25.08.2024, 00:39 ✶
Florence też do niedawna nie uwierzyłaby, że ktoś zaatakuje ot tak Prewetta. Atak jednak nastąpił – za cel obrano Laurenta, z uwagi na wywiad, który został w dodatku zmanipulowany. I Bulstrode, która sama uważała, że praca czarodziejki dla mugoli mocno jest ryzykowna, bo za łatwo było się zdradzić i przyciągnąć za wiele uwagi, miała obawy, że w oczach śmierciożerców może to być najgorsze, co mogłyby zrobić osoby czystej krwi – bratać się z mugolami i być ich podwładnym. Zwyczajnie o Electrę się martwiła, i po części stąd brały się jej przestrogi, by zachowała ostrożność, bo obawę podsycała tylko myśl o wizji, Beltane i Samhain.
Prewettówna lubiła wolność i zmienność, Florence wręcz przeciwnie: stabilność, pewność jutra.
– Poproszę to – powiedziała Bulstrode, gdy kelnerka się do nich zbliżyła, wskazując jej pozycję z menu, jaką wybrała, a potem zerknęła jeszcze na Electrę pytająco, czy podtrzymywała zdanie odnośnie placków. Odezwała się znowu dopiero, kiedy Prewettówna też złożyła zamówienie, a pracownica oddaliła się od stolika. – Cóż, kiedy już staniesz się światową sławą, odwdzięczysz się – zbyła jej podziękowania. Electra była dla niej faktycznie wciąż trochę małą dziewczynką i takie płacenie za nią zdawało się Florence wręcz oczywiste, a chociaż uzdrowicielka nie była aż tak rozpuszczona, jak wielu przedstawicieli czystej krwi, by zupełnie nie zdawać sobie sprawy z wartości pieniądza, to nigdy też nie musiała oszczędzać. Drobne gesty tego typu nie kosztowały jej jakoś wiele.
– Obawiam się, że moje życie towarzyskie jest nudne i nie mam dla ciebie żadnych intrygujących opowieści – odparła, chociaż pomyślała nagle o Patricku. Spotykali się po prawdzie zawsze, po prostu jako przyjaciele: ale przyszedł do głowy Florence teraz, i sama nie była pewna, co o tym myśleć. Mogło to być jedno z wielu pokłosi Beltane, gdy rytuał złączył ze sobą czarodziejów, bo nawet jeżeli sama przelała łączącą ich więź, pamiętała, jak często Steward gościł w jej głowie, gdy ta istniała. Trudno było wtedy myśleć o nim tylko po przyjacielsku. – Jestem zresztą już według naszych standardów starą panną: to raczej ja ciebie powinnam pytać, czy z kimś się nie spotykasz – stwierdziła, posyłając Electrze uśmiech, ale tak w duchu to pomyślała, że oby Electra nie powielała wzorców, jakie praktykowało wielu członków ich rodziny, niekoniecznie najlepiej wybierając obiekty swoich uczuć czy osoby, które zabierali na randki.
Prewettówna lubiła wolność i zmienność, Florence wręcz przeciwnie: stabilność, pewność jutra.
– Poproszę to – powiedziała Bulstrode, gdy kelnerka się do nich zbliżyła, wskazując jej pozycję z menu, jaką wybrała, a potem zerknęła jeszcze na Electrę pytająco, czy podtrzymywała zdanie odnośnie placków. Odezwała się znowu dopiero, kiedy Prewettówna też złożyła zamówienie, a pracownica oddaliła się od stolika. – Cóż, kiedy już staniesz się światową sławą, odwdzięczysz się – zbyła jej podziękowania. Electra była dla niej faktycznie wciąż trochę małą dziewczynką i takie płacenie za nią zdawało się Florence wręcz oczywiste, a chociaż uzdrowicielka nie była aż tak rozpuszczona, jak wielu przedstawicieli czystej krwi, by zupełnie nie zdawać sobie sprawy z wartości pieniądza, to nigdy też nie musiała oszczędzać. Drobne gesty tego typu nie kosztowały jej jakoś wiele.
– Obawiam się, że moje życie towarzyskie jest nudne i nie mam dla ciebie żadnych intrygujących opowieści – odparła, chociaż pomyślała nagle o Patricku. Spotykali się po prawdzie zawsze, po prostu jako przyjaciele: ale przyszedł do głowy Florence teraz, i sama nie była pewna, co o tym myśleć. Mogło to być jedno z wielu pokłosi Beltane, gdy rytuał złączył ze sobą czarodziejów, bo nawet jeżeli sama przelała łączącą ich więź, pamiętała, jak często Steward gościł w jej głowie, gdy ta istniała. Trudno było wtedy myśleć o nim tylko po przyjacielsku. – Jestem zresztą już według naszych standardów starą panną: to raczej ja ciebie powinnam pytać, czy z kimś się nie spotykasz – stwierdziła, posyłając Electrze uśmiech, ale tak w duchu to pomyślała, że oby Electra nie powielała wzorców, jakie praktykowało wielu członków ich rodziny, niekoniecznie najlepiej wybierając obiekty swoich uczuć czy osoby, które zabierali na randki.