30.11.2025, 12:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.03.2026, 13:28 przez Brenna Longbottom.)
Brenna miała za sobą szczególnie długi dzień w pracy – pełen nerwów zarówno ze względu na to, ile było do zrobienia, jak i dlatego, że musiała spędzić sporo czasu w samej siedzibie biura, pierwszy raz od kilku dni. Zamknięta przestrzeń, wielu ludzi, i przez to towarzyszyła jej pewna nerwowość. Sztywniała i wstrzymywała oddech ilekroć kątem oka dostrzegała, że ktoś akurat odpalał papierosa.
Powtarzała sobie, że dzięki Phil wszystko będzie dobrze, ale wcale nie była tego pewna. Teraz jednak nie miała już specjalnie siły się przejmować: ani tym co działo się w pracy, ani co mogło się stać. Jedyne, czego pragnęła, to wyspać się.
Do łóżka w Księżycowym Stawie dotarła dopiero po północy, wyczerpana nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Nie była pewna, jak długo nie spała, i myśli mieszały się jej już na tyle, że nawet nie próbowała liczyć. I pewnie Brenna padłaby po prostu na posłanie, i zasnęła ledwo jej głowa dotknęłaby poduszki, gdyby nie to, że łóżko było…
…zajęte.
Igiełki niepokoju wbiły się gdzieś w kręgosłup, chociaż rozsądek podpowiadał, że tak naprawdę nie ma co się przejmować. To nie tak, że absolutnie nikt nie mógł postanowić, że położy się w jej łóżku. Może choćby Dora albo Millie chciała z nią pogadać, i zasnęła czekając? I gdyby Brenna była tego pewna, prawdopodobnie po prostu poszłaby spać na kanapę albo nawet zwinęła się z kocem i poduszką w miękkim fotelu, niedawno ustawionym w rogu pomieszczenia.
W Księżycowym Stawie jednak czasem nie wszystko było takie, jakie się wydawało. Równie dobrze w jej łóżku mógł położyć się jakiś ghul. Albo poltergeist wydostał się ze swojej „klatki” stroił żarty. Lub ktoś tutaj coś przyniósł i zostawił na posłaniu… chociaż nie miała pojęcia, po co nakrywałby to kołdrą.
Brenna zbliżyła się więc do łóżka i ostrożnie sięgnęła, by złapać róg kołdry. Nie zamierzała jej zdzierać z tego, kto postanowił przespać się w jej łóżku: jedynie odchylić lekko okrycie, aby zobaczyć, kto się tutaj umościł.
W półmroku, panującym w pokoju, rozświetlanym tylko przez nikły blask księżyca, wpadający przez szybę, zobaczyła znajomą twarz.
Ale nie był to nikt z rodziny ani z członków Zakonu, żaden przyjaciel, który miałby prawo ot tak skorzystać z jej łóżka. To była twarz człowieka, który usiłował zabić Victorię. Twarz mężczyzny, który napadł w snach na Laurenta. Twarz mordercy, który polował na nią w snach. O którym napisała wiele raportów, którego pojawienia się próbowała śledzić, o którym wiedziała, że wdarł się też do koszmarów Stelli Avery, że skrzywdził także Norę Figg.
I uśmiechał się.
Rozpoznałaby tę bladą twarz, o rysach dziwnych, jakby niewyraźnych, niedopracowanych, nieludzkichna końcu świata i w ciemnościach najmroczniejszej nocy.
Powinna sięgnąć po różdżkę. Powinna go zaatakować, jeżeli nie magią, to brutalną siłą: szkolono ją do tego od dzieciństwa, a przecież jego... jego chyba chciałaby skrzywdzić, bo on krzywdził innych, raz za razem. Powinna zrobić cokolwiek, bo chociaż ludzie często zamierają w chwilach zagrożenia, ona zawsze w takich momentach po prostu działała. Ale… zastygła, jakby ktoś rzucił na nią zaklęcie unieruchamiające. Nie była w stanie nawet drgnąć. Mężczyzna ze snów zaś nie zareagował dużo szybciej niż Brenna: zerwał się z materaca i przeczołgał ku niej. Było coś dziwnego w jego ruchach, nienaturalnie szybkich i mało ludzkich, jakby jego kończyny zginały się w sposób, który nie powinien być dostępny dla przeciętnej osoby – i umysł Brenny odnotował to nawet w tej sekundzie grozy. Sekundzie, bo mniej więcej tyle czasu zajęło od chwili, gdy Brenna uniosła kołdrę, a on na nią skoczył, obalając ją impetem uderzenia.
