13.09.2024, 06:23 ✶
Kwiaty, krew na nich, nadpalone płatki, były dla niej pewnym symbolem i chyba nawet nie miałaby większych oporów wobec wyjaśnienia mu tego, ale w tej chwili chyba oboje chcieli z tej sali wyjść, a kiedy już do niej dotarło, że on zobaczył sam siebie, Maddie zaś o coś go oskarżała, nie była wcale pewna, na ile on chciał o tym dyskutować. Może powinien. Tylko czy chciałby rozmawiać o tym akurat z nią i akurat w tych podziemiach?
Nie była też tak naprawdę całkiem pewna, na ile jego przytyk odnosił się do niego, a na ile do niej. Była w niej w końcu ta odrobina hipokryzji, bo naprawdę nie lubiła pewnych rzeczy swoim bliskim pokazywać – ba, uważała, że nie ma do tego prawa, zwłaszcza teraz. Pewne rzeczy zostawiała dla siebie, dla ciemności nocy, i robiła dobrą minę do złej gry. Nawet to jak uparcie nikomu nie zająknęła się nawet o rytuale do pewnego stopnia to pokazywało. Ale mimo wszystko zawsze wiedziała, że ci ludzie w pobliżu są, i jeżeli nie chodziło o coś osobistego, nigdy nie miała oporów w proszeniu o pomoc.
Ani w przyznawaniu, że ich potrzebuje.
Mimo wszystko, kiedy odpowiedziała, to chyba myślała trochę o nich obojgu.
– Może czasem nie powinni – powiedziała, uśmiechając się do niego, jej palce musnęły jego twarz, zanim opuściła rękę, a potem to… chyba trochę się podłamała, bo szarpnęła nią kosmyk własnych włosów, niepewna, czy powinna być zła, zażenowana, czy mieć wyrzuty sumienia, i jak to ostatnie, to czy wobec Atreusa czy wobec Anthony’ego. Chyba wszystko na raz, ale było przyćmione, i przez zmęczenie, i przez to, w jaki sposób czuła się dziś ogólnie, nawet jeżeli teraz, trzymając dłoń aurora, wcale nie było już tak źle. – Tak jasno, jak się dało. – Chyba nie dało się powiedzieć komuś jaśniej, że go nie chcesz, niż mówiąc, że prędzej się zabijesz niż z nim umówisz, a ona mogła coś wspomnieć o tym, że raczej wyrwałaby sobie serce, czy coś takiego… chyba nie chciała tego wszystkiego pamiętać. - Miałeś rację – przyznała, trochę niechętnie. – Mówił poważnie. Ale przysięgam, że nie wspominałam o tobie. Nie wiem, czy sam to sobie ubzdurał, czy Stanley mu to wmówił, czy może nie wiem, uciął sobie pogawędkę od z moim bratem, skoro uznał, że najwyraźniej wszystko przez ciebie…
Och, jasne, nie rzuciłaby mu się mu w ramiona, kiedy wiedziała, że jego najlepszy przyjaciel mógłby to wyczuć. Ani kiedy sama nie była pewna, co myśli o tym najlepszym przyjacielu. Tym bardziej nie teraz, kiedy musiała popatrzeć prawdzie w oczy. Ale przecież trzymała się z dala od Anthony’ego od początków wojny. Z wielu, skomplikowanych powodów, i Atreus nie był jednym z nich. Nie był nim żaden inny mężczyzna.
Może Anthony’emu łatwiej było wierzyć, że chodziło o coś, na co naprawdę nie miał wpływu. O uczucia do kogoś innego, nie o to, z kim postanowił związać swój los.
– Zdaje się, że jest teraz zaręczony, a Roselyn słynie w Dolinie z urody, więc… chyba nie musisz się tym przejmować - Znów wzruszyła lekko ramionami, mając pewien problem z ubraniem myśli w słowa. W pewnym sensie próbowała chyba przekonać go, że tego lęku czy powodu do gniewu, cokolwiek próbowało wyciągnąć lustro, Atreus mógł się pozbyć. To ona dała Anthony’emu kosza, a on poskładał swoje życie. – Och, bogini, nie strasz nawet – jęknęła, zaciskając palce na jego dłoni, gdy ruszyli do wyjścia. Jeszcze tego dzisiaj brakowało, żeby skończyli w Lesie Wisielców.
Ale na szczęście wrócili do sali, którą tutaj weszli i Brennę zalała ulga.
– Jeśli te powarkiwania miały nas tu zwabić, i nie czeka na nas potwór – odparła. – Czy dostawaliście normalne prezenty na święta? – rzuciła, jakby nagle też dochodząc bardziej do siebie, wracając do skakania z myśli na myśl, z tematu na temat. – To znaczy teraz sobie wyobrażam, że wasz poranek Yule to mogło być nie odpakowywanie kolorowych papierków, a próba złamania szyfru, żeby otworzyć prezent. Albo dostawaliście papierek i musieliście rozwiązać zagadkę, żeby wiedzieć, gdzie ten prezent leży…
I to drugie nawet nie brzmiało dla niej aż tak źle.
