matt zaproponował, że weźmie prawnika i rozjuszył tym rodziców i Alberta, bo przecież żaden obcy gość nie będzie się mieszał w nasze rodzinne sprawy. - Poruszała ręką, głosem parodiując prawdopodobnie ojca. Potem spojrzała na Brennę i lekko się speszyła. - Przepraszam, chyba właśnie użyłam cię, by się wygadać, ale z kim nie poruszę tego tematu w rodzinie, to muszę się liczyć z ewentualną kolejną kłótnią. - Mruknęła, wyraźnie też zmęczona.
Widocznie także Thomasem, bo wcale się nie rozchmurzyła, gdy usłyszała zdawkową odpowiedź Brenny.
- Gdyby wypytanie go o cokolwiek przyniosło lepszy efekt. - Pokręciła głową, sięgając po kolorowe serwetki z szuflady kredensu.
Sekundę później coś piszącego o jasnych blond włosach wpadło na Abigail.
- Siostra! Skąd masz tę bluzkę i czemu powiedz mi, dręczycie mnie wszyscy tymi ciastkami, co? O niczym innym nie słyszę, jak tylko próg tego domu przekroczyłam, zresztą Matt zabrał mnie z dworca i zapytał, czy nie mam ze sobą żadnych wypieków tym razem, więc już dłużej, Boże, czy ty wiesz, że musiałam z nim jechać sama i nie pozwolił mi zmienić muzyki na jakąś normalną, tylko ciągle męczył tego Starmana, którego mam już po dziurki w nosie, a minęło tylko pół godziny. A i Katie jest chora, więc Margie została z nią w domu, więc Mathias przyjechał sam. - Blondynka trajkotała, po czym w końcu odkleiła się od niewzruszonej tym zachowaniem Abigail. A potem jej wzrok padł na Brennę.
- Oooo, ty musisz być koleżanką Thomasa, Brenna, prawda, mówił, że jesteś, jak się z nim zobaczyłam w kuchni. Cieszę się, że istniejesz naprawdę i Thomas nie wypisuje o swoich znajomych chcąc nas uspokoić, że ma się dobrze, a tak naprawdę nie ma. Och, czy to ta zastawa od nas na urodziny? Te kwiatki są naprawdę ładne i... - mówiła dalej, komentując każdą drobną zmianę, która zaszła w salonie, od kiedy widać ostatnio tu była.
Tuż za nią wszedł Thomas i inny mężczyzna, z dłuższymi włosami i ubrany w czarną skórzaną kurtkę, oboi z równie przepraszającymi minami.
Thomas odchrząknął, ignorując dalej mówiącą siostrę, która wyglądała teraz przez okno.
- To jest Lizzie, a to Mathias - przedstawił. Zaraz za nimi zaczęła w pomieszczeniu gromadzić się reszta domowników, w tym także wcześniej nieobecni Connor i Albert. Zaczął się widocznie znany już rytuał znoszenia kolejnych potraw i zaginionych sztućców, oraz rozsadzania się na krzesłach. Brennę Thomas usadził strategicznie gdzieś po lewej stronie stołu, koło siebie, po jej drugiej stronie przysiadła Abigail. Ojciec, nadal na wózku, usadowił się u szczytu stołu.
Złożył krótką modlitwę dziękczynną, po czym wszyscy zabrali się do jedzenia. I pierwszych rozmów.
- Jak ci się podoba u nas Brenno? - zagaiła matka Thomasa.