Poleciała w tył, równie bezbronna jak w tych wszystkich innych snach, gdy atakował ją raz za razem, z jej ust wydobył się krzyk i…
*
…uderzyła o podłogę.
Brenna poderwała się niemal natychmiast, próbując sięgnąć po różdżkę, ale dłoń nie napotkała ani na tę, ani na kieszeń. Nic dziwnego, bo nie miała na sobie szaty, lecz piżamę. Schwyciła różdżkę ze stolika nocnego, ale nie było nikogo, w kogo mogłaby rzucić jakieś zaklęcie.
– Lumos – powiedziała, unosząc różdżkę i z paniką rozglądając się po pomieszczeniu.
Było puste. Nikogo poza nim.
Oświetliła łóżko – pościel była splątana i wygnieciona, jakby ktoś długo się w niej rzucał, ale… to wszystko. Ani śladu po tym, by leżał tu jakiś mężczyzna. Brenna uniosła spojrzenie ku oknu: zamknięte.
To był tylko sen, pomyślała, ale wiedziona tą trudną do zrozumienia paniką, przykucnęła i zajrzała pod łóżko. A potem otworzyła szafę i upewniła się, że nikt nie siedzi w niej. A gdy jej umysł wreszcie zaczął pracować tak, jak powinien, wypadła na korytarz i ostrożnie uchyliła drzwi do sąsiedniego pokoju, na co normalnie by sobie nie pozwoliła… Ale musiała się upewnić, że nikt nie został zaatakowany… Wyglądało jednak na to, że wszystko w porządku.
Brenna długo stała przy tych drzwiach, jakby oczekiwała, że zobaczy, że coś jest nie w porządku, ale mężczyzny ze snu nie było. Zerknęła na zegarek i przekonała się, że minęła piąta, więc… to na pewno musiał być sen, prawda? Dotarła po północy i… nie, to nie mogło wydarzyć się naprawdę, skoro obudziła się pięć godzin, później?
Cofnęła się w końcu, by zacząć obchód całego domu. Zaglądała cicho do wszystkich pomieszczeń, oświetlała schowki, chociaż rozsądek podpowiadał, że to tylko sen, zły sen, bo skąd ten człowiek miałby znać ten adres? Zamieniła się na wszelki wypadek w wilka i w zwierzęcej postaci przechodziła korytarzami, węsząc – były jednak tylko znajome zapachy, Millie, Thomas, Basilius, Dora, parę starszych po niedawnych wizytach, a przejmujące zimno, które na chwilę ją zmroziło w pobliżu pokoju dawnego pana domu, pewnie stanowiło oznakę obecności ducha.
Szkoda, że on się nie objawił. Mogłaby go zapytać, czy kogoś widział. Nie żeby było prawdopodobne, że duch jej odpowie...
Krążyła tak długo, bo posiadłość Juliusów była całkiem spora i pełna zakamarków. Sprawdziła ukryty pokój za obrazem, wszystkie szafy, upewniła się, że zamki są pozamykane, że żadne z okien na parterze nie zostało otwarte. Jeszcze raz poszła do sypialni Estelli - swojej sypialni - i węszyła tam przez chwilę, ale w pomieszczeniu unosił sie wyłącznie jej zapach. Zajrzała nawet na strych, gdzie rozbijał się jednak tylko poltergeist, i sprawdziła piwnicę, w której kiedyś mieszkała ghulka, ale teraz świeciła pustkami. Wreszcie znów w wilczej postaci wybiegła i na zewnątrz, by węszyć w ogrodzie, częściowo spalonym, sprawdzić zniszczoną szklarnię, a potem, tak na wszelki wypadek, pobiegła ścieżką, wiodącą do pobliskiego jeziora.
