07.01.2025, 23:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.01.2025, 23:21 przez Król Likaon.)
—07/07/1972—
Kamienica, Aleja Horyzontalna
Eh, Cassie... Nie tak to miało wyglądać, co?, powtórzyła bezgłośnie niespełna dwudziestoletnia dziewczyna, przyciskając kurczowo do piersi swój różowy segregator wypełniony wszelkiego rodzaju dokumentami, które miała podpisać, skopiować i wysłać, aby operacja ''OIOM'' zakończyła się sukcesem. To nie było tak, że nienawidziła tej pracy. Po prostu... Spodziewała się czegoś innego. Czegoś bardziej rutynowego. Więcej samotnej pracy, mniej użerania się z całą armią ludzi. W końcu nie była doświadczoną agentką nieruchomości. Była ledwie płotką. Dzieckiem.
Kiedy po hucznym Yule '71 udało jej się załapać na staż polecony przez ciotkę, wydawało jej się, że chwyciła za nogi samego Merlina. Z początku wydawało jej się, że będzie świetnie. Może nawet idealnie. Miała już serdecznie dosyć akceptowania prac dorywczych w mieście, podczas gdy jej rówieśnicy zaczynali w Ministerstwie Magii i popularnych przedsiębiorstwach w magicznych dzielnicach Londynu. Była jedną z najlepszych studentek na roku, świetnie napisała egzaminy, a koniec końców... Nie wpasowała się w obecny rynek pracy.
— Trzeba było zostać brygadzistką — burknęła pod nosem Davies, tylko po to, aby zaraz okryć się rumieńcem, gdy jeden z najętych pracowników odwrócił się ku niej i powłóczył wzrokiem po jej sylwetce od samego czubka głowy aż po same stopy.
Och tak. Jeszcze tego jej brakowało. Wścibskiego glazurnika, który liczył, że sobie popatrzy w pracy na młodą czarownicę. Dziewczyna już dawno nie czuła się tak wdzięczna za to, że w pracy wymagano od niej oficjalnej szaty, która w pełnej krasie kojarzyła się raczej z uniformem szkolnym znanym z gmachu Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie niźli londyńską agencją nieruchomości. Cassie zacisnęła mocniej palce na okładce segregatora i wymaszerowała z korytarza prosto do salonu, aby koniec końców zasiąść na kanapie pod oknem.
Omiotła wzrokiem pomieszczenie, przypominając sobie pierwsze przebąkiwania w biurze o tym, że mieli współpracować z jedną z marek magicznego szamponu do włosów celem zorganizowania konkursu na mieszkanie. Wydawało jej się to kompletnie irracjonalne. Przede wszystkim, kto by uwierzył w taką akcję? W tych czasach ludzie ledwo ufali Ministerstwu Magii i Prorokowi Codziennym, nie mówiąc już o firmie produkującej tanie szampony. A potem okazało się o które mieszkanie chodzi.
Przeklęty OIOM z Horyzontalnej. Słyszała plotki od koleżanek z pracy o tym lokalu, jednak dzisiaj znalazła się w nim po raz pierwszy. I miejmy nadzieję, że ostatni, pomyślała przelotnie, przeklinając w myślach dzień, w którym zgodziła się na przejęcie tej sprawy na parę dni, podczas gdy Samantha przeżywała wczasy swojego życia na francuskim wybrzeżu. Mieszkanie było przeklęte. Poprzedni właściciel miał co do niego wielkie plany, które nie wypaliły, co odcisnęło się piętnem na całym budynku. Jego wartości. Lokatorach. I ludziom, którzy próbowali pozbyć się tego miejsca z rynku nieruchomości.
— Może ten konkurs to wcale nie jest taki zły pomysł — mruknęła Cassandra, rozkładając swoje dokumenty na stoliku kawowym i przyglądając się im z miną antycznego myśliciela.
