A teraz kominek przestał być opcją.
Sieć została przerwana.
Zapłonęła - och ten język, ileż płomieni jeszcze miało sięgnąć wszystkich i wszystko tej przeklętej nocy? - w nim potrzeba podjęcia decyzji i działania. Zawsze w bezpieczne miejsce mógł ich teleportować Thomas, choć jak na lekarstwo jego przyszłego szwagra nie było teraz w domu - przynajmniej na tyle na ile zdążył zauważyć.
Pozostawił magiczne kwiaty przy kominku, odwrócił się i przeszedł te kilka metrów by powrócić do przytulających się Nory i Mabel, intuicyjnie również obejmując kobiety swojego życia w jak na razie tylko metaforycznym niedźwiedzim uścisku.
– Udało mi się powstrzymać atak klątwy, musiałem odejść bo bałem się, że dzika magia zrobi Wam krzywdę. – Powiedział całując Norę w czubek głowy i pocierając pocieszająco plecy dziewczynki. Gdzieś pomiędzy całą trójką był również kot, ale Samuel nie chciał pchać ku niemu dłoni, wiedząc, że temu najlepiej w pieszczocie od własnej pani z którą był połączony magiczną więzią.
Samuel nieświadomy myśli, które zajmowały głowę Nory, nieświadomy jej determinacji wynikającej z przekonań, przyjacielskich więzi i poczucia obowiązku wobec mieszkańców Londynu, podjął dalej.
– Poszedłem też sprawdzić sieć Fiu, żeby otworzyć nam drogę ucieczki. Jeśli Londyn płonie, nie możemy tu zostać. Kocham Was i nie mogę dopuścić do tego, żeby stała się Wam krzywda, ale... – głos tylko na moment uwiązł mu w gardle. – Odkryłem właśnie, że kominek przestał działać. Pożar musiał zerwać sieć, albo... albo coś innego. – Nie był pewien. Chaos przypominał mu opowieści związane z Beltane, które on sam... przespał w rowie, ale były to historie zatrważające, które miał okazję słuchać u babci swojej narzeczonej Lizzy, kiedy przez moment pełnił u niej pracę lokalnego wykidajło. Niepozorna robota, bo w sumie był długi i patykowaty, ale skrywał w sobie siłę niedźwiedzia zahartowaną latami w lesie i bardzo dużą ilością fizycznej pracy, do której magowie nie byli nawykli. – Znajdziemy inny sposób, Thomas pewnie za chwile się zjawi. – dodał, po czym spojrzał w soczyste zielenią oczy swojej ukochanej z której mógł wyczytać wszystko.
I już wiedział, że nigdzie stąd nie pójdą.
Powoli odetchnął i na moment odwrócił wzrok od rodziny, którą cały czas przytulał do siebie. Rozejrzał się po kawiarni, w którą Nora włożyła tyle serca, na której zabezpieczenia i udogodnienia wydawała swoje ciężko zarobione pieniądze, która - poza oczywiście Mabel - była jej najdroższym skarbem, słodkim pączkiem w koronie magicznego Londynu. Bez trudu wspomniał ich rozmowy, których wciąż mu było mało na temat kolejnych planów rozbudowy, możliwości i ograniczeń z którymi musiała się mierzyć jako właścicielka tego interesu. Wspominał też jej zaciśnięte usta, gdy zająkiwał się, że może więcej czasu spędzaliby po drugiej stronie kominka w Dolinie. Może powinien twardo postawić sprawę, może powinien walnąć pięścią w stół i zacząć przedstawiać jej ultimatum, ale nie był tego typu człowiekiem. Zamiast tego podjął staż u pana Ollivandera, który zakład miał w sąsiedztwie, zamiast tego dokładał wszelkich starań, by stać się częścią jej życia, a nie wyrywać słodki kwiat z korzeniami i liczyć na to, że przyjmie się na choć przyjaznej to jednak obcej ziemi.
– Teraz, kiedy atak klątwy żywiołów przeminął, przez jakiś czas mamy spokój. Kiedy poczuję, że znów emocji jest za dużo, pobiegnę na zaplecze. Nie zdziwcie się proszę, kiedy będę wybiegał, to nie dlatego, że nie chcę z Wami być. Moja klątwa może zrobić nam krzywdę zwłaszcza teraz. Zwłaszcza kiedy będziemy bronić naszego zamku. – Tu zwrócił się pokrzepiająco do Mabel, z jednej strony żałując, że ich zabawa nabrała tak realnych wymiarów, z drugiej ciesząc się, że tą opowieścią będzie można jakkolwiek uspokoić dziecięce serce. Nieco mocniej zacisnął palce, absolutnie nie po to, żeby zrobić krzywdę, ale by wiedziały, by czuły że jest obok i nigdzie nie zamierza znikać. Zaraz potem jednak znów je rozluźnił i rozmasował ich ciało. – Wiem, że zazwyczaj przemieniam małe rzeczy i swoje narzędzia, ale jestem naprawdę dobry w transmutacji. Mogę od ręki też ukształtować bardzo dużo wody, wiesz że właściwie cały czas sięgam po mistrzostwo w tej dziedzinie, odkąd dowiedziałem się jak uspokoić klątwę. – zwracał się bezpośrednio do Nory, chcąc w ten sposób podnieść ją na duchu. Zdawał się mówić "masz mój miecz", "masz mój topór". Nie strugał tylko kotków i ptaszków z drewna. W gruncie rzeczy Samuel był bardzo potężnym magiem, teraz dostępnym na jej rozkazy. W końcu był rycerzem, ale to ona była tu Królową.
Zabrał ręce z ich barków i sięgnął po różdżkę
– Mam propozycję. Mogę pójść na dach kamienicy i transmutować go tak, aby stał się niepalny, jako dodatkowe zabezpieczenie. Potem mogę przesunąć stoły, ułożyć meble jak będziesz chciała. Musimy przygotować się na pomoc dla tych co będą szukać tu schronienia. – Błękitne oczy znów przeniosły się na tłoczących się coraz bardziej przy witrynie gości. Przez szyby nie widać było, żeby wszystkie budynki stały w płomieniach, ale Samuel nie zamierzał poddawać w wątpliwość słów Nory, ani też dopytywać tego na jakiej podstawie w ogóle tak sądzi. Miasto było jej terenem i tak jak wierzył, że w przypadku Kniei ona ufałaby jego ocenie sytuacji, tak samo w Londynie on bezgranicznie ufał jej. – Chyba, że wolisz, żebym zrobił coś innego Nora? Wolisz, żebym został tu na dole? Możemy nabrać wody do kadzi i pociąć prześcieradła aby je nawilżyć. Ten dym zaraz będzie nie do zniesienia, tak robiliśmy podczas wypalanie pól w sezonie, kiedy w zmęczeniu tworzenie bąbli powietrza wokół głowy nie wychodziło.