Figgówna wpadła w wir pracy. Wiedziała, że nie może siedzieć bezczynnie, kiedy na zewnątrz działa się taka tragedia. Biegała między kuchnią, a główną salą, przynosząc ludziom to - czego potrzebowali. Co chwilę parzyła herbatę, napary uspokajające, przynosiła ciastka i inne słodkości, aby chociaż w ten drobny sposób pocieszyć ludzi. Nie za bardzo miała inny wybór. Wiedziała, że musi ich wesprzeć w tym trudnym dla nich czasie. Nie przejmowała się swoim samopoczuciem, bo ono było nieważne. Musiała działać. Tylko to się liczyło. Czuła, że jej przyjaciele mogą potrzebować miejsca, w którym będą mogli udzielić pomocy potrzebującym, jako, że cukiernia znajdowała się na Pokątnej, to nadawała się do tego idealnie.
Postanowiła więc się nieco bardziej przygotować na każdą ewentualność. Zebrała wszystkie koce, które miała w domu, poduszki, chciała, żeby Ci którzy się tutaj znajdą mieli chociaż odrobinę wygody. Miała przygotowane sporo wypieków - mogła więc ich nakarmić, oczywiście nie tworzyła kolejnych słodkości, bo nie miała na to teraz czasu.
Co chwilę podchodziła do ludzi, którzy zostali w cukierni, bo bali się wyjść na zewnątrz i pytała o to, czy czegoś nie potrzebują. Łapała się na tym, że zastanawiała się, jak miewają się jej najbliżsi, przyjaciele, ci którzy wybrali taką samą drogę jak ona - chcieli pomagać niewinnym. Zdawała sobie sprawę z tego, że większość z nich jest aktualnie na ulicach Londynu i walczy z pożarami, to wzbudzało w niej niepokój i lęk, obawiała się, że komuś z nich stanie się krzywda. Właśnie przez te myśli, wolała zajmować ręce parzeniem kolejnych porcji herbaty, i rozdawaniem ciastek. Wtedy przynajmniej nie dała się pochłaniać tym czarnym myślom.
Wszyscy Zakonnicy wiedzieli, gdzie znajduje się jej cukiernia, na pewno mieli świadomość tego, że przyjmie ich pod swoim dachem, gdy pojawi się taka potrzeba, musiała więc być gotowa na każdą ewentualność. Czekała, aż w końcu ktoś się tutaj pojawi.
Usłyszała dźwięk dzwonka, który zwiastował to, że ktoś wszedł do klubokawiarni. Uniosła głowę, żeby zobaczyć, czy przypadkiem nie postanowił ich nawiedzić ktoś z tej drugiej strony barykady, bo przecież nie mogła mieć pewności, że nie postanowią zniszczyć i tego miejsca, ale dostrzegła w progu Erika, co spowodowało, że postawiła dzbanek z herbatą na najbliższym stoliku i rzuciła się biegiem przed siebie. Ulżyło jej, okropnie jej ulżyło, gdy zobaczyła, że jest w jednym kawałku. Zależało jej na nim okropnie i na pewno nie zniosłaby myśli, że coś mu się stało. Figgówna przemknęła więc między stolikami i rzuciła się na swojego przyjaciela - zupełnie nie przejmując się tym, że był wysmarowany w popiele, musiała się do niego przytulić. - Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że Cię widzę. - Musiała mu to powiedzieć.