Z tego co słyszała, jeszcze nie wyłoniono zwycięscy, jednak znając życie, ten stan rzeczy mógł szybko ulec zmianie. Była ciekawa, co sobie pomyślą nowi właścicieli tego ''klejnotu'', gdy się tutaj wprowadzą. Czy zielone płytki ich odstraszą i tak jak wielu innych będą walczyć z kiczowatym wystrojem mieszkania? A może po prostu zaakceptują panujący stan rzeczy i zarzucą na ściany jakieś płótna lub okrają je obrazami, co by ukryć to szkaradztwo?
Lokal ten był pełen sprzeczności. Zwłaszcza po drobnych ulepszeniach, o jakie zadbała agencja, postanawiając wykorzystać podarowane im w ramach współpracy środki. Zręcznym zaklinaczom udało się wpleść w ściany mieszkania parę przydatnych zaklęć, mając nieco ułatwić (lub urozmaicić) życie przyszłych lokatorów. Najpierw wpadł jeden z pracowników Bletchleyów z Gabinetu luster, który zdołał przekształcić jedno ze zwierciadeł w tajne przejście do małego schowka nieopodal kuchni. Przyszła spiżarnia? A może klitka do pędzenia taniego bimbru w centrum miasta?
Cassandra skrzywiła się na samą myśl, porządkując papiery dotyczące ulepszeń, jakie wprowadzono na trzecim piętrze kamienicy. Tajne przejście było ciekawym bonusem, ale prawdziwą niespodzianką okazał się wynik prac całego zespołu zaklinaczy, którym udało się podporządkować sobie lokalne ściany i sufit, wplatając w zabezpieczenia lokum zaklęcia przeciwogniowe. Na wypadek pożaru. Lub ataku stada smoków, zauważyła bezgłośnie, powtarzając słowa zdziwaczałego czarodzieja z poparzoną twarzą. Cóż, raczej nikt w Londynie nie spodziewał się nieoczekiwanej inwazji rogogonów węgierskich i angielskich zielonych, ale o pożar było łatwo. A ochrona nigdy nie zawadzi.
— No i zaklęcie wyciszające — przypomniała sobie, zerkając kątem oka na zegarek na nadgarstku. Zjawiła się tutaj nie tylko po to, aby dopilnować prac remontowych, ale także dopilnować domknięcia kontraktu ostatniej zaklinaczki, której polecono wytłumić hałasy od Pokątnej.
Jedna z bardziej racjonalnych decyzji w sprawie tego mieszkania, pomyślała, wertując ze spokojem kartki. Bądź co bądź, byli teraz rzut beretem od centrum, a biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, niewykluczone, że niedługo Londyn ponownie stanie się miejscem wszelkiego rodzaju wydarzeń kulturowych. Zwłaszcza po katastrofie, jaką okazały się ostatnie sabaty. Davies wciągnęła głośno powietrze do płuc. Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio zawitała do głównej siedziby kowenu. Trzy lata temu? Cztery? Może trochę wcześniej? Matka ją tam kiedyś wyciągnęła, aby pomodlić się za udane SUMY. A może Owutemy? Ciężko stwierdzić. Zresztą, co po jej teraz po tych egzaminach, skoro...
— Jestem.
— Dobry Merlinie! — Cassandra podskoczyła na kanapie, przyciskając dłoń do serca. — Przestraszyła mnie Pani! — Posłała obcej czarownicy nieprzyjemne spojrzenie. — Nie można się tak podkradać do ludzi i...
— Nic się nie stało — oświadczyła oschle ciemnowłosa kobieta, uśmiechając się zdawkowo, jakby w głębi duszy cieszyła się z tego, że napędziła młodej agentce nieruchomości stracha. — Byłam umówiona.
— U-umówiona? — powtórzyła po niej Cassie, starając się dodać dla do dwóch. — Że ze mną?
— Mhmm. Na zabezpieczenie bocznej części apartamentu. Od hałasu — kontynuowała starsza czarownica, chowając dłonie za plecami i rozglądając się na prawo i lewo z zaciekawieniem. — Od... Ulicy Śmiertelnego Nokturnu, jeśli dobrze pamiętam?
