• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6
[09.04.1972] Stacja widmo

[09.04.1972] Stacja widmo
Widmo
It's getting dark in this
little heart of mine
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Alanna Carrow
#1
11.01.2023, 23:38  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.04.2023, 19:57 przez Morgana le Fay.)  
Rozliczono - Patrick Steward - Bajarz


Barda prowadził: Patrick Steward/Daisy Lockhart

Odkryj wiadomość pozafabularną
STACJA WIDMO
Podróżowałeś pociągiem i zagapiłeś się - przejechałeś swoją stację. Postanowiłeś wysiąść na następnej z nich i złapać inny środek transportu, którym pojedziesz do miejsca docelowego. Obładowany pakunkami wysiadłeś na stacji widmo - w miejscu, które nie istnieje na żadnej mapie i nie mieszka tutaj nic. Opuszczone, nieistniejące miasto, do którego już nigdy nie uda ci się wrócić i na której podobno twój pociąg nigdy się nie zatrzymał. Nikt nie uwierzy ci w tę historię, nawet jeżeli pokażesz im zdjęcia opusczonych, niszczejących budynków. Co się tutaj stało…?

09.04.1792


Jednostajny stukot kół niemalże usypiał. Zapatrzyła się gdzieś za okno; patrzyła, ale nie widziała, co się za nim znajdowało. Napływały wspomnienia.
  Pierwsza podróż do Hogwartu.
  Pierwszy powrót, na zimowe ferie, do domu.
  Kolejne podróże, których nie spędzała przecież sama – jeśli to był Ekspres, to bardzo szybko przestała istnieć jakakolwiek możliwość, że znajdzie się w przedziale mając u boku kogoś innego niż jego. Patricka.
  Ale teraz była sama, nie licząc własnych myśli.
  Fu, czczcz, fu, czczcz, fu, czczcz, krople deszczu spływające po szybie, tuk-tuk, tuk-tuk, tuk-tuk…
  Wkrótce minie rok od chwili, gdy ponownie zaczęła kroczyć pośród żywych. Rok, podczas którego musiała nauczyć się bardzo wiele, bardzo szybko, żeby tylko nie ujawnić prawdziwej tożsamości.
  Rok spędzony z dala od niego, choć jednocześnie zdawał się być na wyciągnięcie ręki. Tak blisko, tak daleko, na Matkę i Merlina, dlaczego musiała trafić do ciała ś m i e r c i o ż e r c z y n i?! Nie dość już się wycierpiała, jeszcze coś takiego musiało się przytrafić?!
  A najgorsza w tym wszystkim była świadomość, że wcale a wcale nie musiało tak być. Mogła pójść na wojnę z rodzicami. Mogła faktycznie uciec z domu, byleby tylko postawić na swoim, nie skończyć na ślubnym kobiercu z Crouchem.
  Zmarnowała życie i pół biedy, gdyby uczyniła to tylko ze swoim – ale to były dwa życia, nie jedno, jej własne. Gula urosła w gardle, poczucie winy, trzymające się wiecznie w pobliżu, mocniej zaciążyło.
  Wśród wszystkich rozmyślań – tych i innych – nawet nie zauważyła, jak stacja, na której miała wysiąść, usunęła się z pola widzenia i – gdyby tylko się podniosła i wystawiła głowę przez okno – rozmyła gdzieś. Zaklęła pod nosem, gdy się w końcu ocknęła i zorientowała w sytuacji – cóż, nie było rady, należało wysiąść na pierwszej napotkanej stacji i stamtąd złapać kolejny pociąg, który będzie jechał w odpowiednim kierunku.
  Nie zwróciła uwagi – choć być może powinna – że nikt poza nią nie wysiadł. Było tu zbyt cicho, zbyt pusto, z czego zdała sobie sprawę, gdy zrzuciła swoje toboły na peron, aby złapać oddech i rozejrzeć się dokładniej w poszukiwaniu miejsca, gdzie dało się przysiąść, sprawdzić rozkład jazdy, może nawet kupić bilety?
  Poczuła ukłucie niepokoju; ta cisza, ta pustka, to nie wydawało się naturalne. Kilka… może raczej kilkanaście minut krążenia po stacji wystarczyło, żeby się upewnić, iż ten przystanek jest w zasadzie zamknięty i nie wiadomo właściwie, dlaczego pociąg się tu zatrzymał. Westchnęła ciężko, narzuciła torbę na ramię, w drugą dłoń złapała walizkę i ruszyła w stronę miasta – bo co innego pozostawało? Może akurat uda się złapać inny transport…

405
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Norvel Twonk to czarodziej nieznanego statusu krwi, który poświęcił własne życie, aby ocalić mugolskie dziecko przed mantykorą. Za ten czyn odznaczono go pośmiertnie Orderem Merlina I Klasy.

