• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 16 Dalej »
[05.1971] new reality | Geraldine & Cornelius

[05.1971] new reality | Geraldine & Cornelius
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#11
04.01.2025, 23:43  ✶  

Ciężko było mówić o tym, co leżało na sercu. Otworzyć się i dzielić tymi najtrudniejszymi emocjami. Geraldine nie była nigdy szczególnie dobrym mówcą, nie potrafiła formuować swoich myśli w słowa, do tego należała raczej do szorstkich osób. Naprawdę starała się jakoś odnaleźć w tym wszystkim, tyle, że nie do końca jej to wychodziło, a najgorsze było to, że miała tego świadomość. Została wychowana w takiej rodzinie, a nie innej, gdzie nie mówiło się raczej o swoich problemach. Zaciskała zęby i kiedy coś nie szło tak jak powinno robiła wszystko, aby to naprawić. Tyle, że w tej sytuacji, w której się znaleźli to nie mogło się udać. Jak bowiem mieliby naprawić to, co zadziało się w ich życiu? No, nie było takiej opcji.

Ryzyko istniało. Aktualnie dotyczyło ono każego, stapającego po Wielkiej Brytanii czarodzieja. W końcu każdy mógł się pojawić w złym miejscu, o złym czasie. Niestety dotarło to do nich w najbardziej brutalny sposób. Odebrali im jedną z najbliższych osób, Corneliusowi najbliższą. Sama została nieco poturbowana przez śmierciożerców, jeszcze w styczniu, ale jej udało się wyjść z tego w jednym kawałku. Miała więcej szczęścia niż rozumu - jak zawsze. Nie wiedziała dlaczego tak się stało, dlaczego jej się udało, a Amandzie już nie? Kto o tym decydował, przyjaciółka miała po co żyć, miała męża, dziecko, ona aktualnie nie miała niczego. Mogłaby się z nią zamienić miejscem, pewnie nikt by się tym jakoś specjalnie nie przejął. Nie czuła, aby jej egzystencja była równie wartościowa, szczególnie teraz, kiedy chaos ją pochłaniał.

Do tego teraz go zawodziła, nie pojawiła się w ich mieszkaniu, nie była wsparciem, nic nie zrobiła. O to mogła mieć żal tylko i wyłącznie do siebie, wychodziło, jak bardzo egoistycznie się zachowywała. Jej ból nie mógł równać się z tym jego i powinna o tym pamiętać. Na szczęście nieco się obudziła z tego letargu, pojawiła się tutaj dzisiaj, licząc na to, że może jeszcze uda się jej coś zmienić, że nie wszystko było stracone.

Miała świadomość, że nigdy już nie będą mieli tego, co kiedyś, ale może pozostanie jej jakaś namiastka, świadomość, że nie została na tym świecie zupełnie sama, zresztą to samo chciała dać Lestrange'owi, poczucie tego, że nie został sam, że ma jakieś wsparcie, że ma się do kogo zwrócić, nawet jeśli jak do tej pory nie dawała mu tego odczuć. Zamierzała to zmienić, zrobiła pierwszy krok. Musiała jednak najpierw w pełni ogarnąć siebie, aby stać się dla niego tym, czego potrzebował. To wcale nie miało być proste, pewnie zajmie jej trochę czasu, ale ta wizyta nieco zmieniła jej podejście do rzeczywistości.

Nie chciała się tu wpraszać jak intruz, nie była pewna, co działo się z Ambroisem, ale zakładała, że spędzał tutaj sporo czasu, bo przecież powinien być oparciem dla Corio, jak widać tutaj też się myliła. Nieco ją to zaskoczyło, ale może faktycznie te lata, które razem spędzili nie spowodowały, że potrafiła przewidzieć zachowania jej byłego chłopaka. Może w ogóle go nie znała, coraz bardziej skłaniała się ku temu, że żyła w jakiejś dziwnej, wyidealizowanej bańce, która w końcu pękła, zderzenie z rzeczywistością było bardzo bolesne, ale powinna się tego spodziewać. Było zbyt pięknie, aby mogło to być prawdziwe. Żałowała, że nie była ostrożniejsza, że pozwoliła się tak omamić.

Ton jego głosu wskazywał na to, że gadała bez sensu, że irytowało go to, co mówiła. W sumie - prawidłowo. Nie miała pojęcia, jak powinna się zachować. Błądziła, ale przestała już pozwalać sobie na tę przesadzoną ostrożność. Przyjaciele nie zachowywali się w ten sposób. Musiała być z nim szczera, może wtedy on odwdzięczy jej się tym samym. Najgorsza prawda była przecież lepsza od kłamstwa.

- Pozostaje wierzyć w to, że z czasem będzie inaczej. - Nie chciała powiedzieć, że lepiej, bo przecież jak w ogóle mogliby zakładać, że będzie lepiej? To, co najlepsze już stracili. Musieli jakoś dostosować się do tego, co aktualnie działo się w ich życiu, wegetować, przetrwać ten najgorszy czas. Tyle, że ile właściwie będzie to trwało, i czy mieli jeszcze w ogóle nadzieję na jakieś sensowne jutro? Wydawało jej się, że pokłosie tych wydarzeń będzie się za nimi ciągnąć przez resztę życia.

Tak właściwie to było jej zupełnie obojętne to, co Cornelius zamierzał wyciągnąć z barku, ważne, aby chociaż odrobinę ją sponiewierało. Była już na tym etapie, kiedy nie do końca przejmowała się tym, co w siebie wlewała. Sama uzupełniała swoje zapasy w okolicznym sklepie, gdzie spoglądali już na nią oceniająco, bo stała się ich stałą bywalczynią. To też było jej obojętne, nie przejmowała się tym, co myśleli o niej ludzie, nie, żeby kiedyś jakoś bardzo obchodziła ją opinia innych, ale teraz nie dbała o nią zupełnie. Nie pojawiała się na spotkaniach rodzinnych, nie odwiedzała przyjaciół, nie miała ochoty zupełnie na nic. Wybrała samotność, ale to chyba nie była najlepsza opcja. Miała wiele czasu, aby zastanawiać się nad tym, co im się przytrafiło. Obwiniała się o to, co poszło nie tak. Zastanawiała się nad tym, co by było gdyby, a nie mogła przecież żyć mrzonkami.

Spoglądała na przyjaciela, kiedy postawił szklankę na ławie. Chwyciła ją w dłoń, kiedy ją do niej przysunął. Cóż, nie żałował im whisky, co było całkiem dobrym posunięciem. Wiedziała, że mogłaby wypić i całą butelkę, tyle, że właściwie nic jej to już nie dawało. Nie czuła niczego, miała wrażenie, że zaczęła wypełniać ją pustka, której nigdy nie będzie potrafiła się pozbyć. Uniosła kryształ w górę kiwnęła przy tym głową. Cóż, nie spodziewała się, że kiedyś będą wznosić takie toasty. - Tak, za jakieś. - Nie miała pojęcia, co mogła oferować im przyszłość, nie sądziła, że to będzie coś, co ich zadowoli.