!Trauma Ognia
+ dodaję rzut na percepcję na węszenie
Powtarzała sobie, że dzięki Phil wszystko będzie dobrze, ale wcale nie była tego pewna. Teraz jednak nie miała już specjalnie siły się przejmować: ani tym co działo się w pracy, ani co mogło się stać. Jedyne, czego pragnęła, to wyspać się.
Do łóżka w Księżycowym Stawie dotarła dopiero po północy, wyczerpana nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Nie była pewna, jak długo nie spała, i myśli mieszały się jej już na tyle, że nawet nie próbowała liczyć. I pewnie Brenna padłaby po prostu na posłanie, i zasnęła ledwo jej głowa dotknęłaby poduszki, gdyby nie to, że łóżko było…
…zajęte.
Igiełki niepokoju wbiły się gdzieś w kręgosłup, chociaż rozsądek podpowiadał, że tak naprawdę nie ma co się przejmować. To nie tak, że absolutnie nikt nie mógł postanowić, że położy się w jej łóżku. Może choćby Dora albo Millie chciała z nią pogadać, i zasnęła czekając? I gdyby Brenna była tego pewna, prawdopodobnie po prostu poszłaby spać na kanapę albo nawet zwinęła się z kocem i poduszką w miękkim fotelu, niedawno ustawionym w rogu pomieszczenia.
W Księżycowym Stawie jednak czasem nie wszystko było takie, jakie się wydawało. Równie dobrze w jej łóżku mógł położyć się jakiś ghul. Albo poltergeist wydostał się ze swojej „klatki” stroił żarty. Lub ktoś tutaj coś przyniósł i zostawił na posłaniu… chociaż nie miała pojęcia, po co nakrywałby to kołdrą.
Brenna zbliżyła się więc do łóżka i ostrożnie sięgnęła, by złapać róg kołdry. Nie zamierzała jej zdzierać z tego, kto postanowił przespać się w jej łóżku: jedynie odchylić lekko okrycie, aby zobaczyć, kto się tutaj umościł.
W półmroku, panującym w pokoju, rozświetlanym tylko przez nikły blask księżyca, wpadający przez szybę, zobaczyła znajomą twarz.
Ale nie był to nikt z rodziny ani z członków Zakonu, żaden przyjaciel, który miałby prawo ot tak skorzystać z jej łóżka. To była twarz człowieka, który usiłował zabić Victorię. Twarz mężczyzny, który napadł w snach na Laurenta. Twarz mordercy, który polował na nią w snach. O którym napisała wiele raportów, którego pojawienia się próbowała śledzić, o którym wiedziała, że wdarł się też do koszmarów Stelli Avery, że skrzywdził także Norę Figg.
I uśmiechał się.
Rozpoznałaby tę bladą twarz, o rysach dziwnych, jakby niewyraźnych, niedopracowanych, nieludzkichna końcu świata i w ciemnościach najmroczniejszej nocy.
Powinna sięgnąć po różdżkę. Powinna go zaatakować, jeżeli nie magią, to brutalną siłą: szkolono ją do tego od dzieciństwa, a przecież jego... jego chyba chciałaby skrzywdzić, bo on krzywdził innych, raz za razem. Powinna zrobić cokolwiek, bo chociaż ludzie często zamierają w chwilach zagrożenia, ona zawsze w takich momentach po prostu działała. Ale… zastygła, jakby ktoś rzucił na nią zaklęcie unieruchamiające. Nie była w stanie nawet drgnąć. Mężczyzna ze snów zaś nie zareagował dużo szybciej niż Brenna: zerwał się z materaca i przeczołgał ku niej. Było coś dziwnego w jego ruchach, nienaturalnie szybkich i mało ludzkich, jakby jego kończyny zginały się w sposób, który nie powinien być dostępny dla przeciętnej osoby – i umysł Brenny odnotował to nawet w tej sekundzie grozy. Sekundzie, bo mniej więcej tyle czasu zajęło od chwili, gdy Brenna uniosła kołdrę, a on na nią skoczył, obalając ją impetem uderzenia.