Norvel Twonk
#2
14.01.2023, 01:02  ✶  
  Dzień był ponury i nieszczególnie przyjazny. Słońce skrywało się za ciemnymi chmurami. Nad ziemią unosiła się brzydka, szara mgła, tym bardziej gęsta, im bliżej pierwszych zabudowań była Alanna. Ze stacji ku miasteczku prowadziła niewielka, wydeptana ścieżka. Ziemia była na niej rozmokła, czarownica ślizgała się a jej buty grzęzły w błocie. Mimo wiosny, trawa dookoła pozostawała pożółkła, a gdy dotarła do asfaltowej drogi, ta okazała się spękana, jakby od wielu lat pozostawiona sama sobie i działaniu nieprzyjaznej natury. W powietrzu unosił się zapach niedawno spadłego deszczu.
  Cisza, która tak zaniepokoiła Alannę na peronie, wciąż trwała, przerywana jedynie jednostajnymi dźwiękami jej własnych kroków i oddechu. Czarownica nie słyszała szczekania psów, śmiechu dzieci, krakania wron lub pokrzykiwań pracujących na budowie ludzi. Mimo wejścia do miasteczka, nie spotkała żadnego człowieka, żadnego autobusu, roweru, samochodu, nawet hulajnogi. Mijane domki jednorodzinne, wyglądały jak wycięte z mugolskiego katalogu, tylko sprzed przynajmniej piętnastu lat. Były parterowej zabudowy, z długim podjazdem i kilkoma zarośniętymi klombami z przodu. Przy niektórych znajdowały się nawet mugolskie samochody, przy innych widziała dziecięce piaskownice, grille ogrodowe, huśtawki i plastikowe meble ogrodowe. Kilka wyglądało tak, jakby już od dawna były niezamieszkałe. Zaniedbane, z zabitymi deskami drzwiami i oknami, stopniowo popadały w coraz większą ruinę. Tak samo jak zamknięte sklepy ze starymi, zakurzonymi witrynami i startymi nazwami.
  Alanna dotarła do skrzyżowania. Po jednej stronie miała pub z świecącym, neonowym, obdrapanym napisem. Miał uchylone drzwi i jeśli wytężyła słuch, przez chwilę wydawało jej się, że słyszała dochodzący ze środka kobiecy szloch. Tylko jakby rozpoznawała ten tembr głosu? Po drugiej stronie, ogrodzony bramą, znajdował się park. Na jednej z ławeczek Alanna dostrzegła siedzącą dwójkę ludzi. I znowu wydało jej się, że męska sylwetka była bardzo znajoma.
Ktoś także znajdował się również z tyłu. Czaił się we mgle. Obserwował ją. Może nawet od pierwszej chwili, w której przekroczyła progi miasteczka z odrapaną dwuczłonową nazwą.
  Przyszła tu sama, przyszła do S***** Hill.
Widmo
It's getting dark in this
little heart of mine
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Alanna Carrow
#3
15.01.2023, 04:18  ✶  
Niepokój narastał. Poczynając od faktu, iż nikt razem z nią nie wysiadł – co samo w sobie trochę dziwiło, bo zwykle na każdej stacji ktoś wsiada bądź wysiada (z drugiej strony, to też nie tak, że nie mógł się wydarzyć wyjątkowy przypadek, prawda?) - idąc przez całkiem opustoszałą stację, kończąc na całkowitym braku jakichkolwiek odgłosów.
  Te wszak jednak powinny być. Psy chociażby, te bardzo lubiły podnosić alarm, iż w pobliżu kręci się ktoś nowy, nieznajomy, a nuż będzie chciał wejść tam, gdzie nie powinien. Dlatego trzeba naszczekać i wybić taki pomysł z głowy; pokazać, że dany teren już ma właściciela. I stróża.
  Sklepy pozamykane – a nie była to aż tak późna pora, żeby faktycznie zatrzasnąć drzwi przed wszystkimi. Chyba że… nie było komu stać za ladą i nikogo, kto by kupił. Wszędzie pusto… martwo wręcz. Ani ludzi, ani zwierząt, panowała tu całkowita pustka, jeśli nie liczyć śladów świadczących o tym, iż ktoś jednak tu mieszkał. Samochody, zabawki, grille ogrodowe – o ile jeszcze byłaby skłonna uwierzyć, iż ktoś bardzo bogaty miał kaprys wybudować całe miasteczko, do którego nikt nie zdecydował się sprowadzić, tak takie detale jak meble ogrodowe świadczyły o tym, że ktoś naprawdę musiał tu być.
  Tylko gdzie wszyscy zniknęli? I kiedy?
  W panikę nie wpadała chyba tylko dlatego, że w ostateczności mogła się aportować; tyle że nie była pewna, jak daleko teraz od celu się znajdowała, zaś sztuka przemieszczania się z użyciem magii była obarczona ryzykiem rozszczepienia. Cóż, biorąc pod uwagę, gdzie się właśnie znalazła, być może takie ryzyko nie było czymś, czego należało podejmować się od razu i bez wahania.
  Na skrzyżowaniu zatrzymała się i zmarszczyła brwi, spoglądając na pub z neonowym napisem. Świecił, czyli chyba ktoś powinien tam być… chyba? I jeszcze ten płacz, o ile faktycznie to szloch, a nie jedynie wycie wiatru.
  Dlaczego to wydawało się być tak znajome?
  Dlaczego, spoglądając w drugą stronę, znowu wydawało się, że widzi coś – kogoś – co znała? Przecież nigdy wcześniej tu nie była. I raczej nikt spośród osób, o których w pierwszej kolejności pomyślała, nie powinien był tu trafić, wręcz przeciwnie – powinni siedzieć we własnych domach, w Londynie, wszędzie, byle nie tu.
  Dreszcz wzdłuż kręgosłupa.
  Spojrzała przez ramię, za siebie, w mleczną mgłę. Nie była pewna, czy ma omamy czy też faktycznie coś się tam czai; być może po prostu wyobraźnia podsuwała coś, co ubierało obecne lęki czarownicy w jakiś konkretniejszy kształt.
  A może rzeczywiście coś tam było. Po chwili namysłu sprawdziła, czy różdżka nadal znajduje się na swoim miejscu i czy jest w stanie szybko po nią sięgnąć, po czym skierowała się w stronę pary na ławce. Od czegoś musiała zacząć, żeby znaleźć stąd transport, toteż pierwszym, co miała powiedzieć, to:
  - Przepraszam bardzo, ale czy kursuje tu jakiś autobus?
  Miała, ale czy dane jej było te słowa wypowiedzieć…?