Wpatrywała się w przyjaciela, kiedy zaczął jej tłumaczyć swoje odniesienie. Cóż, trochę zabolało. Miała świadomość o tym, jak wyglądała przeszłość Roisa, nigdy mu jej nie wypominała, bo jej też nie była szczególnie poukładana, tyle, że myślała, że się zmienili. Może faktycznie postanowił wrócić do starych nawyków, może się nią znudził? Może wcale nie chciał takiego życia, szkoda, że nie wspomniał jej o tym wcześniej.

- To nie jest coś, o czym nie wiedziałam. - Zrozumiała dlaczego sięgnął po to porówanie, cóż, czy tego chciała, czy nie pasowało do jej byłego chłopaka z którym zamierzała spędzić całe życie. Takie osoby się raczej nie zmieniały. Ona niby się zmieniła, ale nie mogła mieć pewności, że udało jej się zmienić jego. Czuła gorycz, była zła na siebie, że postanowiła brnąć w to, skoro i tak nigdy nie było dla nich żadnej nadziei.

- Nie ma sensu byś wchodził między nas. Bałam się po prostu, że przez to stracę i Ciebie. - Postanowiła być z nim szczera, bo skoro już zaczęli ten temat, to wolała pokazać mu jak ona to widziała.

Nie chciała być intruzem w tym miejscu, wiedziała, jak wygląda ich relacja, nie zamierzała osaczać najlepszego przyjaciela Roisa, dlatego właśnie wolała trzymać się na uboczu. Przyszła, gdy wydawało jej się, że minęła odpowiednia ilość czasu. Źle to rozegrała, to prawda, ale skoro sytuacja tak wyglądała, to nie zamierzała rezygnować z przyjaźni, którą kiedyś mieli.

- Tak, może lepiej skupić się na czymś innym. - Uniosła jeszcze w górę szklankę, kiedy zobaczyła, że chce jej dolać whisky. Cóż, dawno nie piła takiego dobrego alkoholu. - Dobrze wiedzieć, że jesteś. - Tak po prostu, chyba jej nieco ulżyło, kiedy dowiedziała się, że on jej nie skreślił, z początku nie wydawało jej się to wcale takie oczywiste.

Była tak skupiona na ich tragediach, że nie miała pojęcia o czym innym mieliby rozmawiać, kiedyś konwersacje klieły im się samoistnie, teraz? Cóż, nawet to było problemem. - Gdybyś kiedyś czegoś potrzebował, to wiesz, gdzie mnie szukać, latem powinnam być na miejscu, jesienią zamierzam wrócić do starych nawyków i wybrać się gdzieś dalej na polowanie. - Wolała go poinformować, że pewnie wyjedzie z kraju. Ostatnio ograniczała swoje wyprawy, bo na miejscu miała wszystko, czego potrzebowała, w tym roku jednak zamierzała coś z tym zrobić. Czuła, że dłuższy wyjazd dobrze jej zrobi. Nie chciała jednak, żeby znowu poczuł się porzucony, więc wolała mu dać o tym znać.

Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#12
17.01.2025, 17:18  ✶  

Geraldine z pewnością nie była doskonała, ale mężczyzna zawdzięczał jej pojawienie się w jego mieszkaniu, wyrwanie go na chwilę z marazmu. Nie mógł tego ukryć, tym bardziej, że jej szorstkość i niezdarność w wyrażaniu emocji były mu znane, ale to, co ją łączyło z jego własnym bólem, sprawiło, że poczuł dziwne przywiązanie do jej bardzo specyficznej waleczności. „Przynajmniej próbujesz,” pomyślał, wciąż jednak czując, jak gniew i złość odzywały się w nim na przemian. Przysłuchiwał się słowom kobiety, czując, jak w jego piersi narastała mieszanka irytacji i smutku. Każde zdanie, które wypowiadała, wydawało się być kolejnym uderzeniem w jego rany, szczególnie wtedy, kiedy zaczęła pitolić bzdury. Już dawno zrozumiał, że nie było sensu tak naprawdę czekać na lepsze dni, ona też musiała to wiedzieć. Aura zmęczenia życiem, które go otaczało, zdawała się jeszcze bardziej przytłaczająca, kiedy słuchał jej szczerych, choć nieporadnych prób wyrażenia swoich emocji i dania im nadziei.

- Nie wiem, czy kiedykolwiek będziemy mogli to naprawić i będzie inaczej, bo czas nie leczy ran, to bujda. Bez odpowiednich opatrunków, rany zaczynają paprać się, gniją, wdaje się zakażenie. Jak można naprawić coś, co zostało zniszczone w sposób tak brutalny, jak ten? Nie zalepisz tego opatrunkiem, ani tego nie przesmarujesz maścią, co najwyżej możesz zasłonić to bandażem, ale wtedy zacznie gnić, tyle tylko, że nie będziesz patrzeć na proces gnilny. - Zadumał się, czując gorycz wypełniającą mu gardło.

•••

[a]Owszem, Lestrange rozumiał, że śmierć jego żony była dla ich przyjaciół ogromnym ciosem, nie jakimś kuriozalnym wydarzeniem, tylko prawdziwym wstrząsem, który na zawsze zmienił życie każdego z nich, nie tylko Corneliusa, ale całej grupy ludzi, w tym również Ambroise'a i Geraldine. Ale czy to naprawdę usprawiedliwiało wszystko?

Nie.

Czy to nie był jego przyjaciel, który obiecywał mu, że zawsze będzie przy nim, bez względu na trudności? A teraz, gdy rzeczywistość stała się zbyt trudna, wyglądało na to, że Ambroise wybrał ucieczkę. Ucieczkę od miłości, od odpowiedzialności, a patrząc na ich ostatnie spotkanie, to też ucieczkę od samego siebie. Chodziło o zdradę na wielu wymiarach, bo Roise zdradził Corneliusa, Geraldine, ale również samego siebie, o bezmyślność, o egoizm, który jak wirus opanował duszę kogoś, kto tu powinien z nimi być. Przyjaciela, chociaż teraz, to może raczej „przyjaciela”, Corio nie chciał wyrokować z całkowitą pewnością, ale nie mógł powstrzymać tego osądu. Zdecydowanie „partnera”, bo prawdziwi partnerzy nie odchodzili z dnia na dzień, w tym wypadku był szybki wydaniu osądu, jak zazwyczaj, tyle tylko, że zazwyczaj nie robił tego w stosunku do tak zwanych bliskich. „Bliskich”.