Poleciała w tył, równie bezbronna jak w tych wszystkich innych snach, gdy atakował ją raz za razem, z jej ust wydobył się krzyk i…
*
…uderzyła o podłogę.
Brenna poderwała się niemal natychmiast, próbując sięgnąć po różdżkę, ale dłoń nie napotkała ani na tę, ani na kieszeń. Nic dziwnego, bo nie miała na sobie szaty, lecz piżamę. Schwyciła różdżkę ze stolika nocnego, ale nie było nikogo, w kogo mogłaby rzucić jakieś zaklęcie.
– Lumos – powiedziała, unosząc różdżkę i z paniką rozglądając się po pomieszczeniu.
Było puste. Nikogo poza nim.
Oświetliła łóżko – pościel była splątana i wygnieciona, jakby ktoś długo się w niej rzucał, ale… to wszystko. Ani śladu po tym, by leżał tu jakiś mężczyzna. Brenna uniosła spojrzenie ku oknu: zamknięte.
To był tylko sen, pomyślała, ale wiedziona tą trudną do zrozumienia paniką, przykucnęła i zajrzała pod łóżko. A potem otworzyła szafę i upewniła się, że nikt nie siedzi w niej. A gdy jej umysł wreszcie zaczął pracować tak, jak powinien, wypadła na korytarz i ostrożnie uchyliła drzwi do sąsiedniego pokoju, na co normalnie by sobie nie pozwoliła… Ale musiała się upewnić, że nikt nie został zaatakowany… Wyglądało jednak na to, że wszystko w porządku.
Brenna długo stała przy tych drzwiach, jakby oczekiwała, że zobaczy, że coś jest nie w porządku, ale mężczyzny ze snu nie było. Zerknęła na zegarek i przekonała się, że minęła piąta, więc… to na pewno musiał być sen, prawda? Dotarła po północy i… nie, to nie mogło wydarzyć się naprawdę, skoro obudziła się pięć godzin, później?
Cofnęła się w końcu, by zacząć obchód całego domu. Zaglądała cicho do wszystkich pomieszczeń, oświetlała schowki, chociaż rozsądek podpowiadał, że to tylko sen, zły sen, bo skąd ten człowiek miałby znać ten adres? Zamieniła się na wszelki wypadek w wilka i w zwierzęcej postaci przechodziła korytarzami, węsząc – były jednak tylko znajome zapachy, Millie, Thomas, Basilius, Dora, parę starszych po niedawnych wizytach, a przejmujące zimno, które na chwilę ją zmroziło w pobliżu pokoju dawnego pana domu, pewnie stanowiło oznakę obecności ducha.
Szkoda, że on się nie objawił. Mogłaby go zapytać, czy kogoś widział. Nie żeby było prawdopodobne, że duch jej odpowie...
Krążyła tak długo, bo posiadłość Juliusów była całkiem spora i pełna zakamarków. Sprawdziła ukryty pokój za obrazem, wszystkie szafy, upewniła się, że zamki są pozamykane, że żadne z okien na parterze nie zostało otwarte. Jeszcze raz poszła do sypialni Estelli - swojej sypialni - i węszyła tam przez chwilę, ale w pomieszczeniu unosił sie wyłącznie jej zapach. Zajrzała nawet na strych, gdzie rozbijał się jednak tylko poltergeist, i sprawdziła piwnicę, w której kiedyś mieszkała ghulka, ale teraz świeciła pustkami. Wreszcie znów w wilczej postaci wybiegła i na zewnątrz, by węszyć w ogrodzie, częściowo spalonym, sprawdzić zniszczoną szklarnię, a potem, tak na wszelki wypadek, pobiegła ścieżką, wiodącą do pobliskiego jeziora.
!Trauma Ognia
+ dodaję rzut na percepcję na węszenie
Rzut PO 1d100 - 36
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.