— Pokątnej — poprawiła ją dziewczyna niepewnym głosem. Zaraz jednak odchrząknęła głośno, próbując odzyskać utracony rezon. — To znaczy... Mieszkanie wychodzi na Pokątną, a nie Nokturn. Raczej nikt o zdrowych zmysłach nie wykładałby tylu pieniędzy za zabezpieczenie czegokolwiek od strony tamtej dzielnicy. To jak proszenie o kłopoty.
— Mieszkam na Nokturnie — poinformowała zaklinaczka, wlepiając spojrzenie zielonych oczy prosto w twarzyczkę przedstawicielki agencji nieruchomości.
— Och. Emm... Przepraszam. Po prostu...
— Po prostu załatwmy to jak najszybciej, dobrze? Mam jeszcze parę zleceń. W różnych dzielnicach. I różnych mieszkaniach. I parę z nich jest bardziej priorytetowych niż to.
Cassandra poczerwieniała jak burak. Zaklinaczka z Nokturnu. I to najwidoczniej nie żadna spod ciemnej gwiazdy, skoro wzięto ją do tej roboty. Trzeba było trzymać język za zębami, pomyślała z niezadowoleniem, wbijając wzrok w podłogę. Faktycznie, najlepiej będzie załatwić to szybko.
Przygotowania do rzucenia zaklęcia były... burzliwe. Począwszy od rozpoczęcia spotkania na niezbyt pozytywnej stopie, po inspekcję powierzchni, w jakie miała zostać wpleciona magia Gwendolyn. Powiedzieć, że ta czarownica była niezadowolona to nie powiedzieć nic. Rozprawiała o tym, jak to jedno zabezpieczenie nachodziło na drugie, utrudniając jej pracę. Narzekała na sąsiadów z góry, bo ponoć ich własne czary ochronne zaczynały nachodzić na inne mieszkania i przedostały się do części wspólnej budynku.
W pewnym momencie zasugerowała nawet zerwanie dopiero co położonej podłogi tylko po to, aby nieco wyrównać lokalne linie energetyczne. A Cassandra… Cassandra nie miała pojęcia jak na to wszystko zareagować. Na szczęście na groźbach się zakończyła i Gwen koniec końców wzięła się do roboty, machając różdżką w te i we w te, co by wypełnić swoje zlecenie, a potem... Ulotniła się, nie zaszczycając Cassie nawet prostym ''do widzenia''.
Równie dobrze mogła poprosić, żebym ją cmoknęła, tam, gdzie światło nie sięga, pomyślała przelotnie agentka ubezpieczeniowa, uchylając okno i opierając się o parapet. Większość akcesoriów zielarsko-magimedycznych została przeniesionych do bocznego pomieszczenia, jednak pozostawiono tu parę donic, w tym jedną ceramiczną, która pomimo upływu lat pozostała w nienaruszonym stanie. Kto wie, co chciał tu hodować doktorek, któremu wymarzył się prywatny gabinet na Horyzontalnej? Orientalne zioła? Dodatki do obiadu? A może coś mniej legalnego na własny użytek? Cassandra westchnęła cicho.
— Matko, jeśli mnie teraz słyszysz, to błagam, niech ten projekt się w końcu skończy — błagała przyciszonym głosem Cassie, wznosząc swe prośby do Pani Księżyca. — Albo niech chociaż dadzą mi w nagrodę jakiś urlop. Długi. Albo bonus wakacyjny za ten dodatkowy obowiązek...
Cassandra musiała pogodzić się z tym, że Matka była głucha na jej prośby. Konkurs miał zostać rozstrzygnięty dopiero pod koniec lata, a jej nie był przeznaczony urlop ani dodatek finansowy. Ba, bóstwo nie zadecydowało jeszcze, czy współpracowniczka dziewczyny, chociaż jej podziękuje za wyręczenie jej w obowiązkach.
Teraz musiała przede wszystkim skupić się na bieżącym zadaniu. Przeanalizowała dokumenty, które miały jej pomóc w dalszych działaniach. Zastanawiała się, czy uda jej się znaleźć nowe podejście do rozwiązania problemów, z którymi borykała się od dłuższego czasu. W międzyczasie w jej głowie rodziły się pomysły na to, jak poprawić współpracę z Gwen, aby uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości.