Cornelius nie chciał być niewyrozumiałym dupkiem, a może chciał? Na pewno nim był, był nim w tej chwili i nie czuł się z tym tak źle, jak powinien. Miał wytłumaczenie na swoje zachowanie, bo w chwilach kryzysowych, kiedy człowiek potrzebował wsparcia, zazwyczaj powinien je otrzymać, a zamiast tego, Ambroise zniknął. Corio został sam, z nieswoją kobietą, bo jego nie żyła, z kobietą, która była tak samo zraniona, jak on i to właśnie sprawiało, że w tym momencie czuł się najgorzej. To Roise powinien był być oparciem, a tymczasem sprawił, że zamiast tego, Lestrange został kolejnym, który musiał radzić sobie z konsekwencjami decyzji swojego przyjaciela. Ambroise mógł być teraz tutaj, mógł stawić czoła tej sytuacji, ale wybrał łatwiejszą drogę. Nie tylko zranił ją, ale i jego. I mimo, że mężczyzna starał się go zrozumieć, nie mógł przestać myśleć, że ten, który był kiedyś jego bratem, bez ostrzeżenia stał się kimś innym, jakby obcym człowiekiem.

- „Ryzyko kontrolowane”, chyba tak to trzeba określić, związki, nawet te wieloletnie, to loteria, możesz mi wierzyć albo możesz mi nie wierzyć, ale wiem coś o tym. - Cynizm zżerał go od środka. Wiedział, że ich wspólny, nieobecny trzeci członek - rzeczywiście, prawdziwy kutas - towarzystwa zawsze miał problem z bliskością, z zaangażowaniem. Przez lata przymykał na to oko, myśląc, że ten w końcu dojrzeje, że zrozumie, co znaczy prawdziwa miłość, skoro wydawało się, że ją znalazł. Tymczasem zostali pozostawieni przez człowieka, którego kiedyś uważali za nieodłączną część ich życia. Ambroise w swoim egoizmie, zranił ich oboje, a on nie potrafił zrozumieć, jak można było być tak ślepym na ból innych. Czekał na słowa, które mogłyby zburzyć ten ciężki mur, liczył na wizytę albo list, przynajmniej na początku, ale z każdym dniem, który mijał, miał w sobie coraz mniej wiary, więcej zwątpienia, aż wreszcie prawie nie miał nadziei na pozytywne rozwiązanie sytuacji. Nie wątpił, że przyjaciel miał się pojawić, ale nastawiał się już głównie na konfrontację, i to taką znacznie poważniejszą niż ta dzisiejsza, z Geraldine.

Nie miał powstrzymać się przed nazwaniem go egoistą, który nie potrafił dostrzec, jak bardzo rani innych. Zapewne miało paść coś więcej, coś w rodzaju „Ambroise, ty głupcze, nie zrozumiesz, co straciłeś, dopóki nie będzie za późno.” Prawda była taka, że Ambroise ich wszystkich zawiódł. I choć serce mu podpowiadało, by spróbować go zrozumieć, cynizm kazał mu odwrócić wzrok od wszystkich powodów, które mu podsuwał umysł, a tych wyjaśnień na pewno miało się pojawić więcej i więcej. Nie chciał doprowadzić do momentu powiedzenia czegoś w rodzaju „nie zasługujesz na prawo do wyjaśnień, wypierdalaj”, ale nie sądził, że nad sobą zapanuje, nie, skoro w jego umyśle rodziły się plany, jak zbudować nową rzeczywistość bez kogoś, kto tak łatwo zrezygnował z bliskich. Jedyną szansą na spokojny przebieg rozmowy było to, że jego cynizm powoli zamieniał się w żal. Czuł, że w sercu nosił nie tylko rozczarowanie, ale i współczucie dla człowieka, który poddał się własnym demonom.

„Ale cóż, niech będzie”  pomyślał z goryczą. „Niech będzie.”

- Nie musisz się bać. Nie zniknę, chociaż czasami mam ochotę to zrobić, nie chcę, żebyś się bała, że stracisz mnie z tak błahego powodu. Jesteś osobą, która pozostała mi w tym szaleństwie, więc ja też będę kimś takim dla ciebie, nieważne, gdzie i jak daleko wyjedziesz, albo czy lub kiedy wrócisz.Przyjaciół się nie porzuca. - Stwierdził w zgodzie z tym, w co wierzył. - Dobrze wiedzieć, że robisz plany. - Podsumował i uniósł szklankę.


•••

Cornelius opierał się na oparciu kanapy, jego wzrok był utkwiony w szklance z whisky, której zawartość zdawała się migotać w świetle lampy. Która to była kolejka, czwarta, piąta, szósta, a może powinni liczyć butelki?