460/865
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Norvel Twonk to czarodziej nieznanego statusu krwi, który poświęcił własne życie, aby ocalić mugolskie dziecko przed mantykorą. Za ten czyn odznaczono go pośmiertnie Orderem Merlina I Klasy.

Norvel Twonk
#4
16.01.2023, 01:52  ✶  
  Kiedy Alanna obróciła się za siebie, nie dostrzegła nikogo. Wszystko pochłaniała mgła. Sięgała czarownicy do pasa. Tonęła w niej ulica, chodniki, kuranty i studzienki kanalizacyjne. Opływała zabite deskami wejścia do starych sklepów, rozbijała się o witryny sklepowe z zamarłymi w czasie wystawami mugolskich proszków do prania, szczoteczek do zębów i części do rowerów. Pochłaniała naddarte plakaty i reklamy najnowszego modelu robota kuchennego. Próbowała wedrzeć się nawet przez drzwi do otwartego pubu. Stamtąd dalej słychać było cichy, kobiecy szloch.
  Zmierzając ku dwójce ludzi, których dostrzegła w parku, Alanna musiała przejść przez skrzyżowanie. Przekraczając je, zobaczyła zaparkowane rzędem mugolskie samochody. Był wśród nich nawet szkolny autobus. Wszystkie porzucone, stare i pordzewiałe. Dwa auta stały nawet środku ulicy, z otwartymi drzwiami, jakby zatrzymane w czasie, chwilę po kraksie, w której wzięły udział. Tylko nie było kierowców, którzy musieli uczestniczyć w wypadku. Park też wyglądał na zaniedbany. Ani rosnących tam drzew, ani krzewów, ani klombów, nie przycinano od dawna. Trawa prawie tu nie rosła, mimo kwietnia, wciąż rzadka, mizerna, niknąca w czarnej ziemi.
  Siedzących na ławce rozpoznała, gdy znalazła się najwyżej dziesięć metrów od nich. Mimo stosunkowo wczesnej pory, zapaliła się latarnia znajdująca się tuż obok nich. Oboje mieli ciemne włosy. Chodziła z nimi do Hogwartu, przydzielono ich do jednego domu. On siedział w swetrze, kołysał się do przodu i do tyłu, drżał. Ona – chociaż zazwyczaj schludna i pedantyczna, tym razem była nieuczesana i nieuporządkowana. Ściągała z głowy rozchełstaną chustę i zarzucała ją na ramiona znajdującego się obok niej mężczyzny.
  Cicho rozmawiali. A jednak, wciąż znajdując się kilka metrów za ich plecami, doskonale słyszała ich głosy. Pierwszy, przybity i zrozpaczony. Drugi podenerwowany, choć dużo spokojniejszy. Jakby szeptali wprost do jej uszu. Jeden, kobiecy głos do lewego, męski do prawego.
- Zabiłem ją, wiesz? Ja… ja nie wiem co mam robić. Nie chciałem jej zabić, po prostu nie mogłem… to trwało za długo, rozumiesz? Jak to miało dalej trwać? Ona wyszła za mąż. Musiałem to skończyć…
- Nikogo nie zabiłeś. Niczemu nie jesteś winny.
- Powiedziałem jej, że już wystarczy, że czas dorosnąć, że najwyraźniej nie było nam pisane. To nie miało się tak skończyć.
Alanna znowu poczuła, że była obserwowana. Ktoś czaił się za jej plecami. Powoli zbliżał się. Błądził we mgle. Szukał jej. Siedzący w parku zdawali się zbyt pochłonięci sobą, by zwrócić na nią uwagę.
Widmo
It's getting dark in this
little heart of mine
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Alanna Carrow
#5
16.01.2023, 21:35  ✶  
