15.10.2025, 18:14 ✶
W ścianach przestała wić się ciemność, umilkły głosy, szepcące jej imię, i nawet wczoraj cały dzień Brenna nie miała żadnych zwidów. Budynek odklątwiono i wykonano całkiem sporą część niezbędnych prac remontowych. Ale to wszystko wcale nie sprawiało, że przebywanie w Warowni stało się proste. W jakiś sposób czuła się pozbawiona domu. Nie chciała się tak czuć, bardzo nie chciała, zwłaszcza, że to pokazywało, że śmierciożercy odnieśli cel na więcej niż jeden sposób, ale nic nie mogła na to poradzić. Nie mówiła o tym głośno – jakby nie było, pozostawała właścicielką dwóch nieruchomości, a wielu ludzi straciło wszystko – ale tkwiło to w niej niby drzazga. Bo nawet Księżycowy Staw był przecież kryjówką, miejscem, które musieli dostosować na potrzeby ludzi zaangażowanych w wojnę, i do którego nie każdego można zaprosić.
Z pewną ulgą przywitała więc pojawienie się Sama.
– Cześć! Jak się masz? Jadłeś już coś dzisiaj? Udało się póki co zabezpieczyć schody, i góra nie grozi zawaleniem, chociaż wchodzić trzeba ostrożnie, bo takie schody na stałe to pewnie ogarniemy na sam koniec – powiedziała, paplając po swojemu, chociaż zmierzyła go spojrzeniem, w którym czaiła się pewna czujność. Może nawet podszyta zmartwieniem. Jego życie w ostatnich miesiącach więcej niż raz legło w gruzach, a chociaż wierzyła, że miał w sobie dużo więcej siły niż sam podejrzewał, to czasem sama siła nie wystarczyła.
Może też niedelikatne było zabieranie go na górę, by ocenić, jak zabrać się do remontu dachu, i zamiast tego powinna posadzić go na kanapie i podsunąć kubek z herbatą. Ale… Sam lubił mieć zajęcie, a ona z kolei nie miała kanapy. I gdyby gdzieś usiedli i zaczęłaby go wypytywać, miała dziwne wrażenie, że mógłby tylko zamknąć się w sobie jeszcze mocniej – może przy okazji działania, gdy będzie miał zajęte ręce, pójdzie łatwiej?
– Obawiam się, że na wiele się nie przydam z samym rzemieślnictwem, ale w noszeniu materiałów i tak dalej powinnam być absolutnie świetna.
Z pewną ulgą przywitała więc pojawienie się Sama.
– Cześć! Jak się masz? Jadłeś już coś dzisiaj? Udało się póki co zabezpieczyć schody, i góra nie grozi zawaleniem, chociaż wchodzić trzeba ostrożnie, bo takie schody na stałe to pewnie ogarniemy na sam koniec – powiedziała, paplając po swojemu, chociaż zmierzyła go spojrzeniem, w którym czaiła się pewna czujność. Może nawet podszyta zmartwieniem. Jego życie w ostatnich miesiącach więcej niż raz legło w gruzach, a chociaż wierzyła, że miał w sobie dużo więcej siły niż sam podejrzewał, to czasem sama siła nie wystarczyła.
Może też niedelikatne było zabieranie go na górę, by ocenić, jak zabrać się do remontu dachu, i zamiast tego powinna posadzić go na kanapie i podsunąć kubek z herbatą. Ale… Sam lubił mieć zajęcie, a ona z kolei nie miała kanapy. I gdyby gdzieś usiedli i zaczęłaby go wypytywać, miała dziwne wrażenie, że mógłby tylko zamknąć się w sobie jeszcze mocniej – może przy okazji działania, gdy będzie miał zajęte ręce, pójdzie łatwiej?
– Obawiam się, że na wiele się nie przydam z samym rzemieślnictwem, ale w noszeniu materiałów i tak dalej powinnam być absolutnie świetna.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.