- Wiesz, Geraldine. - Powiedział powoli, z trudnością formułując myśli. - Myślę, że nie tylko ty się zawiodłaś. Wszyscy w tym pieprzonym świecie zawodzimy. Zawiodłem siebie, zawiodłem Amandę, a teraz ciebie, powinienem był cię ostrzec, że tacy ludzie odchodzą. - Jego głos brzmiał szorstko, ale w jego oczach kryła się melancholia. - Raczej ci tego nie mówiłem z wiadomych powodów, ale moja pierwsza żona, światłość jej pamięci, była prawdziwą heterą, kochałem ją, rzecz jasna, tak jak da się kochać gwałtowne zjawisko pogodowe, które może zmrozić ci pół domu, ale wygląda ładnie, naprawdę ładnie. Potrafiła być jak burza śnieżna, która nie tylko przynosiła śnieg, ale i łamała gałęzie, okazjonalnie jebała prądem. -Dodał, odrobinę łagodniej, wyciągając dłoń do szklanki, by upić kolejny łyk. - Wszyscy widzieli tylko tę elegancką, uśmiechniętą damę, a ja znałem jej drugą stronę. Nie była dobrą osobą, nie, nigdy nie udawała. Wiedziałem, z kim mam do czynienia. Jej zimny uśmiech skrywał wyrachowanie, a pod fasadą dobrych manier czaiły się pokłady mrozu i choć czasem bolało mnie to, co mówiła, co myślała, nie oczekiwałem od niej, że stanie się kimś innym. Po prostu ją kochałem, z całym tym lodem, który ze sobą niosła. - Upił łyk whisky, czując, jak gorzki alkohol spalał mu gardło, ale nie miało to znaczenia. - Adeline i Amanda były dwoma stronami tego samego medalu, wiesz, nawet, jeśli nie na pierwszy rzut oka, to miały ze sobą wiele wspólnego, obie dawały mi radość, ale obie potrafiły też zadać ból. Z Amandą nie mogliśmy bez siebie żyć, a jednocześnie kłóciliśmy się jak dwa żywioły, które nigdy nie powinny się spotkać, a tym bardziej wziąć ślub, czy mieć dziecko. Zawsze wiedziała, jak mnie wyprowadzić z równowagi, a potem, gdy już byłem na skraju, potrafiła spojrzeć mi w oczy i w jednej chwili sprawić, że zapominałem o wszystkim, co mnie denerwowało. Przyjaźniliśmy się przez wiele lat, nigdy nie patrzyłem na nią, jak na kogoś, z kim zechcę spędzić resztę życia, ale widzisz, los bywa przewrotny. - Pijany robił się gadatliwy. - Zmierzam do tego, że... nie obwiniaj się za niego, gdy minie gniew, to nigdy nie była twoja wina, trafił ci się naprawdę trudny egzemplarz. To też minie, może nie dziś, nie jutro, ani nie pojutrze, nie będę cię okłamywać, to może nie minąć przez lata, masz prawo myśleć, że nigdy nie minie, możesz mi powiedzieć „Corio, chuja się znasz, pierdolisz, bo jesteś narąbany jak Messerschmitt”, to taki niemiecki samolot z czasów pierwszej wojny światowej, nie pytaj mnie o genezę tego powiedzenia, bo ja jej, kurwa, nie rozumiem, abstrahując, a ja ci wtedy powiem „kurwa, no, oczywiście, że pierdolę, bo jestem najebany, a z całym szacunkiem, ale z wami nigdy nie dało się pić, zawsze będziesz bardziej trzeźwa ode mnie, więc zamknij się i słuchaj, bo mam tu coś ważnego do powiedzenia”. No, abstrahując, mniejsza z większą, to minie, do tego zmierzam, większość z tego minie, bo nie wszystko, ale kiedyś obudzisz się z myślą, że to boli jakoś trochę mniej, a potem pojawi się zrozumienie, powoli, niepostrzeżenie, bo świat się nie skończył, nawet, jeśli wydaje ci się, że jest inaczej. A, jeśli tak nie będzie, mimo tego, że wiem, że mam rację, to będziesz uprawniona do tego, żeby na moim łożu śmierci dać mi w moją kłamliwą mordę. - Zakończył, no, tak i jednocześnie nie, bo w międzyczasie zapomniał o jeszcze jednej myśli. - Będziesz wiedzieć, co robić, we właściwym momencie, nawet, jeśli teraz w to nie wierzysz. - Kiwnął głową, unosząc szklaneczkę, uśmiechnął się pod nosem, pełen przekąsu. - Subiektywnie radzę dać mu po ryju, jak już wróci, a wróci, masz to jak w banku, ten człowiek jest jak grosz opryszczka. - Upił trochę whisky.

Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#13
17.01.2025, 20:17  ✶  

Próbowała, to że wychodziło jej to raczej topornie było zupełnie inną sprawą. Cóż, nigdy nie należała do szczególnie dobrych mówców, czy pocieszycieli, łatwiej przychodziło jej wyrażanie emocji przy pomocy gestów, ale w tym przypadku też nie do końca potrafiła po nie sięgnąć. Zresztą, zabrakło tego już na samym początku, zbyt wiele czasu spędziła skupiając się na swojej własnej tragedii, która przecież była niczym w porównaniu do tej jego. Miała tego świadomość, tak samo jak zdawała sobie sprawę, że dała dupy i teraz wypadałoby to nieco odpokutować. Amanda na pewno chciałaby, aby znalazła się przy nich w tej sytuacji, zawiodła nie tylko tych żyjących, ale i ofiarę tej tragedii i o to przede wszystkim miała do siebie żal. - Pozostaje więc mieć nadzieję, że zbyt szybko nie zeżre to nas od środka. - Skoro te rany miały się nigdy nie zasklepić, to chyba była ich ostatnia nadzieja. Zresztą na medycynie chuja się znała, więc to też było tylko gdybanie. Zabawne, że otaczała się osobami, które zajmowały się uzdrowicielstwem, kiedy jej własne zainteresowania były od tego bardzo odległe.


Yaxleyówna nie zamierzała rozgrzebywać tematu Ambroisa, bo to nadal tego nie przetrawiła. Nie rozumiała jego decyzji, nie dał jej żadnej odpowiedzi, po prostu zniknął pewnego poranka i nigdy nie wrócił. Zostawił list, w którym nic jej nie wyjaśnił i przepadł chuj wie gdzie. To zabolało, bo opuścił ją w najbardziej chujowym z możliwych momentów, wtedy kiedy faktycznie go potrzebowała. Stracili przyjaciółkę, a on postanowił się wtedy od niej odwrócić. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej snuli marzenia na temat swojej wspólnej przyszłości, nie miała pojęcia, jak właściwie było możliwe, że w tak krótkim czasie to się zmieniło, że przestał ją widzieć u swojego boku, że zrezygnował z tych marzeń. Nie wiedziała dlaczego to zrobił. Zakładała, że wina leżała po jej stronie, bo co innego mogła sobie pomyśleć? Może była niewystarczająca, może chciał od życia czegoś więcej, niż tkwienia u boku łowczyni, której raczej trudno było dać mu stabilność. Nie, żeby sie nie starała. Ograniczała swoje długoterminowe wyprawy, trzymała się okolicy, nie brała zbyt ryzykownych zleceń. Zmieniła dla niego swoje przyzwyczajenia, najwyraźniej zupełnie niepotrzebnie, bo to było za mało, chyba? Nie miała pojęcia, co innego mogło pójść nie tak, wydawało jej się, że było im razem dobrze. Najwyraźniej nie widziała wszystkiego, coś jej umykało, cóż, powinna to zaakceptować, bo co innego miała zrobić?

- Nie jestem specjalistką od związków, więc chyba ci wierzę, na pewno masz ode mnie większe doświadczenie. - Ambroise był pierwszą osobą, którą wpuściła do swojego życia. Oczywiście nie od razu, poznawali się przez kilka lat, przeszli długą drogę nim stali się oficjalnie parą. Myślała, że naprawdę go zna, w końcu przed tym, jak zmienili formę swojej relacji to się jeszcze przyjaźnili. To nie była pochopna decyzja, zresztą, udało im się tworzyć coś na kształt rodziny przez prawie pięć lat. Miała prawo być zła i zawiedziona, szczególnie, że wiele razy padło między nimi to mityczne na zawsze, czy do usranej śmierci, a teraz pozostały po tym tylko wspomnienia i rozdarte serce. Musiała jakoś to przetrwać. To była chyba jedyna metoda, ale to, że ich wspólna przyjaciółka odeszła z tego świata nie ułatwiało sprawy. Miała wrażenie, że wszystko się rozpierdala, że nic nie ma sensu.

Wiedziała, że Roise kiedyś miał równie bujne życie, co ona. Słyszeli o sobie różne plotki, część z nich musiała być prawdą, ale wydawało jej się, że razem faktycznie potrafili stworzyć coś stałego. Powtarzali sobie, że to, co ich łączy jest wyjątkowe, uwierzyła w to, zresztą nigdy się przed nikim tak nie otworzyła, nie czuła, aż tak silnej więzi. Nie miała pojęcia, co takiego się wydarzyło, że to stracili. Chuj jeden wiedział, chociaż w tym przypadku może i on nie mógłby jej udzielić odpowiedzi, bo to było popaprane.

