Powinnam była lecieć na miotle.
Właśnie taka myśl nawiedziła Mackenzie Greengrass, kiedy zamiast aportować się w Hogsmeade, gdzie miała odwiedzić matkę (na miotle ta podróż niestety zajmowała parę godzin), aportowała się... gdzieś. Od razu wpadła w błoto aż po kostki, a wokół siebie widziała głównie mgłę. Gdyby wiedziała cokolwiek o mugolskim kinie, mogłaby uznać to wszystko za scenerię jak z horroru.
Tkwiła przez moment jak wmurowana, rozglądając się, próbując zrozumieć, co właściwie się stało. Dezorientację potęgował fakt, że dziewczyna nigdy nie znosiła dobrze teleportacji i teraz jej żołądek zwijał się w ciasny supeł. Podparła się o najbliższe drzewo i zwymiotowała. Niewiele na szczęście. Wiedząc, że czeka ją teleportacja, darowała sobie śniadanie.
Mackenzie otarła usta wierzchem dłoni. Adrenalina, która wystrzeliła na moment pod niebo, opadła, kiedy Greengrass zdała sobie sprawę z tego, że rozwiązanie zagadki jest banalne. Nieudana transmutacja. Zdarzało się jej to bardzo rzadko, ale jednak kiedyś zamiast w mieszkaniu kolegi z drużyny aportowała się u jego sąsiada. A raz chcąc pojawić się przed domem matki, zamiast przed furtką, z jakichś powodów trafiła na dach.
Tak. Zdecydowanie powinna lecieć na miotle.
Mackenzie odetchnęła i spróbowała się ponownie teleportować. Gdy jednak odbiła się nogą od podłoża, wykonała jedynie niezgrabny piruet, aż zawirował jej płaszcz, ale nie zniknęła z miejsca. Powtórzyła próbę i tym razem omal się nie przewróciła.
W porządku. Czyli teleportacja odpadała.
Greengrass ponownie oparła się o drzewo. Nie wpadała w panikę łatwo. Nie dlatego nawet, że była szczególnie odważna, ale raczej ot tak mocno zamknięta w sobie, że nawet jej emocje były jakoś zamknięte, nieważne, czy te negatywne, czy te pozytywne. Niemniej poczuła ukłucie niepokoju, kiedy wyjęła różdżkę, spróbowała rzucić po kolei lumos, accio i protego, i żaden czar nie zadziałał. Pozwoliła sobie na całą minutę stania po prostu w miejscu, gdy ogarnęła ją niemoc i niepewność, do dalej robić.
A potem...
...potem schowała różdżkę. Podparła stopę obutą w - na szczęście - bardzo porządnego, choć znoszonego buta o grubą gałąź drzewa, a ręką pociągnęła ku sobie, aż ta po paru próbach się złamała. Chociaż Mackenzie nie była zbyt wysoka, ustawiczne treningi, nie tylko na miotle (wszak biegała, by móc lepiej trzymać się miotły i ćwiczyła siłowo, by mocniej rzucać kafla), sprawiły, że jej siła fizyczna była prawdopodobnie większa niż niejednego mężczyzny. I teraz dziękowała za to wszystkim bóstwom, bo w takim miejscu mogła natknąć się na wszystko, a skoro nie działała tutaj magia... Potrzebowała jakiejkolwiek broni.
A potem, z gałęzią w ręku, ruszyła przed siebie. Rozglądała się przy tym uważnie, to zadzierając głowę w nadziei na dostrzeżenie nieba, to pod nogi, to obserwując drzewa i kamienie, czy na którymś nie dostrzeże mchu. Byłoby dobrze ustalić choćby kierunek świata, żeby wiedzieć, w którą stronę idzie. By nie kręcić się w kółko.
Bo jeżeli pójdzie przed siebie, prędzej czy później gdzieś trafi. Jeżeli nie do cywilizacji, to przynajmniej do miejsca, gdzie znowu zacznie działać magia.
Prawda?