– Zanim pójdziesz na strych, napisz może do ciotki, co? – rzuciła, tknięta nagłą myślą, że wspominał, że nie jest pewny, skąd słyszy postukiwania. Może był to bogin. A może nie. A ona chyba nie miała w sobie dość odwagi, aby tam teraz Atreusa ciągnąć. Bulstrodowie byli mistrzami zagadek, Krukonami, rodziną z całą masą Niewymownych, a Brenna… Brenna obawiała się, że kolejny tor zagadek by ją jednak tego dnia przerósł.
Nie była też tak naprawdę całkiem pewna, na ile jego przytyk odnosił się do niego, a na ile do niej. Była w niej w końcu ta odrobina hipokryzji, bo naprawdę nie lubiła pewnych rzeczy swoim bliskim pokazywać – ba, uważała, że nie ma do tego prawa, zwłaszcza teraz. Pewne rzeczy zostawiała dla siebie, dla ciemności nocy, i robiła dobrą minę do złej gry. Nawet to jak uparcie nikomu nie zająknęła się nawet o rytuale do pewnego stopnia to pokazywało. Ale mimo wszystko zawsze wiedziała, że ci ludzie w pobliżu są, i jeżeli nie chodziło o coś osobistego, nigdy nie miała oporów w proszeniu o pomoc.
Ani w przyznawaniu, że ich potrzebuje.
Mimo wszystko, kiedy odpowiedziała, to chyba myślała trochę o nich obojgu.
– Może czasem nie powinni – powiedziała, uśmiechając się do niego, jej palce musnęły jego twarz, zanim opuściła rękę, a potem to… chyba trochę się podłamała, bo szarpnęła nią kosmyk własnych włosów, niepewna, czy powinna być zła, zażenowana, czy mieć wyrzuty sumienia, i jak to ostatnie, to czy wobec Atreusa czy wobec Anthony’ego. Chyba wszystko na raz, ale było przyćmione, i przez zmęczenie, i przez to, w jaki sposób czuła się dziś ogólnie, nawet jeżeli teraz, trzymając dłoń aurora, wcale nie było już tak źle. – Tak jasno, jak się dało. – Chyba nie dało się powiedzieć komuś jaśniej, że go nie chcesz, niż mówiąc, że prędzej się zabijesz niż z nim umówisz, a ona mogła coś wspomnieć o tym, że raczej wyrwałaby sobie serce, czy coś takiego… chyba nie chciała tego wszystkiego pamiętać. - Miałeś rację – przyznała, trochę niechętnie. – Mówił poważnie. Ale przysięgam, że nie wspominałam o tobie. Nie wiem, czy sam to sobie ubzdurał, czy Stanley mu to wmówił, czy może nie wiem, uciął sobie pogawędkę od z moim bratem, skoro uznał, że najwyraźniej wszystko przez ciebie…
Och, jasne, nie rzuciłaby mu się mu w ramiona, kiedy wiedziała, że jego najlepszy przyjaciel mógłby to wyczuć. Ani kiedy sama nie była pewna, co myśli o tym najlepszym przyjacielu. Tym bardziej nie teraz, kiedy musiała popatrzeć prawdzie w oczy. Ale przecież trzymała się z dala od Anthony’ego od początków wojny. Z wielu, skomplikowanych powodów, i Atreus nie był jednym z nich. Nie był nim żaden inny mężczyzna.
Może Anthony’emu łatwiej było wierzyć, że chodziło o coś, na co naprawdę nie miał wpływu. O uczucia do kogoś innego, nie o to, z kim postanowił związać swój los.
– Zdaje się, że jest teraz zaręczony, a Roselyn słynie w Dolinie z urody, więc… chyba nie musisz się tym przejmować - Znów wzruszyła lekko ramionami, mając pewien problem z ubraniem myśli w słowa. W pewnym sensie próbowała chyba przekonać go, że tego lęku czy powodu do gniewu, cokolwiek próbowało wyciągnąć lustro, Atreus mógł się pozbyć. To ona dała Anthony’emu kosza, a on poskładał swoje życie. – Och, bogini, nie strasz nawet – jęknęła, zaciskając palce na jego dłoni, gdy ruszyli do wyjścia. Jeszcze tego dzisiaj brakowało, żeby skończyli w Lesie Wisielców.
Ale na szczęście wrócili do sali, którą tutaj weszli i Brennę zalała ulga.
– Jeśli te powarkiwania miały nas tu zwabić, i nie czeka na nas potwór – odparła. – Czy dostawaliście normalne prezenty na święta? – rzuciła, jakby nagle też dochodząc bardziej do siebie, wracając do skakania z myśli na myśl, z tematu na temat. – To znaczy teraz sobie wyobrażam, że wasz poranek Yule to mogło być nie odpakowywanie kolorowych papierków, a próba złamania szyfru, żeby otworzyć prezent. Albo dostawaliście papierek i musieliście rozwiązać zagadkę, żeby wiedzieć, gdzie ten prezent leży…
I to drugie nawet nie brzmiało dla niej aż tak źle.
– Zanim pójdziesz na strych, napisz może do ciotki, co? – rzuciła, tknięta nagłą myślą, że wspominał, że nie jest pewny, skąd słyszy postukiwania. Może był to bogin. A może nie. A ona chyba nie miała w sobie dość odwagi, aby tam teraz Atreusa ciągnąć. Bulstrodowie byli mistrzami zagadek, Krukonami, rodziną z całą masą Niewymownych, a Brenna… Brenna obawiała się, że kolejny tor zagadek by ją jednak tego dnia przerósł.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.