- Nawet nie wiesz ile te słowa dla mnie znaczą, tak właściwie to myślałam, że już nic mi nie pozostało, to było przerażające. - Jasne, miała innych znajomych, może nieco ich zaniedbywała przez to, że trwała w tej bardzo intensywnej relacji, ostatnio przecież przenieśli się na wieś, gdzie spędzali czas głównie we dwójkę, trochę głupio jej było teraz nagle pojawić się w progach dawnych znajomych i o sobie przypominać. Inaczej było z Corio i Amandą, bo ich odwiedzali regularnie, ale Lestrange był zawsze bardziej jego przyjacielem, znali się dłużej, ona miała Amandę, więc bała się, że zostanie już zupełnie bez nikogo. - Plany to zbyt wiele powiedziane, muszę się czymś zająć, bo siedzenie w domu mi nie służy. - Tak, najłatwiej będzie jej po prostu wyjechać i zająć się pracą. Na miejscu sięgała po używki, które niekoniecznie jej służyły, zamykała się w swojej jaskini, z której nie wychylała nosa. Nie mogła sobie pozwolić na takie dalsze marnowanie czasu. Wyjazd na pewno przyniesie jej same korzyści. Praca wydawała się najbardziej przystępną opcją, jeśli chodzi o zajęcie myśli, do tego będzie mogła wyładować się fizycznie, a tego teraz potrzebowała.


Alkohol wlewało jej się dzisiaj w siebie wyjątkowo łatwo, tak właściwie ostatnio ciągle tak było. On tłumił ból, może nie zawsze, bo potrafił go również i potęgować, gdy piła z Corio jednak to nie nastąpiło. Zresztą nie zamierzała się przed nim uzewnętrzniać i pokazywać, jak bardzo ją to wszystko zniczyło, wolała nie pokazywać się mężczyźnie z tej najgorszej strony. Zawartość butelki znikała bardzo szybko, pomagało to nieco rozplątać języki.

- Powinnam być tego świadoma, nikt mnie do tego nie zmuszał Corio, nie zawiodłeś mnie. - Wolała się nie wypowiadać w imieniu Amandy, ale też nie sądziła, aby uważała go za winnego swojej śmierci. Odpowiedzialni byli ci pojebani ludzie, którzy napierdalali na prawo i lewo w imię chuj wie czego, idei, która nie miała żadnego sensu. To nie była wina Corneliusa, że tacy ludzie zaczęli panoszyć się po świecie.

Wsadziła sobie peta w usta i odpaliła go srebrną zaplaniczką, przesunęła papierośnicę w stronę mężczyzny, gdyby również miał ochotę uraczyć się papierosem. Zaciągnęła się dymem, a po chwili wypuściła jego resztę z ust.

Zmrużyła oczy, gdy zaczął wygłaszać swój monolog. Nie spodziewała się, że się tak rozgada, ale w sumie to dobrze, bardzo dobrze. Próbowała się skupić na sensie jego wypowiedzi, ale trochę jej umykał. Zawiesiła się na moment, aby to wszystko ogarnąć.

Pamiętała o tym, że wcześniej miał żonę, cóż, to musiało być chujowym uczuciem przechodzić przez coś takiego drugi raz. Nie zasługiwał na to, zdecydowanie. Nie miała pojęcia dlaczego niektórym osobom los tak bardzo lubił dopierdalać, kiedy inni wiedli sielskie, przyjemne życie.

Skupiła się na tym samolocie, o którym opowiadał, chyba kiedyś jakieś widziała, ale tej nazwy pewnie nie umiałaby poprawnie wypowiedzieć, na pewno nie teraz, bo miała świadomość, że się najebała i język będzie jej się plątał.

- Wszystko mija, więc to pewnie też minie, kiedyś, pożyjemy zobaczymy, chuj jeden wie. - Nie nastawiała się jakoś specjalnie na to, że szybko pozbędzie się tego złamanego serca, że uda jej się odbudować jakiekolwiek zaufanie, że ruszy dalej. Na pewno miała zamiar spróbować, ale to uczucie pustki nie dawało jej spokoju i pewnie szybko nie da.

- Nie dałabym Ci w mordę na łóżu śmierci, to żadna przyjemność. - Starała się wierzyć w to co mówił, brzmiał jak ktoś, kto znał się na rzeczy, na pewno jego doświadczenie w podobnych sytuacjach było zdecydowanie większe od tego jej. Kiwała więc przez cały ten czas twierdząco głową, rozumiała do czego zmierzał, naprawdę, chociaż jeszcze chyba nie umiała sobie tego wyobrazić.

- Może próbować wrócić, ale będzie na to zbyt późno, nie po tym co zrobił. - Tak, może chciałaby usłyszeć od niego jakiekolwiek wyjaśnienia, ale aktualnie była na niego naprawdę wkurwiona i chyba nie chciała więcej widzieć go gdzieś obok siebie. Zachował się jak ostatni dzban, co do czego nie mieli wątpliwości, Corio wydawał się też z nią zgadzać. Zresztą, jakim musiał być chujem, że jeszcze go nie odwiedził. Już nawet była w stanie zrozumieć to, że ją porzucił, że nie chciał kontynuować ich relacji, ale że zostawił przyjaciela? To jak dla niej świadczyło o tym, że do reszy go popierdoliło. To on powinien tutaj z nim siedzieć, dawać mu swoje wsparcie, a zapadł się pod ziemią, zostawił i jego, chyba w najbardziej chujowej sytuacji z możliwych.

- Zresztą nie jestem taka pewna, że w ogóle spróbuje, nie miał nawet odwagi powiedzieć mi w twarz, że mu się znudziłam, rozumiesz? Zostawił jebaną kartkę i zniknął. - Chyba jeszcze się z nim tym nie podzieliła. Niech wie, jakim tchórzem był jego przyjaciel, tak nie zamierzała pozostawić na swoim byłym suchej nitki, skoro już miała możliwość, to dzieliła się swoimi gorzkimi żalami.

- Nie mam pojęcia, co takiego się wydarzyło, że się tutaj nie pojawił, i ty i ja wiemy, że to on tu powinien być, nie ja. - Cóż, skoro już po nim jechali, to mogli to robić dalej, Ambroise okazał się być bardzo zjebanym chłopakiem i przyjacielem. Nie sądziła, że ktoś może zachować się w tej sytuacji gorzej od niej, a jak widać mieli innego zwycięzcę w byciu najbardziej chujowym przyjacielem.

Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#14
26.01.2025, 13:22  ✶  

Spojrzał na nią, znając jej intencje, ale w jego duszy panowała ciemność, która nie chciała ustąpić. Z perspektywy zewnętrznej jego życie wydawało się poukładane. Mieszkanie lśniło czystością, a on sam wyglądał jak człowiek, który zdołał się pozbierać, ale to była iluzja. Skrzat domowy dbał o porządek, podczas gdy Cornelius topniał w morzu swoich myśli. Eliksiry, które zażywał, nie dawały ulgi, a jedynie pozwalały mu na chwilę zapomnieć o tym, co stracił. Wiedział, że nie da się cofnąć czasu ani wymazać wspomnień, które teraz były jak odrażające plamy na jego duszy, ich nowa rzeczywistość przypominała grę w szachy czarodziejów, gdzie każdy ruch miał swoje konsekwencje, tyle tylko, że zamiast pionków, tracili ludzi. Nie mogli przerwać tej rozgrywki, jedynie mogli próbować ją przetrwać, ale to ktoś inny miał ostatni, decydujący ruch w przebiegu gry. Słowa, które padały z jej ust, były jedynie marną próbą dotknięcia tego, co stało się nieosiągalne. Skąd w niej ta naiwna wiara? To były rany, które nigdy się nie zasklepią, a ich ból przerodził się w coś znacznie gorszego, w zgniliznę, która przenikała i ją i jego od środka, przecież widział.

Ironia, w przeciwieństwie do Geraldine, Corio był lekarzem, znał anatomię, wiedział, co kryło się pod skórą, ale nie potrafił zastosować tej wiedzy na sobie, żeby zatrzymać rozkład. Cornelius czuł, jak gnijąca prawda przenikała jego myśli. Nie tylko ciało umierało, dusza również ulegała rozkładowi. Każde wspomnienie o Amandzie było jak krew kapająca na podłogę, nieodwracalne, nie do zatrzymania. I choć Geraldine stała obok, a ich rozmowa powoli toczyła się w stronę kolejnych fraz, próbowali dać sobie spokój, on wiedział, że nikt nie zrozumie tej otchłani, w którą wpadł. Zgnilizna była jego nową rzeczywistością, a on stał się jej więźniem.


•••

Nie mógł się powstrzymać od ironicznego uśmiechu. Większe doświadczenie? Cóż z tego, że był dwukrotnie żonaty? Przez to miał jedynie więcej ran i blizn, które nigdy się nie zagoją. Po  Amandzie zostały mu jedynie wspomnienia, piękne, ale bolesne. Cornelius parsknął w myślach. Co to znaczy? Dwie żony, dwie różne historie, obie pełne miłości, a jednak teraz, w obliczu straty, nie czuł się wcale bardziej kompetentny w sprawach sercowych. Wspomnienia o żonie wciąż były żywe, a ich miłość była głęboka i szczera. Teraz, w obliczu utraty, Corio czuł, że jego serce wciąż nosiło jej ślad, a każde wspomnienie sprawiało, że ból był jeszcze intensywniejszy. Myśl o tym, że Ambroise, jego przyjaciel, mógłby być szczęśliwy z Geraldine, a jednocześnie porzucił obietnice i przywiązanie, które wydawały się tak solidne, tylko potęgowała jego frustrację.

Kutass... Po cholerę ciągnęli ten temat? Jego najlepszy przyjaciel, który przez lata gardził stałymi związkami, w końcu znalazł kogoś, w kim się zakochał. Geraldine. I chociaż Cornelius kiedyś myślał, że ich związek to coś trwałego, teraz dostrzegał tylko hipokryzję w tym, jak szybko Ambroise odwrócił się od wszystkiego, co znał. Jak mógł tak łatwo porzucić miłość, którą obiecał pielęgnować, tak samo jak wieloletnią przyjaźń i braterstwo? Jak mógł po prostu odejść, zostawiając Corneliusa i Geraldine w tej pułapce, w której utknęli? Długie rozmowy z Ambroisem, w których ten wyznawał, jak bardzo zakochany był w Geraldine, wydawały się teraz tylko pustymi słowami.

Cornelius nie potrafił tego zrozumieć, a nawet nie chciał, bo wydawało mu się, że miłość to nie tylko uczucie, ale także zobowiązanie, a on zawsze był stały w uczuciach. W tym momencie, z Geraldine naprzeciwko, czuł się jak starzejący się mężczyzna, który stracił wiarę we wszystko. Trzydzieści dwa lata. Wzdechnął głośno, a jego myśli powróciły do czasu, kiedy był szczęśliwy, kochał i był kochany, teraz czuł tylko pustkę. Nie chciał jej tego mówić, powtarzać się, ale wiedział, że ich rozmowy nigdy nie będą tak proste, jak dawniej.

W myślach wracał do momentu, kiedy po raz pierwszy stanął na ślubnym kobiercu, pełen nadziei i marzeń, które w końcu okazały się jedynie iluzją. Dwie żony. Dwie miłości, które nie przetrwały próby śmierci. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego Ambroise, który był gotów skoczyć w ogień za Geraldine, nagle zniknął, zamiast dbać o to, co mu zostało, skoro nadal miał szansę. Dlaczego w obliczu tego, co się stało, jego przyjaciel zdecydował się na ucieczkę? A może to on, Cornelius, był tym, który nie potrafił dostrzec prawdy?

- Wiesz... - Zaczął. - Nawet największe doświadczenie w związkach nie przygotowuje na stratę, która może wywrócić całe życie do góry nogami. - Kontynuował, ale słowa ugrzęzły mu w gardle, nie chciał być tym, który narzekał, nie chciał obarczać Geraldine swoim żalem. Zamiast tego posłał jej wymuszone uśmiech i westchnął. - Może nie ma sensu mówić o związkach, skoro i tak nic już nie ma znaczenia. - Być może jego doświadczenie w związkach nie było niczym więcej, jak tylko serią porażek, które nauczyły go, że miłość była złudzeniem, które zawsze kończyło się bólem.

Lestrange, z ciężarem żalu w sercu, spojrzał na Geraldine, a w jego oczach czaiła się melancholia, gdy przypomniał sobie, jak wiele razy widział ją w towarzystwie jego żony, ich wspólne śmiechy i radości. Teraz, gdy ten mały świat legł w gruzach, musiał zmierzyć się z tym, że nie tylko on poniósł stratę, nawet, jeśli wiele razy czuł się osamotniony w swojej żałobie, i z tym jak trudne było dla niego odnalezienie się w świecie, który nagle stał się obcy. Nadal czuł się zagubiony.

