Kłótnie. Kiedy one w ogóle się rodzą? Dlaczego powstają? Kłócić się. Co w ogóle oznaczało to słowo? Brak zgody w jakimś temacie, które prowadzi do emocjonalnej wymiany zdań. Nie wiedział, jak się kłócił Flynn, ani nawet nie wiedziałby, jakby on sam się z nim kłócił. Brali udział w przedstawieniu - dla Flynna każda chwila była teatrem. Każde miejsce, relacja, przestrzeń. Zdolność do tworzenia fantasmagorii oblepiała jego skórę wilgocią jak pot po seksie. Najpiękniejsze kłamstwo było tym, w które sam potrafił uwierzyć. Być może więc takie przedstawienie byłoby jednak ostatnim. A może ktoś z bliskich Laurenta by nie wytrzymał i sam zajął się Flynnem - i gdzieś tam by się zakończyła czyjaś przykra historia. Między łzami, krzykami... ale może Laurent tego nie dożyje. Tkwiąc w problemach, z którymi sobie nie radził. Jeśli Flynn, na którym się teraz tak mocno oparł (jego ściana za plecami) stałby się problemem - to pole nie byłoby nawet polaną. Pełną zbóż i maków, traw i wrzosów. Byłoby pustą ziemią, na której nie da się nawet niczego zasiać.
Miał rację mówiąc, że nie był wtedy na to gotów. Wyczuwał to. Gdzieś przeczuwał to, że usłyszy coś... strasznego. Może nie był najlepszym aktorem, ale teraz wspinał się na wyżyny własnej charyzmy, by trzymać twarz utkwioną w niezmiennie tym samym grymasie - a raczej jego braku. Tylko lekko zadrżały mu usta, jakby chciał coś powiedzieć, a może się uśmiechnąć, a może... wyliczanka - sam zgadnij. I nie chodziło nawet o to, że komuś zniszczył życie. Owszem - brzmiało to okropnie. Okrutnie. Tylko kim by był oceniając to? Widział dobrze różnicę między nimi - Laurent bardzo chciał dawać te jasne kawałki siebie ludziom, by mogli się uśmiechać. Chciał im pomagać i błyszczeć - pewnie, że tego potrzebował, to wcale nie było tak czysto altruistyczne. A Flynn? Flynn był głodny. Dlatego oskarżał go o interesowność - tę zmianę, którą pokazał, zjawiając się wtedy u jego progu. O brak przypadkowości. Może nawet o celowe budowanie sobie jakiegoś wyjścia awaryjnego, gdyby Alexander go wykopał - właściwie teraz tak to wyglądało. I teraz gdzieś tam był człowiek, który był po prostu... idealnym dopasowaniem do niego. Laurent musiał zamrugać parę razy oczami, żeby powstrzymać łzy. Cofnął dłoń z jego uda. W końcu był praworęczny - więc zajął się lampką wina. I tym razem napił się łyka, a nie tylko zwilżył usta.
- Ciężko komuś przypadkiem zniszczyć życie, Flynn. - Flynn. Mówił to do człowieka z przekonaniem, że tak właśnie to imię brzmi. Do człowieka, który pociął się w jego wannie. Powinien wziąć przykład z tych, którzy już się Flynna pozbyli. Powinien nie ryzykować i po prostu te drzwi przed nim zamknąć. Spojrzeć na to trzeźwo - znów zamknąć się za tamą, która nie przepuści emocji. Miłość? Niepotrzebna. Kiedy możesz mieć każdego i każdy kocha cię spojrzeniem to przecież nie musisz kochać samemu. Masz już miłość - nieskończoną, oceaniczną toń. Nabrał kolejny głębszy wdech. Kolejny powolny wydech. Nic nie pachniało tak samo dobrze przy obłokach dymu. - Więc czemu przyszedłeś do mnie, nie do niego? - Obrócił znów głowę w jego kierunku.