Nic więc dziwnego, że kiedy wyszła ze sklepu z miotłami, w którym spędziła dobre pół godziny, wybierając najlepszy zestaw do pielęgnacji mioteł, i zobaczyła całe mrowie ludzi wypełniających ulicę, była zaskoczona. Pochłonięta treningami zdołała jakimś cudem przegapić wszystkie zapowiedzi marszu i dyskusje na jego temat, a nawet kiedy szła Pokątną, i tu i ówdzie mijała pierwsze, gromadzące się grupy, nie zrozumiała, co się szykuje. Charłacy nigdy jej nie obchodzili, tak jak nie interesowała się zupełnie mugolami. Zapewne gdyby na takiego wpadła, traktowałaby go normalnie, ale była też ostatnią osobą, która byłaby skłonna maszerować w tłumie, domagając się dla nich jakichś praw.
Greengrass stała przez moment na stopniu, niezdecydowana, czy cofnąć się i spędzić kolejną godzinę w sklepie, czy spróbować brnąć pod prąd tego całego tłumu, by się wydostać. Mogłaby się teleportować, ale w efekcie na pewno zrobiłoby się jej niedobrze - unikała teleportacji tak, jak tylko mogła. Pożałowała, że nie zabrała swojej miotły: niemal zawsze nosiła ją ze sobą, nawet kiedy rozsądniej było jechać Błędnym Rycerzem, chociaż ludzie uważali to za dziwaczny zwyczaj, a ten jeden raz, gdy ta naprawdę by się przydała, zostawiła ją w domu. (Trochę dlatego, że stara miotła nie powinna być świadkiem straszliwej zdrady, jakiej dopuszczała się Mackenzie. Panna Greengrass bowiem nie tylko kupowała zestaw do pielęgnacji, ale też z ciężką duszą oglądała najnowsze modele. Jej Zmiataczka szóstka doskonale służyła w Hogwarcie i potem w Harpiach, w Srokach jednak wszyscy, co do jednego, posługiwali się najnowszym modelem Nimbusa. Nibus 1001 był po prostu koniecznością. Zwłaszcza, że teraz było ją na niego stać - wprawdzie po naciągnięciu budżetu, bo nie była jeszcze milionerką, ale też bez odmawiania sobie czegokolwiek. Zdaniem trenera mógł zapewnić jej powołanie do kadry narodowej, a Mackenzie trwała w przekonaniu, że to będzie spełnienie wszystkich marzeń. Mimo to ostatecznie nie odważyła się dokonać zakupu. Musiała do niego dojrzeć. Jeśli na coś była skłonna wydać pieniądze, to właśnie na miotłę, ale była też ogromnie przywiązana do poprzedniej...)
Zdążyła zrobić może ze trzy kroki, przemieszczając się ostrożnie wzdłuż ściany, gdy zdała sobie sprawę z tego, że zwykły gwar, towarzyszący takiemu tłumowi, narasta i przemienia się w odgłosy świadczące o czymś zupełnie innym. Ktoś gdzieś krzyczał. Nie były to już wywrzaskiwane hasła dotyczące... charłaków? To był marsz charłaków? Raczej okrzyki przestrachu. Może bólu. Serce Mackenzie zabiło mocniej i - mogłaby przysiąc - podeszło do gardła, gdy przypomniała sobie zamieszki, do jakich doszło przy okazji jednego z meczów, gdy sędzia doprowadził kibiców do furii.
Tam też tak to brzmiało.
Ale tam miała swoją miotłę. Mogła po prostu za jej pomocą ewakuować się ze stadionu pod osłoną protego. Na miotle Mackenzie nie bała się nikogo ani niczego. Tu na ziemi, może nie ogarnęła jej jeszcze panika - nigdy nie była zbyt emocjonalna - ale w sercu Greengrass rodził się coraz silniejszy niepokój.
Gdzieś rozległ się trzask, świadczący o tym, że ktoś przytomniejszy aportował się z tłumu i chyba za pomocą teleportacji łączonej zabrał ze sobą jakiegoś charłaka. A potem gdzieś w niebo pofrunęły iskry, sygnał albo źle rzucone zaklęcie. I nagle tłum nie szedł już spokojnie przed siebie. Część ludzi stała, nie wiedząc, co się dzieje, inni próbowali uciekać w boczne alejki albo do sklepów, jeszcze inni starali się zawrócić, napierając na tych z tyłu. Moment zawahania wobec tego, czy ryzykować teleportację, czy nie, kosztował Mackenzie utratę takiej szansy: jakiś potężnie zbudowany mężczyzna, wpadł na nią, zbijając ją z nóg, tak że padła w dół. Prosto pod nogi ludzi, którzy w panice zaczęli rzucać się do ucieczki.