07.09.2024, 01:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.09.2024, 01:11 przez Brenna Longbottom.)
Brenna miałaby dużo pomysłów, dlaczego warto poczekać: bo zwój mógł być pułapką, mógł być przeklęty, mogły wyrosnąć mu zęby i spróbowałby Atreusowi odgryźć rękę. Ale nic się nie stało, a ona naprawdę nie widziała powodu do wykładów, co stać by się mogło – raz, miała takie dziwne wrażenie, że Bulstrode i tak puściłby je koło uszu, dwa, w tej chwili nie było co dywagować, kiedy chyba oboje chcieli się stąd wydostać. A, i przekonać się, co to za cholerne dźwięki, i czy coś faktycznie się tu na nich czaiło.
– Twój brat też ma na nazwisko Bulstrode, a jest zupełnie normalny – zaprotestowała Brenna, która przywykła raczej uważać, że to Prewettowie są tą rodziną… no dziwniejszą, a do której zarazem miała pewną słabość, pomimo, a może właśnie przez tę dziwność. I wszystkie idące wraz z nią wady oraz zalety, pośród których mieściły się między innymi zamiłowanie do gier hazardowych, złośliwość i pewne skłonności do kłopotów (miał je nawet Basilius, nawet jeżeli bardzo się wypierał).
Może to i dobrze, że nie sugerował teraz możliwości wycofania się. Wypadłoby to co najmniej ironicznie, skoro mogli oboje iść już tylko do przodu i nie było żadnych szans na wrócenie na górę tę samą drogą, którą się przyszło. Ale chyba życie Brenny było dostatecznie dziwne, aby przyjmowała komunikat „rodzina chłopaka, który ci się podoba, trzyma w piwnicach runiczne tory przeszkód zagadkowych i nie wiadomo, co cię spotka, jak źle odpowiesz” bez jakichś przemyśleń większych niż „no, to trzeba stąd wyjść”. Jakby nie patrzeć, ledwo wczoraj dzień zaczęła od położenia Eden Lestrange do łóżka i prawie szczerej rozmowy z tą, potem po przespaniu trzech czy czterech godzin dając śniadanie Millie zgodziła się, by ta zamieszkała w jej nowym domu i nawet obiecała, że tam najpierw z nią zostanie, potem stawiano jej tarota, później poszła sprawdzić, dlaczego jej przyjaciele uciekli z zabawy, a okazało się, że to dlatego, że przyjaciółka powiedziała narzeczonemu, że mają dziecko i to takie wyrośnięte, a wreszcie wyszło na jaw, że jest jeszcze jedno, porwane dziecko i trzeba to odkręcić… Dzisiejszy dzień przebijał to w kategoriach dziwności, ale nie jakoś straszliwie.
– Och – odparła jakże elokwentnie, kiedy Atreus wspomniał, że jest tylko jedna szansa na odpowiedź, a jej oczy otworzyły się trochę szerzej i odruchowo uniosła dłoń do ust, jakby chciała powstrzymać słowa, które już padły: nawet jeśli tym razem były poprawne. Zdała sobie sprawę z tego, że gdyby się pomyliła…
…to właściwie co?
– Hm… sądzisz, że nas nie wiem, poszatkuje albo coś takiego, jak odpowiemy źle? W sensie, twoja ciotka nie jest chyba aż tak dziwna? – spytała, ujmując jego dłoń i rzucając za nim do drugiej sali. Nawet jeżeli w tych podziemiach wciąż czuła się, jakby mieli tu już na wieki pozostać sami (wpływ samotniczek, wciąż nieuświadomiony) i po głowie chodziły jej jakieś myśli o znalezieniu tu po latach ich szkieletów, to panika wygasła. Nie odnotowała tego jednak nawet w pełni, bo już jej uwagę przyciągał kolejny mechanizm. – Też bym wolała nie stracić tu żadnej ręki ani głowy, bo jestem do nich bardzo przywiązana, mnóstwo wspólnych wspomnień i tak dalej – przyznała, spoglądając na alfabet, a potem na płytki, wystające z podłogi. Czasy RPG jeszcze tutaj nie nadeszły, nikt nie słyszał o grach komputerowych, ale Brenna jak niemal każdy widmowidz… uwielbiała opowieści. – Wygląda mi na coś, po czym trzeba się poruszać według jakiegoś hasła. Znaczy się hasła, co pewnie z tym wznoszącym jest jakoś związane. Ale nie mam cholernego pojęcia, kto wzniósł ten eee… przybytek. Mogę w ogóle wypowiedzieć to, co mi przychodzi na myśl na głos, czy sądzisz, że jak przestrzelę już nas coś zabije? – powiedziała, tak trochę zaczynając wracać do zwykłego paplania. Nawet gdy tkwili w podziemiach, w domu mógł być jakiś duch, albo potwór, albo poltergeist, i musieli sobie radzić z zagadkami. – Em… bo twoja rodzina, znaczy się nazwisko, to chyba za duży rozstrzał między literami, o i d, trzeba by za bardzo skakać, G za daleko od startu, to ci wielbiciele wężów odpadają… imię twojej ciotki? Pseudonim? Wiesz, kto to wszystko wybudował? Jestem beznadziejna z historii. Lekcje Binnsa to był w Hogwarcie mój czas na spanie.