Nie widziała nikogo, a jednocześnie była dziwnie pewna, że za plecami, gdzieś w tej mgle, coś się czai. Czyha i czeka – na nie wiadomo do końca co. Na chwilę nieuwagi? Och, biorąc pod uwagę, że widoczność do najlepszych teraz nie należała i mimo wszystko nie miała oczu dookoła głowy, żeby móc wszystko obserwować i w jakikolwiek sposób zareagować – wydawała się być raczej łatwą ofiarą.
  Zwłaszcza że wszędzie ziało pustką, martwotą, wręcz beznadzieją.
  Nic tutaj nie wydawało się być w porządku, wszystko wewnątrz Clare wołało, by wynosiła się stąd jak najprędzej. Bez zastanawiania się, po prostu jak najdalej stąd. Jak najdalej od wszechobecnej mgły, sprawiającej wrażenie, iż można w niej zawiesić siekierę.
  Jak najdalej od niewidzialnych oczu wśród mlecznych kłębów.
  Ale ostatecznie poszła przecież dalej, choć też jednocześnie stała się czujniejsza – już nie tylko na boki się rozglądała, nie tylko przed siebie patrzyła, ale i również sprawdzała, co dzieje się za nią.
  Rozpoznanie dwójki na ławce wiązało się z niemałym szokiem, przez który znacznie zwolniła. A potem wyciągnęła w końcu różdżkę, niepewna, czy przypadkiem jej oczu nie mami jakiś czar. Może powinna była cisnąć zaklęciem, spróbować rozproszyć, tyle że…
  … bezwiednie postąpiła krok. Jeszcze jeden. Kolejny. Nie odrywała spojrzenia od męskiej sylwetki, nie mogła, nie chciała, nie potrafiła. Zabiłem ją… czas dorosnąć.
  Czas dorosnąć.
  Aż za dobrze pamiętała te słowa, jakie padły w momencie, gdy jasnym się stało, że tak naprawdę nie mieli przed sobą przyszłości. Och, pewnie, sama Clare była gotowa za nic mieć małżeńskie obowiązki i wybitnie lekceważyć wszystko, co wiązało się ze złożoną wbrew własnej woli przysięgą – w końcu nie było w niej ani grama prawdy.
  Komu innemu przysięgała, każdym oddechem, każdym spojrzeniem, każdym dotknięciem. Nie potrzebowała do tego słów, by raz po raz składać kolejną i kolejną…
  … by wszystkie tak naprawdę złamać, pojęła to zbyt późno.
  Bo przecież Patrick chciał – i w pełni na to zasługiwał – kroczyć w świetle dnia, nie zaś kryć się w cieniach nocy. Zaś koniec końców tylko to mu oferowała, dopóki, dopóki…
  - … nie zabiłeś mnie – szepnęła bezwiednie, niezdolna do krzyku, głośnego protestu. Niewidzialne palce zacisnęły się wokół gardła, niemalże dosłownie odbierając dech, świat zaś zaczął podejrzanie się rozmywać. Zamrugała szybko, kręcąc głową. Nie, nie, nie, NIE.
  Głuchy odgłos zderzenia oznajmił światu, że walizka wylądowała na bruku.
  - Patrick... – już nieco głośniej, ale i też wręcz błagalnie.
  I znowu poczuła to. Obserwator we mgle. Coraz bliżej; aż włoski na karku stawały dęba – zupełnie jakby dosłownie czuła na nim oddech tego kogoś. Czegoś? Nie wiedziała. Odwróciła się, nie spoglądała już tylko przez ramię, unosząc przy tym różdżkę, wokół której zaciskała palce. Mocno, może nawet zbyt mocno.
  Wypatrywała czegokolwiek. Ruchu. Cienia, którego nie powinno być.
  … a może po prostu wszystko to było jedynie koszmarnym snem, z którego zaraz się obudzi…?

458/1323
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Norvel Twonk to czarodziej nieznanego statusu krwi, który poświęcił własne życie, aby ocalić mugolskie dziecko przed mantykorą. Za ten czyn odznaczono go pośmiertnie Orderem Merlina I Klasy.

Norvel Twonk
#6
18.01.2023, 16:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.01.2023, 16:35 przez Bard Beedle.)  
  Siedząca na ławce w parku para, zdawała się nie dostrzegać Alanny. Byli jak wycięci z innej historii, jakby znajdowali się nie w tym miejscu, w którym ich widziała, albo jakby już ich tu nie było, ale to miejsce nadal odgrywało czas, w którym się wtedy spotkali. Gdyby podeszła jeszcze bliżej, dostrzegłaby zaczerwienione od mrozu twarze i unoszące się w powietrzu dookoła nich płatki śniegu a przecież nie padał tego dnia śnieg.
  Miasteczko dalej tonęło w białej, mlecznej mgle: spokojne, popadające w ruinę, zniszczone przez czas i przez coś złego, co musiało się tutaj wydarzyć, ale istnienia czego Alanna mogła się tylko domyślać. Przez krótką chwilę, dookoła czarownicy panowała kompletna cisza. A potem, szepty rozmawiających na ławce, stały się głośniejsze. Przestały przypominać podsłuchiwaną rozmowę, stały się napastliwe, krzykliwe, obwiniające. W samych wypowiadanych słowach nie było niczego, czego Florence i Patrick nie mogliby powiedzieć, ale sposób ich wypowiedzi, piskliwe krzyki, napastliwy ton, nie należały już do nich.
  „Na twoim miejscu zrobiłabym to samo.” „Nie mogłeś postąpić inaczej”, „Nie byłbyś wtedy Patrickiem. A ona powinna to wiedzieć.” „Nie mogę jej darować, że się zabiła. Po prostu nie mogę jej tego darować.” „Czasem pewnych rzeczy nie chcemy pokazać właśnie tym, których kochamy najbardziej.”
  Ba, wystarczyło by znowu spojrzała w kierunku ławki a zobaczyła, że tamci rozpłynęli się w powietrzu, jakby nigdy ich tutaj nie było. Na samej ławce leżał tylko stary, błękitny szal.
  Wszystko umilkło. Skończyło się tak nagle, jak nagle się rozpoczęło.
  Park znowu tonął w gęstej, białej mgle, tak samo zaniedbany i porzucony, jak i wcześniej. Wykręcone przez czas gałęzie drzew przypominały pozamienianych w kamienie ludzi. Ziemia znowu była rozmokła, błotnista, prawie pochłaniająca. Ławki stały obdrapane z farby, pleśniejące ze starości. Teraz tylko park był bardziej pusty, bo pozbawiony siedzącej na ławce i rozmawiającej dwójki.
  Wtedy wydarzyły się dwie rzeczy. Najpierw, Alanna dostrzegła znajomą męską sylwetkę wychodzącą z parku. Tym razem wyglądała inaczej, jakby pochodziła z zupełnie innego, późniejszego okresu. Mężczyzna miał na sobie czarny smoking. Znowu była przy nim kobieta, choć tym razem inna. W tym samym momencie, za swoimi plecami, Alanna usłyszała dźwięk przypominający ciągnięcie czegoś ciężkiego po ziemi. Dźwięk nabierał na sile, jakby ostrzegał ją przed złem, które nadciągało i przed którym powinna umykać.
  I jeśli spojrzała w tył, jeśli wytężyła wzrok naprawdę mocno, dostrzegła samą siebie. Ociekającą wodą, posiniałą z braku tlenu, uduszoną Clare. Żywego trupa, potykającego się o własne, stężałe pośmiertnie kończyny, który podążał za nią od chwili, w której znalazła się w tym przeklętym miasteczku. I chociaż widziadło przybrało jej ciało, w środku musiał się znajdować ktoś inny, ktoś kto gorąco nienawidził prawdziwej Clare mieszkającej w ciele Alanny.
