03.12.2025, 14:56 ✶
Christopher Rosier nie lubił szarości.
Szarość była nudna. Ponura. Bezpieczna. Była wyborem tych, którzy chcieli zniknąć i którzy bali się błyszczeć. Nie miała stylu.
Anglia tonęła teraz w szarości.
I Christopher, który do tej pory na wojnę zwracał niewielką uwagę, ignorując uparcie artykuły, poświęcone napaściom na wywody kolegów, dotyczące racji Voldemorta, reagując krótkim „weź się napij” i podsuwaniem ich im whiskey, i jedynie mrużąc oczy z pewną irytacją, kiedy jakaś modelka półkrwi znikała w tajemniczych okolicznościach, bo to mogło zepsuć pokaz, ignorować tego dłużej nie mógł. Nie tak do końca. Nie, gdy jego płuca wciąż wymagały eliksirów, kiedy przez tydzień męczył go kaszel, gdy jego wypieszczone mieszkanie spowiła sadza, a ulubiony dostawca materiałów zginął. Oczywiście, nie zamierzał się angażować. Nie interesowały go prawa mugolaków. Równie mało interesowało go ich mordowanie. Ale nie mógł dłużej udawać ślepego i to irytowało go równie mocno, jak fakt, że jego atłasowa pościel nadawała się tylko do wyrzucenia, a podłogi spowijała sadza, nieważne, jak często szorował tę skrzat.
Skrzat Rosierów, który długie godziny spędził na próbach uprzątnięcia mieszkania Rosiera, pojawił się zresztą w Galerii Averych razem z nich. Dźwigał obraz, nie jakiś wielki, acz dość nieporęczny w transporcie. Warstwy materiału skrywały dzieło, które powstało w wieku XIX, wyszło spod pędzla jednego z najbardziej znanych, czarodziejskich artystów, który w dodatku umarł wyjątkowo widowiskową śmiercią, w wybuchu, niszczącym wiele z jego obrazów – podbijając tym samym wartość tego obrazu. Był jedną z tych rzeczy w zbiorach Christophera, która miała na tyle wysoką wartość, że nawet rozpieszczony panicz z bogatego domu nie chciał po prostu machnąć na nią ręką.
Poza tym zwyczajnie ten obraz lubił. Nie był może malarzem, ale uważał się za artystę. A niestety, podobnie jak wszystko inne w jego mieszkaniu, obraz pokryła warstwa sadzy i to najwyraźniej sadzy magicznej.
Rosier zrobił więc jedyne, co mógł w takiej sytuacji rozsądny człowiek, a więc umówił się na spotkanie u Averych, na które teraz stawił się, punktualnie. Skrywając irytację całym światem za spokojnym wyrazem twarzy, odziany w ciemny płaszcz, bo w tej londyńskiej szarości nagle nawet on nie ośmielał się chodzić po ulicach w krzykliwych kolorach, poprosił pracownika, aby zaprowadził go do Astorii.
Szarość była nudna. Ponura. Bezpieczna. Była wyborem tych, którzy chcieli zniknąć i którzy bali się błyszczeć. Nie miała stylu.
Anglia tonęła teraz w szarości.
I Christopher, który do tej pory na wojnę zwracał niewielką uwagę, ignorując uparcie artykuły, poświęcone napaściom na wywody kolegów, dotyczące racji Voldemorta, reagując krótkim „weź się napij” i podsuwaniem ich im whiskey, i jedynie mrużąc oczy z pewną irytacją, kiedy jakaś modelka półkrwi znikała w tajemniczych okolicznościach, bo to mogło zepsuć pokaz, ignorować tego dłużej nie mógł. Nie tak do końca. Nie, gdy jego płuca wciąż wymagały eliksirów, kiedy przez tydzień męczył go kaszel, gdy jego wypieszczone mieszkanie spowiła sadza, a ulubiony dostawca materiałów zginął. Oczywiście, nie zamierzał się angażować. Nie interesowały go prawa mugolaków. Równie mało interesowało go ich mordowanie. Ale nie mógł dłużej udawać ślepego i to irytowało go równie mocno, jak fakt, że jego atłasowa pościel nadawała się tylko do wyrzucenia, a podłogi spowijała sadza, nieważne, jak często szorował tę skrzat.
Skrzat Rosierów, który długie godziny spędził na próbach uprzątnięcia mieszkania Rosiera, pojawił się zresztą w Galerii Averych razem z nich. Dźwigał obraz, nie jakiś wielki, acz dość nieporęczny w transporcie. Warstwy materiału skrywały dzieło, które powstało w wieku XIX, wyszło spod pędzla jednego z najbardziej znanych, czarodziejskich artystów, który w dodatku umarł wyjątkowo widowiskową śmiercią, w wybuchu, niszczącym wiele z jego obrazów – podbijając tym samym wartość tego obrazu. Był jedną z tych rzeczy w zbiorach Christophera, która miała na tyle wysoką wartość, że nawet rozpieszczony panicz z bogatego domu nie chciał po prostu machnąć na nią ręką.
Poza tym zwyczajnie ten obraz lubił. Nie był może malarzem, ale uważał się za artystę. A niestety, podobnie jak wszystko inne w jego mieszkaniu, obraz pokryła warstwa sadzy i to najwyraźniej sadzy magicznej.
Rosier zrobił więc jedyne, co mógł w takiej sytuacji rozsądny człowiek, a więc umówił się na spotkanie u Averych, na które teraz stawił się, punktualnie. Skrywając irytację całym światem za spokojnym wyrazem twarzy, odziany w ciemny płaszcz, bo w tej londyńskiej szarości nagle nawet on nie ośmielał się chodzić po ulicach w krzykliwych kolorach, poprosił pracownika, aby zaprowadził go do Astorii.