Bardzo lubiła opowieści, owszem, dokonania słynnych czarodziejów też, między innymi stąd brała się jej fascynacja kartami z żab (no i chodziło o to, że same żaby były przepyszne), ale Binns zdołał ją zniechęcić do swojego przedmiotu bardzo skutecznie. Brenna na nim drzemała, bo nocami zwykle były ciekawsze rzeczy do roboty, od włóczęg, przez pogawędki z koleżankami, po czytanie.
– Twój brat też ma na nazwisko Bulstrode, a jest zupełnie normalny – zaprotestowała Brenna, która przywykła raczej uważać, że to Prewettowie są tą rodziną… no dziwniejszą, a do której zarazem miała pewną słabość, pomimo, a może właśnie przez tę dziwność. I wszystkie idące wraz z nią wady oraz zalety, pośród których mieściły się między innymi zamiłowanie do gier hazardowych, złośliwość i pewne skłonności do kłopotów (miał je nawet Basilius, nawet jeżeli bardzo się wypierał).
Może to i dobrze, że nie sugerował teraz możliwości wycofania się. Wypadłoby to co najmniej ironicznie, skoro mogli oboje iść już tylko do przodu i nie było żadnych szans na wrócenie na górę tę samą drogą, którą się przyszło. Ale chyba życie Brenny było dostatecznie dziwne, aby przyjmowała komunikat „rodzina chłopaka, który ci się podoba, trzyma w piwnicach runiczne tory przeszkód zagadkowych i nie wiadomo, co cię spotka, jak źle odpowiesz” bez jakichś przemyśleń większych niż „no, to trzeba stąd wyjść”. Jakby nie patrzeć, ledwo wczoraj dzień zaczęła od położenia Eden Lestrange do łóżka i prawie szczerej rozmowy z tą, potem po przespaniu trzech czy czterech godzin dając śniadanie Millie zgodziła się, by ta zamieszkała w jej nowym domu i nawet obiecała, że tam najpierw z nią zostanie, potem stawiano jej tarota, później poszła sprawdzić, dlaczego jej przyjaciele uciekli z zabawy, a okazało się, że to dlatego, że przyjaciółka powiedziała narzeczonemu, że mają dziecko i to takie wyrośnięte, a wreszcie wyszło na jaw, że jest jeszcze jedno, porwane dziecko i trzeba to odkręcić… Dzisiejszy dzień przebijał to w kategoriach dziwności, ale nie jakoś straszliwie.
– Och – odparła jakże elokwentnie, kiedy Atreus wspomniał, że jest tylko jedna szansa na odpowiedź, a jej oczy otworzyły się trochę szerzej i odruchowo uniosła dłoń do ust, jakby chciała powstrzymać słowa, które już padły: nawet jeśli tym razem były poprawne. Zdała sobie sprawę z tego, że gdyby się pomyliła…
…to właściwie co?
– Hm… sądzisz, że nas nie wiem, poszatkuje albo coś takiego, jak odpowiemy źle? W sensie, twoja ciotka nie jest chyba aż tak dziwna? – spytała, ujmując jego dłoń i rzucając za nim do drugiej sali. Nawet jeżeli w tych podziemiach wciąż czuła się, jakby mieli tu już na wieki pozostać sami (wpływ samotniczek, wciąż nieuświadomiony) i po głowie chodziły jej jakieś myśli o znalezieniu tu po latach ich szkieletów, to panika wygasła. Nie odnotowała tego jednak nawet w pełni, bo już jej uwagę przyciągał kolejny mechanizm. – Też bym wolała nie stracić tu żadnej ręki ani głowy, bo jestem do nich bardzo przywiązana, mnóstwo wspólnych wspomnień i tak dalej – przyznała, spoglądając na alfabet, a potem na płytki, wystające z podłogi. Czasy RPG jeszcze tutaj nie nadeszły, nikt nie słyszał o grach komputerowych, ale Brenna jak niemal każdy widmowidz… uwielbiała opowieści. – Wygląda mi na coś, po czym trzeba się poruszać według jakiegoś hasła. Znaczy się hasła, co pewnie z tym wznoszącym jest jakoś związane. Ale nie mam cholernego pojęcia, kto wzniósł ten eee… przybytek. Mogę w ogóle wypowiedzieć to, co mi przychodzi na myśl na głos, czy sądzisz, że jak przestrzelę już nas coś zabije? – powiedziała, tak trochę zaczynając wracać do zwykłego paplania. Nawet gdy tkwili w podziemiach, w domu mógł być jakiś duch, albo potwór, albo poltergeist, i musieli sobie radzić z zagadkami. – Em… bo twoja rodzina, znaczy się nazwisko, to chyba za duży rozstrzał między literami, o i d, trzeba by za bardzo skakać, G za daleko od startu, to ci wielbiciele wężów odpadają… imię twojej ciotki? Pseudonim? Wiesz, kto to wszystko wybudował? Jestem beznadziejna z historii. Lekcje Binnsa to był w Hogwarcie mój czas na spanie.
Bardzo lubiła opowieści, owszem, dokonania słynnych czarodziejów też, między innymi stąd brała się jej fascynacja kartami z żab (no i chodziło o to, że same żaby były przepyszne), ale Binns zdołał ją zniechęcić do swojego przedmiotu bardzo skutecznie. Brenna na nim drzemała, bo nocami zwykle były ciekawsze rzeczy do roboty, od włóczęg, przez pogawędki z koleżankami, po czytanie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.