- Wiem, że to, co mówisz, ma sens. Też czuję, jakby wszystko, co znałem, rozpłynęło się w powietrzu. Trudno jest zrozumieć, jak bardzo można się zagubić, nawet wśród ludzi, którzy kiedyś byli tak blisko, zanim się nie pogubi. - Odpowiedział, starając się nadać swojemu głosowi ton wsparcia, niestety, pauza, która nastała, była pełna niewypowiedzianych słów. Nie wszystkie były dobre. - Wyjazd z kraju… Może ten wyjazd pozwoli ci na nowo poczuć wolność, poczuć, że nadal jesteś częścią tego świata, to może być dla ciebie sposób na odetchnięcie, ale pamiętaj, że nie musisz stawiać wszystkiego na jedną kartę, wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. - Cornelius spojrzał na Geraldine, a w jego oczach pojawił się cień smutku, który nigdy do końca nie znikał.


•••

A potem się nawalił...


•••

Cornelius spojrzał na Geraldine z lekkim zmieszaniem, jego myśli wciąż krążyły wokół Amandy, żałoba była ciężkim brzemieniem, a rozmowy o przeszłości wciąż bolały jak otwarte rany. Kiedy stwierdziła, że nie czuła się zawiedziona, poczuł, jakby zrzuciła z niego część odpowiedzialności, która go obciążała.

- Wiesz, Geraldine. - Powiedział, mrużąc oczy na dym unoszący się w powietrzu. Skrzywił się na widok tandetnego produktu, marnej jakości towar, ale potrzebował chwili oddechu, w której mógłby oderwać się od myśli o stracie. Wziął papierosa z papierośnicy, czując, jak jego palce drżały lekko pod wpływem alkoholu. Zmrużył oczy, gdy włożył go do ust i podpalił, bo smak był okropny, ale zaciągnął się dymem, w tej chwili wszystko wydawało się być odległe, a on tego potrzebował. - Czasami... Odchrzaknął. - Czuję się, jakbym mógł coś zrobić, zmienić bieg wydarzeń, nie wiem, może to głupie, ale tak mi się wydaje. Może powinienem był bardziej się zaangażować, ostrzec cię wcześniej. Może wtedy nie musiałabyś przechodzić przez to wszystko. Nie chciałem, żebyś cierpiała. Nie chciałem być kolejnym dupkiem w twoim życiu. - Spojrzał na Yaxley, zaciągając się dymem z papierosa, którego jakość przyprawiała go o lekki grymas. Właściwie to nie obchodziło go, że był fatalny, w chwili takiej jak ta, liczyło się tylko to, że pozwalał mu na chwilowe oderwanie od rzeczywistości. Wciągnął dym, który podrażniał jego płuca, ale jednocześnie przynosił mu pewną ulgę. Zaciągnął się papierosem, czując, jak nikotyna wypełniała jego płuca, choć jakość tytoniu była żałosna. Nie chciał tego przyznać, ale o wiele bardziej szukał teraz wybaczenia dla siebie niż usprawiedliwienia dla innych.

- Wiesz, te papierosy to straszna tandeta. Powinnaś przestawić się na coś lepszego, coś z klasą. Nie zasługujesz na te tanie gówno. - Dodał, zerkając na papierośnicę, którą mu podała. - Roise to… No, dupek. - Uśmiechnął się gorzko, spoglądając na kobietę. Zaciągnął się ponownie, starając się znaleźć w tym wszystkim sens, ale im dłużej o tym myślał, tym bardziej chaotyczne stawały się jego myśli. Przypomniał sobie Amandę, jak uśmiechała się do niego, jak bezwarunkowo kochała ich syna. - Nie zasługuje na twoje myśli ani na twoje wspomnienia. Powinnaś wyrzucić te papierosy do kosza, ogarnąć sobie coś lepszego. Zasługujesz na lepsze rzeczy. Na lepsze papierosy, lepsze życie. Wyrzuć to gówno do kosza, jeśli chcesz palić, to przynajmniej rób to ze stylem. - Obrócił papieros w palcach, spojrzał na jego taniość i zniechęcenie zagościło w jego oczach. - Wiesz, że to gówno, które teraz palimy, nie ma żadnego sensu. Zasługujesz na coś, co naprawdę smakuje. Wiesz, co mówię? Wydaje mi się, że powinnaś znaleźć coś lepszego. Coś, co nie będzie ci przypominać o tych wszystkich pierdolonych rzeczach. - Zaciągnął się papierosem jeszcze raz, a potem spojrzał w jej oczy, skrzywił się na myśl o fatalnej jakości tytoniu, który teraz trzymał w palcach. Nie mógł się powstrzymać przed westchnieniem, gdy przypomniał sobie, jak Amanda zawsze wybierała tylko te najlepsze marki.


•••

Cornelius opierał się o ławę, jego wzrok był rozmyty, a myśli krążyły jak oszalałe. Geraldine mówiła, a on tylko kiwał głową, czując, jak gniew pulsuje w jego żyłach, z trudem przyswajając słowa Geraldine, poczuł, jak gniew i ból mieszają się w jego umyśle. Patrzył na nią, widząc, jak jej oczy błyszczą od emocji i goryczy. Dobrze wiedział, co czuła, bo sam przeżywał coś podobnego, utratę, żałobę, tęsknotę. Ale tym razem nie dotyczyło to tylko jego.

- Geraldine, przestań. - Powiedział, opierając głowę na dłoniach. - Naprawdę nie sądzę, żeby on cię porzucił, bo mu się znudziłaś. To nie ma sensu. Widziałem, jak wygląda ktoś, kto traci zainteresowanie. Zobaczyłem, jak to wygląda, kiedy się kimś znudził, i przyrzekam ci, to nie był ten przypadek. - Zamknął oczy, próbując zebrać myśli, choć alkohol przeszkadzał mu w jasnym myśleniu. - Wiesz, ja go dobrze znam. - Zaczął gestykulować, zdenerwowany, a whisky w szklance lekko się przechyliła.

- Nie ma chuja, że się tobą znudził. Wiesz, co widziałem? Widziałem, jak się zachowywał, gdy był z tobą. Poznałem go na tyle, żeby wiedzieć, że on naprawdę cię kochał.  Coś musiało się wydarzyć, bo ten facet nigdy by nie odszedł od kogoś, kogo kochał. To nie jest w jego stylu, ale nie mów mi, że to dlatego, że mu się znudziłaś.

Głos Corio był nieco chropowaty od alkoholu, ale Lestrange starał się być stanowczy.

