20.11.2025, 15:36 ✶
Brenna nie znała się na klątwach: miała może z nimi trochę doświadczeń, bo działanie kilku, także w teorii takich, które nie powinny już istnieć, przetestowała raz czy dwa (albo dziesięć) na własnej skórze, daleko jej jednak było do specjalistycznej wiedzy.
Na szczęście albo na nieszczęście, aby odgadnąć, że ktoś, kogo pokryły ciemne plamy, bełkocze zamiast mówić i nie bardzo jest w stanie chodzić o własnych siłach, i w dodatku znalazł się w miejscu niedawnego ataku czarnoksiężników, nie trzeba było być klątwołamaczem. Ledwo więc dostrzegła te podejrzane objawy, a teleportowała się z młodym Brygadzistą do Munga.
W poczekalni panował zwykły rozgardiasz sobotniego wieczoru: tu wpadło trzech panów, którzy podczas wieczoru kawalerskiego zabalowali za bardzo i rzucili na siebie jakieś dziwne zaklęcia, tam jakaś zielona na twarzy czarownica została skierowana na oddział zatruć eliksirami, matka usiłowała opanować piątkę dzieci, które przyprowadziła tu z katarkiem. Te „zwyczajne” przypadki od jakiegoś czasu były „urozmaicane” już znacznie mniej zwyczajnymi – ludźmi rannymi (jeśli mieli szczęście przeżyć) po atakach, do jakich coraz częściej dochodziło w Anglii. Albo przeklętymi, jak Robin.
Brenna zachwiała się po teleportacji i omal nie upadła, zataczając się pod ciężarem na wpół przytomnego chłopaka. Odzyskania równowagi nie ułatwiał fakt, że czwórka małych czarodziejów postanowiła zacząć bawić się w berka, a ich matka zajęła się wycieraniem nosa piątemu dziecku, i nie bardzo zwracała uwagę na to, co robią. Brenna klęła naprawdę rzadko… ale kiedy rozpędzony siedmiolatek wpadł na nią od tyłu, akurat gdy usiłowała zawlec Robina bliżej recepcjonistki, by poprosić o pomoc, miała ochotę puścić bardzo soczystą wiązankę. Zatoczyli się na ścianę, ona i półprzytomny Brygadzista, dzieciak zaś upadł na pupę i wybuchł głośnym płaczem.
Zazwyczaj bardzo lubiła dzieci, ale to był ten moment, gdy ciężko jej było wykrzesać z siebie choćby nić sympatii.
I w tym momencie dostrzegła anioła. Znaczy się, dostrzegła Sidonie, ale to była chwila, w której równie dobrze anioł mógłby zstąpić z nieba, a nie ucieszyłaby się na jego widok bardziej niż widząc uzdrowicielkę.
– Sidonie! – zawołała, kiedy Robin zaczął dosłownie przelewać się jej przez ręce. – BARDZO potrzebuję klątwołamacza!
Na szczęście albo na nieszczęście, aby odgadnąć, że ktoś, kogo pokryły ciemne plamy, bełkocze zamiast mówić i nie bardzo jest w stanie chodzić o własnych siłach, i w dodatku znalazł się w miejscu niedawnego ataku czarnoksiężników, nie trzeba było być klątwołamaczem. Ledwo więc dostrzegła te podejrzane objawy, a teleportowała się z młodym Brygadzistą do Munga.
W poczekalni panował zwykły rozgardiasz sobotniego wieczoru: tu wpadło trzech panów, którzy podczas wieczoru kawalerskiego zabalowali za bardzo i rzucili na siebie jakieś dziwne zaklęcia, tam jakaś zielona na twarzy czarownica została skierowana na oddział zatruć eliksirami, matka usiłowała opanować piątkę dzieci, które przyprowadziła tu z katarkiem. Te „zwyczajne” przypadki od jakiegoś czasu były „urozmaicane” już znacznie mniej zwyczajnymi – ludźmi rannymi (jeśli mieli szczęście przeżyć) po atakach, do jakich coraz częściej dochodziło w Anglii. Albo przeklętymi, jak Robin.
Brenna zachwiała się po teleportacji i omal nie upadła, zataczając się pod ciężarem na wpół przytomnego chłopaka. Odzyskania równowagi nie ułatwiał fakt, że czwórka małych czarodziejów postanowiła zacząć bawić się w berka, a ich matka zajęła się wycieraniem nosa piątemu dziecku, i nie bardzo zwracała uwagę na to, co robią. Brenna klęła naprawdę rzadko… ale kiedy rozpędzony siedmiolatek wpadł na nią od tyłu, akurat gdy usiłowała zawlec Robina bliżej recepcjonistki, by poprosić o pomoc, miała ochotę puścić bardzo soczystą wiązankę. Zatoczyli się na ścianę, ona i półprzytomny Brygadzista, dzieciak zaś upadł na pupę i wybuchł głośnym płaczem.
Zazwyczaj bardzo lubiła dzieci, ale to był ten moment, gdy ciężko jej było wykrzesać z siebie choćby nić sympatii.
I w tym momencie dostrzegła anioła. Znaczy się, dostrzegła Sidonie, ale to była chwila, w której równie dobrze anioł mógłby zstąpić z nieba, a nie ucieszyłaby się na jego widok bardziej niż widząc uzdrowicielkę.
– Sidonie! – zawołała, kiedy Robin zaczął dosłownie przelewać się jej przez ręce. – BARDZO potrzebuję klątwołamacza!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.