Zły temperament. Zły temperament sprawiał, że nie wiedział sam, jak z nim postępować? Czy może chodziło o to, że nie istniał żaden model, który by się sprawdził, jeśli chodzi o radzenie sobie z nim? Bo będziemy wracali do tego samego uparcie - co sytuacja to mógł mieć inne potrzeby. To bardzo... komplikowało sprawę. Tylko że nie do końca wierzył, że nie istniał jakiś wzorzec. Już widział, że Flynn reagował na różne bodźce, nawet te stresujące, na różne sposoby. Ciągle chociażby miał w głowie to, jak potrzebował pobiegać i się wykrzyczeć. Teraz też tego potrzebował? Oddzielił aktualnie w swojej głowie destruktywne zachowanie z poczucia winy od stresu powodowanego rozmową o rzeczach, które go zniszczyły. Agresji, której został poddany już za czasów Fontaine. Okropna wiadomość o tym, że śnił, jak to Laurent, zamiast niej, przypalał mu ręce papiersowami wlał mu się do głowy tak wyraźnie po tamtej rozmowie, że miał teraz odczucie, jakby sam tego snu doświadczył. I bardzo mocno wykluczał możliwość, jakoby coś takiego miało miejsce, ale jak wielu wydarzeń z Nokturna - zwyczajnie nie pamiętał, bo za bardzo był naćpany albo pijany. Przecież to nie był on. Z drugiej strony planowanie morderstwa to też nie był on. Tak myślał, a przecież od początku miesiąca jego głowa znów była zafiksowana na tym, że powinien Dante zabić. Własną ręką, żeby nikt nie był już tego ofiarą. Myśleć i fantazjować o takich rzeczach zawsze łatwo. Zrobić? Przecież miał tak samo jak Flynn - nie mógł patrzeć, jak coś cierpi. Ktoś cierpi. Przecież słabo mu było na widok krwi. I on miałby zostać mordercą? Wolne żarty. Wstydził się niektórych swoich fantazji i tego, jak daleko potrafiła zaprowadzić go głowa. W takich momentach jego światło gasło zupełnie. Była tylko pusta. Nieskończona, rozciągająca się jak guma do żucia, czerń.
- Pomogło ci wtedy bardzo to pobieganie i wykrzyczenie się. Sądzisz, że tu też by pomogło? - W porządku, jeśli odpowiedź pozostawała taka sama. Czyli: nie wiem. I gotów był go o tym zapewnić, żeby się nie martwił. Nie było ku temu powodów. Naprawdę sądził, że był w stanie podołać wyzwaniu, jakiego się podjął - nauczyć się Flynna na pamięć. Jeszcze z nikim nie miał takich problemów. Ludzie byli puzzlami, które układał, a potem gmerał tam swoimi paluszkami, by wsyzstko grało jak w zegarku. Ale - Flynn? Najgorsze było to, że kompletnie nie wiedział, co się dzieje. Czy on głupiał przy nim aż tak? Czy to zakochanie tak strasznie go otumaniało? Czy może coś jeszcze innego.
Pokręcił głową. Nie smakowało. I byłby pytał, czy nie smakowały krewetki, czy makarony, czy wszystko... ale widząc minę Flynna darował sobie to pytanie. Za to je zmienił.
- Lubisz poznawać rzeczy nowe? Ewentualnie: czy chcesz. Tyczy się to też kuchni. - Zadał teraz to pytanie, bo sam już mu powiedział - on uwielbiał. We wszystkim. Jego ciekawość nigdy nie była zaspokojona. Nie znaczy to, że musiał to przerzucać na Flynna i wciągać go w to wszystko. Rozróżniał też lubienie rzeczy od chcenia. Bo czasem nie lubimy - ale chcemy. Chociażby po to, żeby komuś było miło.