- Wiesz, że znam Roise'a już dwadzieścia jeden lat? To tyle, ile legalne picie w Stanach, wiesz? A my zaczęliśmy chlać razem od trzynastego roku życia, bo ja miałem talent do podrabiania dokumentów. Już w pociągu, zanim jeszcze dotarliśmy do zamku, wymienialiśmy się spojrzeniami pełnymi nienawiści. On siedział naprzeciwko mnie, z tą swoją przekorną miną, zasrany bufon, a ja nie mogłem się powstrzymać od rzucania w niego wszystkim, co miałem pod ręką. A potem, na ceremonii przydziału, kiedy okazało się, że obaj trafiliśmy do tego samego domu, myślałem, że oszaleję, ja pierdolę, jakby los chciał nas jeszcze bardziej wkurzyć. Mieliśmy wspólny pokój, więc musieliśmy znosić siebie nawzajem, a to była prawdziwa męka. Na początku to się nienawidziliśmy, wszędzie, gdzie poszliśmy, musieliśmy sobie udowadniać, kto jest lepszy. Napierdalanki były na porządku dziennym, nie ma co ukrywać. Zawsze mieliśmy swoje zatargi, a ja miałem ochotę mu przyłożyć, bo był takim pierdolonym dupkiem. W tym pieprzonym dormitorium zaczęło się prawdziwe piekło. Tłukliśmy się jak dwa byki. Nie mogłem na niego patrzeć, a on na mnie. Wiesz, że raz nawet złamałem mu nos? On mi zmiażdżył rzepkę. Pamiętam, jak jeden raz, po jednej z takich bójek, leżeliśmy na trawie, obaj z rozciętymi wargami, a on mi powiedział, że zmienił zdanie. Wydawało mi się, że to jest naprawdę magiczna chwila, teraz nastąpi trzeci wymiar zgody, więc ja go pytam „o czym?”, a on mi na to. - Zawiesił głos, nachylając się nieco w stronę Geraldine, gdy chciał, aby te słowa dotarły do niej w pełni. - „Nie jesteś chujem, tylko pizdą, Lestrange.” Czasami myślałem, że to nigdy się nie skończy, a przynajmniej że nie wyjdziemy z tego z życiem, ale z czasem, wiesz, coś się zmieniło. Jakoś tak się zaprzyjaźniliśmy, w pewnym momencie, z dnia na dzień, przestaliśmy się bić. Nadal rywalizowaliśmy, to prawda, ale ta nienawiść gdzieś zniknęła. Nie wiem, jak to się stało, ale może to była magia Hogwartu, a może po prostu dorastaliśmy. Zresztą, spędziliśmy razem tyle czasu, że trudno było nie zbliżyć się do siebie. To były czasy, kiedy nie myśleliśmy o konsekwencjach. Od tamtej pory trzymaliśmy się razem jak bracia. Ratowałem mu dupę, zanim w końcu zaczął się ogarniać przy tobie. Chociaż teraz, muszę przyznać, że nie jestem pewien, czy to wciąż przyjaźń, czy może coś zupełnie innego. Nigdy nie myślałem, że to wszystko się tak potoczy. Piję za dużo, Geraldine, ale musisz wiedzieć, że kiedy zaczęliśmy się przyjaźnić, to ja podrabiałem wszystkie nasze papiery. Tak, wszystkie. Dzięki temu mogliśmy nie tylko na legalnych wagarach być w Hogsmeade, ale także latem zdarzyło nam się wypuścić za granicę. - Westchnął. - Pracowaliśmy razem na oddziale, przeżyliśmy ze sobą wszystkie najważniejsze momenty życia, kiedy brałem ślub z Amandą, myśleliśmy, że to tylko kwestia roku, może dwóch, zanim będziemy się bawić na twoim i jego ślubie. Wiesz, znałem Roise'a lepiej niż ktokolwiek inny. Byłem dla niego niezliczoną ilość razy na tych pieprzonych podziemnych ścieżkach. Bywało, że w nocy musiałem wylatywać z domu bez gaci, tylko w koszuli i w spodniach, i z rozciągniętymi skarpetkami żony na stopach. Takimi jasnoniebieskimi, wiesz, co to oznacza? Wiesz, co to znaczy, kiedy facet, który zawsze dba o swój wygląd, musi nagle wyglądać jak totalny idiota? To było tak absurdalne, że aż śmieszne, bo wiesz, zawsze się dobrze noszę. Zwłaszcza wtedy, kiedy w pięćdziesiątym dziewiątym, a potem w sześćdziesiątym siódmym... Pamiętam jedną historię… Ach, nie, nie powinienem o tym mówić. To było… To było naprawdę makabryczne. Pewnie nie chciałabyś tego słyszeć, ale wiesz, ile razy byłem tam z nim, na tych pieprzonych podziemnych ścieżkach? Nie zliczę, ale nie, nie powinienem o tym mówić. No, niech będzie, to nie jest temat na teraz. Dwadzieścia jeden lat przyjaźni, a teraz czuję się, jakbym nie znał go wcale. A teraz? Kurwa, nie wiem, co się odpierdoliło temu facetowi, że nagle zniknął, ale coś tu jest i czuję, że to nie jest koniec naszej historii, może to tylko kolejny rozdział, który musimy przejść, ale cholera, Geraldine, czuję, że to będzie trudne. Mogę się mylić, ale czuję, że coś się w nim zmieniło, i to nie jest tylko kwestia ciebie, Geraldine. Cholera, Geraldine, jestem zbyt nachlany, żeby to wszystko logicznie poukładać. Wiem tylko, że Roise był mi bliski przez te wszystkie lata, a teraz czuję, że coś się pomieszało, i chociaż jestem wściekły, nie mogę przestać myśleć o tym, co mogło pójść nie tak, i jestem pewien, że to wszystko nie ma sensu, ale musiałem ci to powiedzieć. - Znowu sięgnął po szklankę, ale tym razem postawił ją z powrotem na stole. Złość w nim narastała, a alkohol sprawiał, że jego słowa były bardziej bezpośrednie, mniej kontrolowane. - Powinien tu być, i nie zamierzam go bronić, niech spoerdala - Dodał, cicho, z gniewem w głosie. - Ale musisz wiedzieć, że to, co się wydarzyło, nie ma sensu. To nie ty byłaś powodem. - Sięgnął po szklankę i butelkę, rozlał kolejkę, i przez chwilę siedział na kanapie, ze szklanką whisky w ręku, jego oczy były lekko zamglone. Spojrzał na Geraldine i powiedział. - To, że się nie pojawił, to tylko jego cholerny problem. Ambroise jest chujowym przyjacielem, to fakt. Ale wiesz, że to nie znaczy, że nie kochał cię, prawda? Coś musiało się wydarzyć, coś, co sprawiło, że ten facet stracił rozum. To nie jest jakieś pierdolone usprawiedliwienie, ale wiesz, że to prawda. Musiał mieć powód, którego nie rozumiem, i pewnie nigdy nie zrozumiem, ale nie pozwól, żeby jego głupota zrujnowała to, co czułaś i twoje dobre wspomnienia. Nie zasługujesz na to. To wszystko jest do dupy, Geraldine, ale nie pozwól, by jego głupota wpłynęła na to, co myślisz o sobie. Nie jesteś winna jego wyborów. On powinien tu być, nie ty. Mamy do załatwienia sprawy, ale on w tej chwili jest po prostu głupim idiotą.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cornelius Lestrange (9967), Geraldine Greengrass-Yaxley (7584)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa