14.05.2025, 06:54 ✶
– O nie, tego nie zwalaj na mnie. Byłeś taki już, jak na siebie wpadliśmy – zaprotestowała, bo żadna siła na niebie i ziemi nie przekonałaby, że nie próbowałby się podnosić, gdyby jej nie było w pobliżu. Zupełnie zdrowy na umyśle to on nigdy nie był. Nie to, że tutaj trochę przyganiał kocioł garnkowi.
Co gorsza wcale nie była pewna, czy o tej próbie teleportacji nie mówił poważnie. A lekcje w Hogwarcie sugerowały, że teleportowanie się, kiedy miałeś połamane kości nogi i prawdopodobnie umierałeś z bólu, mogły skończyć się zgubieniem jakiejś części ciała. Niewykluczone, że faktycznie głowy.
– Nauczyłam się ich jakiś tydzień temu – mruknęła, trochę obronnym tonem. No, może półtora i nawet przez moment tej nocy myślała o zawołaniu do któregoś z Bulstrodów, ale zrezygnowała z tego: to nie był wieczór na pogaduszki, a tylko rozproszyłaby ich i siebie. – Świetnie. Nie Lupinowie, tylko Mung – zgodziła się, z ulgą, bo Atreus potrafił być cholernie uparty, a ona bardzo nie chciała stać tutaj i się z nim kłócić: i nawet powstrzymała cisnący się na usta komentarz, że może tam zdoła znaleźć jakiegoś Lupina, specjalnie dla niego Nie tylko dlatego, że mógł zrobić sobie krzywdę i że na to zwyczajnie nie miała teraz siły: przede wszystkim musiała jak najszybciej wrócić i pomóc przeszukiwać to gruzowisko. Nie skomentowała nawet ani słowem jego wzmianki o ręce, chociaż nie wierzyła, by ktoś w klinice miał teraz czas na zajmowanie się takimi obrażeniami, a ona zwyczajnie oszalałaby, gdyby przyszło jej tkwić tam kilka godzin, czekając na podanie eliksiru, skoro jeszcze nie było tak źle i niektóre miejsca wciąż płonęły…
Na samą myśl o ogniu coś skręciło się w niej boleśnie, a gdy dym, powoli już ulatniający się, znów zawiał w ich kierunku, ponownie przyniósł ze sobą dziwny głos, teraz już cichszy, ledwo słyszalny, ale odbijający się echem w głowie. Spłoniecie, zginiecie w ogniu…
Może to jej, nie jemu, do reszty odbiło tej nocy.
– Zabieram go do kliniki! – zawołała do najbliższego pracownika, podtrzymując Atreusa tak, by jak najmniej musiał obciążać złamaną nogę, zanim oboje opuścili pogorzelisko.
Co gorsza wcale nie była pewna, czy o tej próbie teleportacji nie mówił poważnie. A lekcje w Hogwarcie sugerowały, że teleportowanie się, kiedy miałeś połamane kości nogi i prawdopodobnie umierałeś z bólu, mogły skończyć się zgubieniem jakiejś części ciała. Niewykluczone, że faktycznie głowy.
– Nauczyłam się ich jakiś tydzień temu – mruknęła, trochę obronnym tonem. No, może półtora i nawet przez moment tej nocy myślała o zawołaniu do któregoś z Bulstrodów, ale zrezygnowała z tego: to nie był wieczór na pogaduszki, a tylko rozproszyłaby ich i siebie. – Świetnie. Nie Lupinowie, tylko Mung – zgodziła się, z ulgą, bo Atreus potrafił być cholernie uparty, a ona bardzo nie chciała stać tutaj i się z nim kłócić: i nawet powstrzymała cisnący się na usta komentarz, że może tam zdoła znaleźć jakiegoś Lupina, specjalnie dla niego Nie tylko dlatego, że mógł zrobić sobie krzywdę i że na to zwyczajnie nie miała teraz siły: przede wszystkim musiała jak najszybciej wrócić i pomóc przeszukiwać to gruzowisko. Nie skomentowała nawet ani słowem jego wzmianki o ręce, chociaż nie wierzyła, by ktoś w klinice miał teraz czas na zajmowanie się takimi obrażeniami, a ona zwyczajnie oszalałaby, gdyby przyszło jej tkwić tam kilka godzin, czekając na podanie eliksiru, skoro jeszcze nie było tak źle i niektóre miejsca wciąż płonęły…
Na samą myśl o ogniu coś skręciło się w niej boleśnie, a gdy dym, powoli już ulatniający się, znów zawiał w ich kierunku, ponownie przyniósł ze sobą dziwny głos, teraz już cichszy, ledwo słyszalny, ale odbijający się echem w głowie. Spłoniecie, zginiecie w ogniu…
Może to jej, nie jemu, do reszty odbiło tej nocy.
– Zabieram go do kliniki! – zawołała do najbliższego pracownika, podtrzymując Atreusa tak, by jak najmniej musiał obciążać złamaną nogę, zanim oboje opuścili pogorzelisko.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.