Ostatecznie Cassie uśmiechnęła się do siebie, postanawiając, że mimo przeciwności losu, da radę. Z nadzieją patrzyła w przyszłość, czekając na moment, gdy znów poczuje, że wszystko idzie po jej myśli. Trzymała się myśli, że każda trudność jest tylko kolejnym krokiem na drodze do osiągnięcia celu. Kiedyś się z tego wszystkiego wygrzebie. Kiedyś.
Kiedy po hucznym Yule '71 udało jej się załapać na staż polecony przez ciotkę, wydawało jej się, że chwyciła za nogi samego Merlina. Z początku wydawało jej się, że będzie świetnie. Może nawet idealnie. Miała już serdecznie dosyć akceptowania prac dorywczych w mieście, podczas gdy jej rówieśnicy zaczynali w Ministerstwie Magii i popularnych przedsiębiorstwach w magicznych dzielnicach Londynu. Była jedną z najlepszych studentek na roku, świetnie napisała egzaminy, a koniec końców... Nie wpasowała się w obecny rynek pracy.
— Trzeba było zostać brygadzistką — burknęła pod nosem Davies, tylko po to, aby zaraz okryć się rumieńcem, gdy jeden z najętych pracowników odwrócił się ku niej i powłóczył wzrokiem po jej sylwetce od samego czubka głowy aż po same stopy.
Och tak. Jeszcze tego jej brakowało. Wścibskiego glazurnika, który liczył, że sobie popatrzy w pracy na młodą czarownicę. Dziewczyna już dawno nie czuła się tak wdzięczna za to, że w pracy wymagano od niej oficjalnej szaty, która w pełnej krasie kojarzyła się raczej z uniformem szkolnym znanym z gmachu Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie niźli londyńską agencją nieruchomości. Cassie zacisnęła mocniej palce na okładce segregatora i wymaszerowała z korytarza prosto do salonu, aby koniec końców zasiąść na kanapie pod oknem.
Omiotła wzrokiem pomieszczenie, przypominając sobie pierwsze przebąkiwania w biurze o tym, że mieli współpracować z jedną z marek magicznego szamponu do włosów celem zorganizowania konkursu na mieszkanie. Wydawało jej się to kompletnie irracjonalne. Przede wszystkim, kto by uwierzył w taką akcję? W tych czasach ludzie ledwo ufali Ministerstwu Magii i Prorokowi Codziennym, nie mówiąc już o firmie produkującej tanie szampony. A potem okazało się o które mieszkanie chodzi.
Przeklęty OIOM z Horyzontalnej. Słyszała plotki od koleżanek z pracy o tym lokalu, jednak dzisiaj znalazła się w nim po raz pierwszy. I miejmy nadzieję, że ostatni, pomyślała przelotnie, przeklinając w myślach dzień, w którym zgodziła się na przejęcie tej sprawy na parę dni, podczas gdy Samantha przeżywała wczasy swojego życia na francuskim wybrzeżu. Mieszkanie było przeklęte. Poprzedni właściciel miał co do niego wielkie plany, które nie wypaliły, co odcisnęło się piętnem na całym budynku. Jego wartości. Lokatorach. I ludziom, którzy próbowali pozbyć się tego miejsca z rynku nieruchomości.
— Może ten konkurs to wcale nie jest taki zły pomysł — mruknęła Cassandra, rozkładając swoje dokumenty na stoliku kawowym i przyglądając się im z miną antycznego myśliciela.
Z tego co słyszała, jeszcze nie wyłoniono zwycięscy, jednak znając życie, ten stan rzeczy mógł szybko ulec zmianie. Była ciekawa, co sobie pomyślą nowi właścicieli tego ''klejnotu'', gdy się tutaj wprowadzą. Czy zielone płytki ich odstraszą i tak jak wielu innych będą walczyć z kiczowatym wystrojem mieszkania? A może po prostu zaakceptują panujący stan rzeczy i zarzucą na ściany jakieś płótna lub okrają je obrazami, co by ukryć to szkaradztwo?
Lokal ten był pełen sprzeczności. Zwłaszcza po drobnych ulepszeniach, o jakie zadbała agencja, postanawiając wykorzystać podarowane im w ramach współpracy środki. Zręcznym zaklinaczom udało się wpleść w ściany mieszkania parę przydatnych zaklęć, mając nieco ułatwić (lub urozmaicić) życie przyszłych lokatorów. Najpierw wpadł jeden z pracowników Bletchleyów z Gabinetu luster, który zdołał przekształcić jedno ze zwierciadeł w tajne przejście do małego schowka nieopodal kuchni. Przyszła spiżarnia? A może klitka do pędzenia taniego bimbru w centrum miasta?
Cassandra skrzywiła się na samą myśl, porządkując papiery dotyczące ulepszeń, jakie wprowadzono na trzecim piętrze kamienicy. Tajne przejście było ciekawym bonusem, ale prawdziwą niespodzianką okazał się wynik prac całego zespołu zaklinaczy, którym udało się podporządkować sobie lokalne ściany i sufit, wplatając w zabezpieczenia lokum zaklęcia przeciwogniowe. Na wypadek pożaru. Lub ataku stada smoków, zauważyła bezgłośnie, powtarzając słowa zdziwaczałego czarodzieja z poparzoną twarzą. Cóż, raczej nikt w Londynie nie spodziewał się nieoczekiwanej inwazji rogogonów węgierskich i angielskich zielonych, ale o pożar było łatwo. A ochrona nigdy nie zawadzi.
— No i zaklęcie wyciszające — przypomniała sobie, zerkając kątem oka na zegarek na nadgarstku. Zjawiła się tutaj nie tylko po to, aby dopilnować prac remontowych, ale także dopilnować domknięcia kontraktu ostatniej zaklinaczki, której polecono wytłumić hałasy od Pokątnej.
Jedna z bardziej racjonalnych decyzji w sprawie tego mieszkania, pomyślała, wertując ze spokojem kartki. Bądź co bądź, byli teraz rzut beretem od centrum, a biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, niewykluczone, że niedługo Londyn ponownie stanie się miejscem wszelkiego rodzaju wydarzeń kulturowych. Zwłaszcza po katastrofie, jaką okazały się ostatnie sabaty. Davies wciągnęła głośno powietrze do płuc. Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio zawitała do głównej siedziby kowenu. Trzy lata temu? Cztery? Może trochę wcześniej? Matka ją tam kiedyś wyciągnęła, aby pomodlić się za udane SUMY. A może Owutemy? Ciężko stwierdzić. Zresztą, co po jej teraz po tych egzaminach, skoro...
— Jestem.
— Dobry Merlinie! — Cassandra podskoczyła na kanapie, przyciskając dłoń do serca. — Przestraszyła mnie Pani! — Posłała obcej czarownicy nieprzyjemne spojrzenie. — Nie można się tak podkradać do ludzi i...
— Nic się nie stało — oświadczyła oschle ciemnowłosa kobieta, uśmiechając się zdawkowo, jakby w głębi duszy cieszyła się z tego, że napędziła młodej agentce nieruchomości stracha. — Byłam umówiona.
— U-umówiona? — powtórzyła po niej Cassie, starając się dodać dla do dwóch. — Że ze mną?
— Mhmm. Na zabezpieczenie bocznej części apartamentu. Od hałasu — kontynuowała starsza czarownica, chowając dłonie za plecami i rozglądając się na prawo i lewo z zaciekawieniem. — Od... Ulicy Śmiertelnego Nokturnu, jeśli dobrze pamiętam?
— Pokątnej — poprawiła ją dziewczyna niepewnym głosem. Zaraz jednak odchrząknęła głośno, próbując odzyskać utracony rezon. — To znaczy... Mieszkanie wychodzi na Pokątną, a nie Nokturn. Raczej nikt o zdrowych zmysłach nie wykładałby tylu pieniędzy za zabezpieczenie czegokolwiek od strony tamtej dzielnicy. To jak proszenie o kłopoty.
— Mieszkam na Nokturnie — poinformowała zaklinaczka, wlepiając spojrzenie zielonych oczy prosto w twarzyczkę przedstawicielki agencji nieruchomości.