Widmo
It's getting dark in this
little heart of mine
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Alanna Carrow
#7
22.01.2023, 13:56  ✶  
Nie była do końca pewna, co widzi. Biorąc pod uwagę, że żadne z tej dwójki nie zareagowało na to, że w pobliżu pojawił się jeszcze ktoś, kto oddychał, poruszał się, mówił – miała do czynienia z jakąś wizją.
  Prawdziwą?
  Czas dorosnąć, przemawiało za tym, że jak najbardziej tak. A może to jedynie jakiś twór jej umysłu, czerpiący ze wspomnień i całego morza lęków…? Choć tak po prawdzie, niezbyt miała czas to analizować, nie, kiedy każde kolejne słowa coraz bardziej wypalały się w umyśle. Już nie szeptem, coraz głośniej, głośniej, poczucie winy ciążyło coraz bardziej i bardziej, aż prawie zapominała oddychać, tak bardzo przygniatało.
  Świat się rozmył. Przetarła pośpiesznie oczy wierzchem dłoni, spojrzała ponownie na ławkę… pusta. Pusta, jeśli nie liczyć jakiegoś starego szala – był tu, zanim przyszła? Co do tego też nie miała pewności, ale też jednocześnie nie znajdowała innego wytłumaczenia. Rzeczy z wizji nie materializowały się raczej ot tak… z drugiej strony, magia była właśnie tym – magią. Ludzie się jej uczyli, badali, analizowali wszystkie jej aspekty, jakie byli w stanie wytropić, ale koniec końców: czy dało się w pełni poznać magię, rozłożyć ją na czynniki pierwsze?
  Tkwiła przez dość długą chwilę w bezruchu, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w ławkę, jakby Patrick z Florence nadal tam siedzieli. Być może zamarłaby tak na bardzo długie minuty, w nadziei, że znów ujrzy ukochanego dokładnie w tym samym miejscu, znów usłyszy jego głos.
  Tęskniła, tak bardzo tęskniła…
  Z marazmu wyrwała ją kolejna wizja, zupełnie oderwana od poprzedniej. Już nie sweter, a smoking. Już nie Florence, a zupełnie inna kobieta. Poczuła kolejne ukłucie w sercu, choć innego rodzaju niż wcześniej, z drugiej strony… nad tym w zasadzie też nie była w stanie się zastanowić. Posłyszany dźwięk skutecznie odwrócił uwagę kobiety, która odwróciła się dość gwałtownie, unosząc dłoń z różdżką.
  Kolejne chwile bezruchu, wpatrywania się w mleczną mgłę.
  Nie tak sobie wyobrażała coś, co już wcześniej wyczuwała. Wyobraźnia podpowiadała jakąś bliżej bezkształtną istotę, nie zaś… to. Nie samą siebie, nie własne ciało z momentu śmierci. Spanikowała – Alanna zapewne by w takiej sytuacji po prostu zaatakowała, ale Clare, choć czasem miała poczucie, że zatraca już siebie, wciąż nie była Alanną. I nie podejrzewała, żeby znajdował się tu ktokolwiek, przed kim musiała za wszelką cenę utrzymać maskę, choć nawet jeśli – być może miałaby to głęboko w poważaniu.
  Bo jak mogła walczyć sama ze sobą?
  Nawet już nie zawracała sobie głowy porzuconą walizką; po prostu odwróciła się na pięcie i pobiegła przed siebie.
  Byle dalej.
  A najlepiej – jak najdalej od całego przeklętego miasteczka.

414/1737
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Norvel Twonk to czarodziej nieznanego statusu krwi, który poświęcił własne życie, aby ocalić mugolskie dziecko przed mantykorą. Za ten czyn odznaczono go pośmiertnie Orderem Merlina I Klasy.

