adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic VI
Brenna położyła się spać o świcie, niedługo po tym, jak odprowadziła Eden do jednej z gościnnych sypialni – jakoś koło piątej. Nocna zabawa i szykowanie do niej były na tyle męczące, że nawet mimo gonitwy myśli zasnęła ledwo jej głowa dotknęła poduszki.
Śniła o niedźwiedziach, majowych wieńcach, mewach i spadających gwiazdach.
Obudziła się po dziewiątej, z głową bolącą mimo tego, że wypiła ledwo pół drinka, i z myślą, że to była udana zabawa, a zarazem dziwny wieczór – finał przedziwnego lata, które nastąpiło po wiośnie jeszcze dziwniejszej i strasznej, które gdy zapłoną ognie Samhain może będzie wspominać z tęsknotą. Nie pozwoliła jednak sobie na siedzenie i roztkliwianie, a ogarnęła się jak najszybciej mogła i niedługo potem zeszła na dół, w domowym ubraniu, z włosami wciąż wilgotnymi, lepiącymi się do policzków i szyi, mocno pachnących szamponem jabłkowym. Dom tonął jeszcze w ciszy: większość domowników i gości odsypiała nocną zabawę. Wkrótce jednak zapewne zaczną wstawać, szukać śniadania albo środków na kaca, i przede wszystkim kawy, Brenna więc zajrzała do kuchni. Skrzatka Malwa już się tam kręciła, kończąc sprzątać naczynia i rzeczy, które przynieśli w nocy z plaży. Brenna mrugnęła do niej łobuzersko, otworzyła na oścież okno – czy się jej zdawało, czy w powiewach powietrza czuć było już zapowiedź nadciągającej jesieni – i zabrała się za nastawianie wody. Szczęśliwie tego dnia dyżur zaczynała wieczorem, miała więc dość czasu, aby zająć się gośćmi.
Kilka minut później na długim stole, ciągnącym się przez pomieszczenie, stały już dzbanek wypełniony kawą, zaczarowany, aby utrzymywał ją ciepłą, drugi z zieloną herbatą, dla tych, którzy cierpieliby na kaca, a w trzecim czerwienił się sok pomidorowy, także przygotowany z myślą o tych, co za dużo wypili, w czwartym zaś kompot z owoców z ich sadu, tak dla tych, którzy nie przyjdą tutaj w trybie zombie i będą chcieli po prostu coś do picia. Miska kefiru czekała już na tacy na przeniesienie do salonu, podobnie jak stosik talerzy, a Brenna pogwizdując przygotowywała pierwszą porcję tostów, bekonu oraz smażonych plastrów pomidorów.
Słysząc czyjeś kroki odwróciła się ku wejściu i jednocześnie ucieszyła się na widok Millie, i coś w jej żołądku zwinęło się boleśnie.
Bo chciała z nią porozmawiać.
Bo bała się tej rozmowy.
Bo tak bardzo nie wiedziała, co robić, a wiedziała co innego: że nie może tego po sobie pokazać.
I że coś zrobić musi.
Czasem myślała, że jest cholernie wielką oszustką, która nie za bardzo radzi sobie sama ze sobą, ale koniecznie musi wtrącić się innym. Ale nie umiała odpuścić.
– Cześć. Sprowadziły cię zapachy? Kawa, herbata, sok pomidorowy, kompot? – spytała na dzień dobry, od razu nakładając na dwa talerze po toście, porcji bekonu i paru plastrach pomidorów.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.