— Och. Emm... Przepraszam. Po prostu...
— Po prostu załatwmy to jak najszybciej, dobrze? Mam jeszcze parę zleceń. W różnych dzielnicach. I różnych mieszkaniach. I parę z nich jest bardziej priorytetowych niż to.
Cassandra poczerwieniała jak burak. Zaklinaczka z Nokturnu. I to najwidoczniej nie żadna spod ciemnej gwiazdy, skoro wzięto ją do tej roboty. Trzeba było trzymać język za zębami, pomyślała z niezadowoleniem, wbijając wzrok w podłogę. Faktycznie, najlepiej będzie załatwić to szybko.
~~*~~~
Przygotowania do rzucenia zaklęcia były... burzliwe. Począwszy od rozpoczęcia spotkania na niezbyt pozytywnej stopie, po inspekcję powierzchni, w jakie miała zostać wpleciona magia Gwendolyn. Powiedzieć, że ta czarownica była niezadowolona to nie powiedzieć nic. Rozprawiała o tym, jak to jedno zabezpieczenie nachodziło na drugie, utrudniając jej pracę. Narzekała na sąsiadów z góry, bo ponoć ich własne czary ochronne zaczynały nachodzić na inne mieszkania i przedostały się do części wspólnej budynku.
W pewnym momencie zasugerowała nawet zerwanie dopiero co położonej podłogi tylko po to, aby nieco wyrównać lokalne linie energetyczne. A Cassandra… Cassandra nie miała pojęcia jak na to wszystko zareagować. Na szczęście na groźbach się zakończyła i Gwen koniec końców wzięła się do roboty, machając różdżką w te i we w te, co by wypełnić swoje zlecenie, a potem... Ulotniła się, nie zaszczycając Cassie nawet prostym ''do widzenia''.
Równie dobrze mogła poprosić, żebym ją cmoknęła, tam, gdzie światło nie sięga, pomyślała przelotnie agentka ubezpieczeniowa, uchylając okno i opierając się o parapet. Większość akcesoriów zielarsko-magimedycznych została przeniesionych do bocznego pomieszczenia, jednak pozostawiono tu parę donic, w tym jedną ceramiczną, która pomimo upływu lat pozostała w nienaruszonym stanie. Kto wie, co chciał tu hodować doktorek, któremu wymarzył się prywatny gabinet na Horyzontalnej? Orientalne zioła? Dodatki do obiadu? A może coś mniej legalnego na własny użytek? Cassandra westchnęła cicho.
— Matko, jeśli mnie teraz słyszysz, to błagam, niech ten projekt się w końcu skończy — błagała przyciszonym głosem Cassie, wznosząc swe prośby do Pani Księżyca. — Albo niech chociaż dadzą mi w nagrodę jakiś urlop. Długi. Albo bonus wakacyjny za ten dodatkowy obowiązek...
Cassandra musiała pogodzić się z tym, że Matka była głucha na jej prośby. Konkurs miał zostać rozstrzygnięty dopiero pod koniec lata, a jej nie był przeznaczony urlop ani dodatek finansowy. Ba, bóstwo nie zadecydowało jeszcze, czy współpracowniczka dziewczyny, chociaż jej podziękuje za wyręczenie jej w obowiązkach.
Teraz musiała przede wszystkim skupić się na bieżącym zadaniu. Przeanalizowała dokumenty, które miały jej pomóc w dalszych działaniach. Zastanawiała się, czy uda jej się znaleźć nowe podejście do rozwiązania problemów, z którymi borykała się od dłuższego czasu. W międzyczasie w jej głowie rodziły się pomysły na to, jak poprawić współpracę z Gwen, aby uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości.
Ostatecznie Cassie uśmiechnęła się do siebie, postanawiając, że mimo przeciwności losu, da radę. Z nadzieją patrzyła w przyszłość, czekając na moment, gdy znów poczuje, że wszystko idzie po jej myśli. Trzymała się myśli, że każda trudność jest tylko kolejnym krokiem na drodze do osiągnięcia celu. Kiedyś się z tego wszystkiego wygrzebie. Kiedyś.
Koniec sesji