Norvel Twonk
#8
25.01.2023, 02:58  ✶  
  Ale nie tak łatwo było wydostać się z otulonego mgłą, wymarłego miasteczka.
  Gdy Alanna rzuciła się do ucieczki, pozostawiła za sobą w tyle, ociekające wodą, posiniałe z braku tlenu ciało, które kiedyś należało do niej a teraz było zamieszkałe przez jej nemezis. Ale to ciągle poruszało się. Szło uparcie, w swoim wolnym, powolnym, ale wytrwałym tempie. Szukało jej, dążyło do konfrontacji.
  Oddaj mi moje życie! – Alanna nie mogła być pewna czy znajdująca się za nią mara naprawdę wrzasnęła, czy też wrzask ten wypełnił tylko jej głowę.
  Umilkł niespodziewanie, gdy wybiegła z parku. Znalazła się w innej części opuszczonego miasteczka, wciąż tak samo opustoszałej i popadającej w ruinę jak wcześniejsza, ale z innymi witrynami sklepów i budynkami. Tu prawie nie było samochodów zaparkowanych wzdłuż ulicy. Był tu za to kiedyś mugolski szpital, a teraz pozostały po nim tylko: niszczejący budynek (z okropnymi, powybijanymi szybami i obdrapaną farbą), karetka z otwartymi tylnymi drzwiami oraz pusty wózek inwalidzki (zaklinowany między szlabanami przy zdezelowanej stróżówce).
  Obok szpitala Alanna dostrzegła niewielki hotel. Wyglądał dużo lepiej od reszty budynków znajdujących się dookoła. Nadal jakby nie remontowano go od wielu lat, ale porzucono zdecydowanie później niż całą resztę. Podobnie jak wcześniej widziany pub, ten również miał neonowy, świecący napis i otwarte drzwi, jakby zapraszające do wejścia. Tylko tym razem nie usłyszała tłumionego, kobiecego szlochu, ale znajome dźwięki wiolonczeli. Jakby ktoś siedział przy oknie i grał. I jeśli tylko Alanna uniosła głowę do góry i spojrzała w kierunku znajdującego się na rogu apartamentu, dostrzegła tam pogrążoną w melnacholii jasnowłosą kobietę.
Widmo
It's getting dark in this
little heart of mine
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Alanna Carrow
#9
29.01.2023, 04:01  ✶  
Zdawało się, że biegła w nieskończoność.
  Brakowało tchu w piersiach, musiała w końcu zwolnić, przystanąć – oddychała gwałtownie, urywanie, niespokojnie. Spojrzała przez ramię, przepełniona obawą, czy przypadkiem znowu nie ujrzy groteskowej siebie – dawnej siebie – próbującej… właśnie, co? Oddaj mi moje życie odbijało się echem w umyśle kobiety. Czyje życie miałaby oddać?
  Czyje życie odebrała?
  Czyje życie w istocie mogłaby oddać…?
  Podejrzenie zakiełkowało, aczkolwiek nie przeradzało się jeszcze w pewność. Zwłaszcza że poważnie zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie trafiła do jakiegoś popapranego snu, w którym własny umysł podsuwał jej obrazy, wydobywając na wierzch wszelkie kłębiące się w niej lęki.
  Tyle że wszystko jednocześnie zdawało się być tak realistyczne, iż właśnie to powstrzymywało Clare przed uznaniem, że na pewno utknęła w wizji utkanej przez jej podświadomość. Co w zasadzie sporo upraszczałoby sprawy – ze snu można się zawsze obudzić. Nawet jeśli to koszmar, który z pewnością zająłby miejsce na podium w konkurencji najstraszniejszych koszmarów.
  Uspokajała powoli oddech, rozglądając się teraz po okolicy, skoro odnotowała, iż stwór na razie zniknął z pola widzenia. Krajobraz właściwie niewiele uległ zmianie – wciąż wszędzie panowała ta przygnębiająca atmosfera porzucenia i zapomnienia. Uwagę przykuły dźwięki wiolonczeli; skąd dobiegały? Poświęciła dobrą chwilę na przysłuchiwanie się, żeby rozpoznać kierunek oraz rozglądanie na wszystkie strony.
  Błysk blond włosów.
  Przełknęła ślinę, rozważając, jak wielki błąd popełni, jeśli wejdzie do tego hotelu. Niemniej coś popychało do tego, by porzucić rozsądek i jednak stanąć oko w oko z dostrzeżoną kobietą. Może będzie bardziej realna? A może tylko cieniem, tak jak para na ławce…
  Zaczerpnęła powietrza i koniec końców skierowała się do otwartych drzwi, z zamiarem trafienia do dostrzeżonego apartamentu.


264/2001
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Norvel Twonk to czarodziej nieznanego statusu krwi, który poświęcił własne życie, aby ocalić mugolskie dziecko przed mantykorą. Za ten czyn odznaczono go pośmiertnie Orderem Merlina I Klasy.

