Crow jest w głębokiej rozsypce.
Mówił o tym, że...? Nie dokończył, ale mężczyzna, którego obejmował, kontynuował swoją opowieść. Niemo. Oszalało bijące serce na pewno dało się wyczuć, kiedy znajdowałeś się tak blisko, a on nie byłby w stanie odmówić oparcia na swoim ciele, skoro Prewett wręcz osuwał się na ziemię. Nic nie czuł? To mógł przekonać się jak to jest czuć w tym momencie absolutnie wszystko - od żałoby za czymś, co od początku wydawało się nieosiągalne, przez rozczarowanie, gniew, smutek, po głęboką panikę i ekscytację tym, że skoro coś się kończyło, to miało szansę go wreszcie jakoś dobić - położyć kres istnieniu kogoś, kto zwyczajnie nie radził sobie z tym jak na każdą, nawet najmniejszą pierdołę reagowało jego pokaleczony organizm. Dobił to narkotykami, tak? Na pewno minimalnie to pogorszył.
Dlaczego tutaj byli? To przez nie tutaj byli - gdyby tylko blondyn posiadał idealny umysł pamiętający wszystko, wiedziałby co Crow trzymał w schowku swojego auta, a czego nie trzymał w kieszeni kurtki, odkąd obiecał sobie, że opiaty przestaną być lekarstwem na wszystkie jego życiowe załamania... Ale nie posiadał go. Crow zacisnął mocniej palce na materiale koszulki Waughy'ego i dotarło do niego, że nie może oddychać. Przesunął ich wzdłuż auta, żeby móc nacisnąć na klamkę. Oczywiście, że drzwi były zamknięte, ale Crow uniósł dłoń i zamek wydał z siebie charakterystyczny dźwięk, po którym naciśnięta klamka już te wcześniej wspomniane drzwi otworzyła, a on... wystarczyłoby pochylić się nad siedzeniem i sięgnąć do środka. To było proste, bardzo bardzo proste, prawda? Gdzie byli? Po co tu byli? Nigdzie. Po absolutnie nic. Po absolutnie nic poza kolejną dawką upodlenia, w której mógłby mu towarzyszyć, gdyby Crow go teraz nie puścił. Asekurował go przy opadnięciu na skórzany fotel kierowcy i zrobił jedną z najdziwniejszych rzeczy, jakie mógł zrobić - zaczął biec. O resztkach trzeźwości umysłu przekonał się w chwili, kiedy kilka metrów dalej dotarło do niego, że Laurent przekonywał się teraz o jego nietrzeźwości. Ale to faktycznie działało - bieg przez to cholerne pole i krzyk rozdzierający gardło były nawet lepsze niż codzienne ćwiczenia na podwieszonym nad areną trapezie. To był krzyk nie przekazujący nic prócz głębokiej frustracji. Kocham cię, ale nie możemy być razem. Cholerna klisza, z którą tak ciężko było się pogodzić, tylko... Dlaczego to bolało tak bardzo, skoro wiedział o tym od zawsze? O tym, że nawet gdyby gwiazdy nad jego głową ułożyły się inaczej, wcale nie był idealnym dla blondyna partnerem. Mógł tam teraz o tym myśleć - każdy bogaty paniczyk robił do niego maślane oczy, kiedy jeszcze wydawał się być kimś interesującym i tajemniczym, a nie kimś kompletnie, niezaprzeczalnie i niebezpiecznie szalonym.
Wyczerpanie się do stopnia, który pozwolił mu wrócić do Laurenta, zajęło mu krócej niż gdyby był w pełni swoich sił. Nie było w tym nic szczególnie dziwnego - jak hipokryta nic nie zjadł, właściwie to nie pamiętał kiedy ostatnio jadł. Większość nocy spędził czuwając. Bieganie po kamieniach mając na stopach tylko skarpetki bolało.
Oparł się o szybę drzwi pasażera i dyszał, stękał. Biegnąc wymyślił jakieś tysiąc wyjaśnień tego co się działo, tego co mogliby zrobić z tym dalej, tego co czuł w środku, ale kiedy szum w głowie cichnął i znów słyszał ptaki ćwierkające wesoło na tym drzewie w oddali po tym jak spłoszył je swoim wrzaskiem, Crow całkowicie w to zwątpił.
- Czy m-mógłbyś... - zajrzał do środka, szukając jego spojrzenia, albo jakiegokolwiek dowodu, że Laurent w ogóle chciał go słuchać - mówić prościej...
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.