23.11.1970
Dziurawy Kocioł
Pierwsza samotna wizyta w Londynie! Wciąż wszystko we mnie się trzęsie z podekscytowania. Bardzo się pospieszyłam z zakupami i teraz mam zbyt dużo czasu przed świstoklikiem powrotnym, ale może dobrze. Mogę usiąść, ochłonąć. Weszłam do Dziurawego Kotła od strony mugolskiego Londynu. Papierowe torby wypełnione cudownymi nabytkami ocierały się o nogi okryte grubymi rajstopami w rudym kolorze. Mój najnowszy nabytek w postaci beżowych kozaczków do kolan stukał obcasem o podłogę lokalu. Jak najbardziej nie chciałam wzbudzać uwagi, ale moja czerwona krótka sukienka nie dawała tej możliwości. Czarodzieje nie mieli poczucia stylu, ale wolałam jak gapili mi się na uda a nie na twarz. Zamówiłam kremowe piwo i porcję pieczonych ziemniaczków, po czym zasiadłam w kąciku przy małym stoliku. Były przy nim tylko dwa krzesła, więc mała szansa, że ktoś postanowi się przysiąść. Prędzej zwiną to krzesło w inne miejsce.
Siedzisz codziennie punkt dwunasta
w modnej kawiarni w centrum miasta.
Myślisz, że łatwo wejść do środka,
żeby po roku znów cię spotkać?
Wcisnęłam torby pod stolik. Ściągnęłam duże okulary. W bezpiecznym kącie nikt nie zwróci na mnie uwagi. Ściągnęłam też beret i płaszcz. Powiesiłam na oparciu. W Dziurawym Kotle jak zawsze było ciepło i przyjemnie. Słodycz piwa rozlewała się milutko po gardle. Ale najlepsze były ziemniaczki. Piosenka Rolskiej nie opuszczała mojej głowy.
Mylisz się, miły, mylisz raczej:
ja cię tak szybko nie zobaczę,
chociaż mi tęskno, chociaż źle,
choć cię zobaczyć chcę.
Wyjęłam Proroka wciśniętego w jedną z toreb. Z okładki łypała na mnie jakaś brzydka morda. Nie zwróciłam nawet uwagi na nagłówek i od razu przerzuciłam kartki do sekcji kulturalnej. Stopa wystukiwała lekko rytm piosenki. Nie wiedziałam, że jeśli ktoś przysiądzie się do mnie z braku innych miejsc, zostanie uraczony widokiem Czarnego Pana łypiącego groźnie z trzymanej przeze mnie gazety.