19.06.2024, 08:56 ✶
– To byłby dobry plan… – zaczęła Brenna, zerkając na niego z ukosa, i też z trudem powstrzymując uśmiech, cisnący się na usta. – Gdyby nie to, że nie jesteś pewien, kiedy zaczną się głosowania na najbardziej pożądanego kawalera. Co jeżeli ty wystąpisz na przykład w maju, a tym razem głosowanie przypadnie na przykład na lipiec? Wtedy mister lipca będzie miał nad tobą przewagę… Kogo widziałbyś w tym kalendarzu, hm? Tak wiesz, poza twoim idolem, Chesterem Rookwoodem, oczywiście. Mnie przychodzi na myśl Jonathan.
Może też był po czterdziestce i pewnie z tego powodu nie pojawił się na liście najbardziej pożądanych kawalerów Czarownicy, ale w socjecie szeroko go kojarzono i, przede wszystkim, nie powinien stawiać oporu wobec takiego pomysłu. A to też było ważne – nie każdy miał ochotę pojawiać się w jakichś kalendarzach. Nawet charytatywnych.
Brenna jeszcze wczoraj nie pomyślałaby, że Erik będzie czymś takim zainteresowanym, ale zasadniczo to był JEGO pomysł, ona tylko pomagała i nie mógł na nią zwalać winy, prawda? Nawet nie próbowała go do tego przekonywać!
– Jaki zew przygody – oburzyła się Brenna. – Potrafię siedzieć na miejscu i wcale nie muszę co chwila przeżywać przygód. Kiedy przygody przydarzają się za często, zaczynają męczyć. Zdarza mi się siedzieć dłużej. Zwłaszcza przy komiksie.
Z czystego uporu i pewnego niewerbalnego przekomarzania się, została na tym fotelu, odliczając równe trzydzieści jeden sekund, zanim wstała. A przecież podnosiła się tylko dlatego, że chciał się pomodlić, prawda? Więc to że wstała, to też była jego wina, a poza tym trzydzieści jeden sekund to nie trzydzieści sekund, każdy matematyk, tfu, numerolog, by się z nią zgodził. Wygrzebała te świeczki, jedną wręczyła Erikowi, a drugą zapaliła sama.
Jak na kogoś tak niesamowicie rozgadanego, Brenna nigdy nie radziła sobie z wielkimi słowami. Nie była mówcą, nie umiała porywać przemowami, nie miała w zanadrzu wielu poetyckich określeń. Kwieciste przysięgi, modlitwy, wyznania, to wszystko nie było dla niej normą – mówiła wiele, i nie miała problemu z bezpośredniością czy wspominaniem o uczuciach wobec tych, których kochała, ale słowa Brenny zawsze były bardzo proste. Nie nadawały się do wkładania w usta bohaterów opowieści.
Erikowi takie rzeczy przychodziły znacznie łatwiej.
Brenna po prostu na moment stanęła na palcach i ucałowała brata w policzek, kiedy skończył tę swoją modlitwę, zamykając sporą część własnej w tym prostym geście.
– A więc za bezpieczeństwo tych, których kochamy – dodała swoje trzy sykle do jego modlitwy.
Może też był po czterdziestce i pewnie z tego powodu nie pojawił się na liście najbardziej pożądanych kawalerów Czarownicy, ale w socjecie szeroko go kojarzono i, przede wszystkim, nie powinien stawiać oporu wobec takiego pomysłu. A to też było ważne – nie każdy miał ochotę pojawiać się w jakichś kalendarzach. Nawet charytatywnych.
Brenna jeszcze wczoraj nie pomyślałaby, że Erik będzie czymś takim zainteresowanym, ale zasadniczo to był JEGO pomysł, ona tylko pomagała i nie mógł na nią zwalać winy, prawda? Nawet nie próbowała go do tego przekonywać!
– Jaki zew przygody – oburzyła się Brenna. – Potrafię siedzieć na miejscu i wcale nie muszę co chwila przeżywać przygód. Kiedy przygody przydarzają się za często, zaczynają męczyć. Zdarza mi się siedzieć dłużej. Zwłaszcza przy komiksie.
Z czystego uporu i pewnego niewerbalnego przekomarzania się, została na tym fotelu, odliczając równe trzydzieści jeden sekund, zanim wstała. A przecież podnosiła się tylko dlatego, że chciał się pomodlić, prawda? Więc to że wstała, to też była jego wina, a poza tym trzydzieści jeden sekund to nie trzydzieści sekund, każdy matematyk, tfu, numerolog, by się z nią zgodził. Wygrzebała te świeczki, jedną wręczyła Erikowi, a drugą zapaliła sama.
Jak na kogoś tak niesamowicie rozgadanego, Brenna nigdy nie radziła sobie z wielkimi słowami. Nie była mówcą, nie umiała porywać przemowami, nie miała w zanadrzu wielu poetyckich określeń. Kwieciste przysięgi, modlitwy, wyznania, to wszystko nie było dla niej normą – mówiła wiele, i nie miała problemu z bezpośredniością czy wspominaniem o uczuciach wobec tych, których kochała, ale słowa Brenny zawsze były bardzo proste. Nie nadawały się do wkładania w usta bohaterów opowieści.
Erikowi takie rzeczy przychodziły znacznie łatwiej.
Brenna po prostu na moment stanęła na palcach i ucałowała brata w policzek, kiedy skończył tę swoją modlitwę, zamykając sporą część własnej w tym prostym geście.
– A więc za bezpieczeństwo tych, których kochamy – dodała swoje trzy sykle do jego modlitwy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.