Norvel Twonk
#10
31.01.2023, 03:11  ✶  
  Drzwi skrzypnęły cicho, gdy Alanna weszła do hotelu. Niezbyt przestronny holl połączony został tu z recepcją. Podłoga była z ciemnego drewna a ściany obito zieloną, mięsistą tapetą w typie tych tworzonych przez Williama Morrisa. Pełzały po niej i owijały się wokół czarnych gałęzi na tle łąk żółto – czerwone kwiaty. Na długiej, jasnej ladzie stał dzwonek, który w lepszych czasach przywoływał pracującego tu recepcjonistę, teraz osiadła na nim cienka, warstewka kurzu. Na wszystkim był kurz a idąc ku schodom (też drewnianym, dokładnie w tym samym odcieniu co podłoga) Alanna pozostawiała za sobą odbicia butów.
  Dźwięki wiolonczeli nie ustały, ale były coraz głośniejsze, gdy czarownica wchodziła po schodach. Tym razem jednak dźwięk nie narastał tylko w jej głowie, ale płynął łagodnie, głośniejąc tylko przez ten fakt, że właśnie zbliżała się do celu.
  Hotel miał cztery piętra. A ona wspinała się na najwyższe z nich.
  Nie było tu cieni, widziadeł, straszaków, które mogłyby przerazić Alannę lub zaatakować ją. Miejsce było spokojne, wyludnione. I chociaż niszczało jak wszystko w tym przeklętym miasteczku, ząb czasu wyraźnie mniej się go imał. Może naprawdę porzucono je względnie niedawno i tylko przez nieuwagę pozostawiono otwarte drzwi wejściowe? Albo też zapraszało czarownicę tak wysoko, gdyż szykowało dla niej wyjątkowo nieprzyjemną niespodziankę. Albo jak wcześniej park, tak teraz hotel, chciał pokazać fragment przeszłości, którego absolutnie nie powinna znać.
  Na czwartym piętrze dźwięki wiolonczeli rozbrzmiewały już całkiem głośno. Prowadziły ku właściwemu pokojowi, do którego drzwi znowu pozostały otwarte. Apartament składał się z dużego pokoju z balkonem oraz należącej do niego łazienki. Kiedyś musiał być przeznaczony dla najbardziej wymagających gości: jasny, przestronny, z wielkim podwójnym łóżkiem, toaletką i wygodną otomaną, na której można było przycupnąć by poczytać książkę lub porozmawiać z zaproszonymi tu przyjaciółmi. W rogu pokoju ustawiono fotel (na którym leżał bladoróżowy szal) oraz wiolonczelę.
  Dźwięki instrumentu umilkły, gdy Alanna weszła do środka. Panował tu bałagan. Pościel była splątana, jakby niedawno ktoś w niej spał. Drzwi prowadzące na balkon zostawiono otwarte i firanki unosiły się popychane przez wlatujący do środka wiatr.
  Ale to nie one i nie rozgardiasz zwracały na siebie uwagę, tylko znajomy kobiecy szloch dobiegający z łazienki. Z łazienki, w której wciąż płynęła woda z odkręconych kranów, z której wylewała się na podłogę i wypływała z pokoju. I jeśli czarownica przełamała się, jeśli zrobiła najwyżej dwa, trzy kroki w tamtą stronę, dostrzegła w lustrze to, co działo się w łazience.
  Dostrzegła klęczącą przy wannie Stellę, która próbowała wyciągnąć jej prawdziwe ciało z wanny. Może przez nerwy, może przez trupi ciężar, to wydawało się dla niej zbyt ciężkie. Stella próbowała ją uratować, nawet jeśli już musiała sama wiedzieć, że na jakikolwiek ratunek było zdecydowanie zbyt późno. Trzęsła się, krztusiła od płaczu i szoku, który musiał w niej wywołać widok nieżywej siostry.
  Martwa Clare otworzyła oczy. Patrzyła uparcie w stronę głównego pokoju, szukając tym spojrzeniem Alanny.
- Oddaj mi moje ciało! Oddaj mi moje życie! – ryknęła.
  I wtedy szlochająca Stella zniknęła, rozpłynęła się w powietrzu, pozostawiając za sobą tylko znowu grającą cicho wiolonczelę i martwe ciało Clare-już-nie-Clare, które próbowało wydostać się z przepełnionej wodą wanny.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alanna Carrow (3002), Norvel Twonk (2377)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa