10.11.2025, 00:25 ✶
-... i to jest to samo krzesło, na którym ty siedziałaś, kiedy rozmawialiśmy przed naszym wyjazdem do Egiptu z wujkami - tłumaczył mamie, kiedy szli do kamienicy, w której mieszkali przez tyle lat.
Od obiadu z wujkiem Anthonym i Lazarusem Lovegoodem minęły prawie dwa tygodnie, a jego przez ten czas podgryzała irytująca myśl, że nie zachował się odpowiedzialnie, nie sprawdzając dokładnie tego krzesła. W noc pożaru zauważył anomalię, ale nie poświęcił jej większej uwagi - w końcu dookoła szalał ogień, który mógł go skrzywdzić, więc przede wszystkim myślał o tym, żeby zabrać siebie i Benjiego w bezpieczne miejsce - ale następnego dnia, kiedy był tu z Jonathanem, również go nie sprawdził. Obserwował je, fakt, ale tylko przez chwilę. Powiedział Jonathanowi, że nie podejrzewał żadnej klątwy, ale go nie sprawdził. I to był właśnie jego błąd, bo jako Klątwołamacz zawsze powinien sprawdzać takie anomalie, nawet jeśli wydawały się niegroźne. "Wydawały się" nie oznaczało "nie były", a jeżeli ta "nieszkodliwość" miałaby stać się "szkodliwa" odpowiedzialność spadłaby na niego.
Bo nie sprawdził i zajęło mu tyle czasu podjęcie decyzji, żeby jednak tam wrócić i zrobić to, co powinien zrobić już za pierwszym razem, kiedy wrócił do mieszkania po pożarze.
Planował iść tam sam, szybko załatwić sprawę i wrócić, ale jak tu zrobić cokolwiek po cichu, kiedy twoją matką jest Charlotte Kelly, która wie wszystko, wie najlepiej, a jeśli jeszcze nie wie, to i tak się dowie?
W czasie drogi Jessie pokrótce wytłumaczył jej fenomen tego krzesła. Właściwie to "pokrótce" było całą jego historią, bo co więcej miał powiedzieć, niż "jako jedyne w całym mieszkaniu nie spłonęło, wtedy było w kuchni, a potem było w moim pokoju"?
-Przysięgam, że jeśli to krzesło okaże się nie być zaklęte, wyrzucę je przez okno - powiedział bardziej do siebie, niż do matki, otwierając drzwi do mieszkania.
Zapach spalenizny i wilgoci wciąż unosił się w powietrzu, chociaż nie był już tak intensywny. Może nawet jego włosy nie zaczął się tak puszyć?
wszystko było na swoim miejscu, tak samo zniszczone, jak ostatnim razem, kiedy tu był, co znaczyło, że nikt się nie włamał, szukając czegokolwiek wartego wyniesienia. Jessie odetchnął z ulgą - tego jeszcze brakowało, żeby ktoś miał włamywać się do zniszczonych mieszkań i je okradać.
-Ach, tu jest - powiedział z grymasem na twarzy, zaglądając do łazienki.
Tak, tam właśnie było krzesło.
!Strach przed imieniem
Od obiadu z wujkiem Anthonym i Lazarusem Lovegoodem minęły prawie dwa tygodnie, a jego przez ten czas podgryzała irytująca myśl, że nie zachował się odpowiedzialnie, nie sprawdzając dokładnie tego krzesła. W noc pożaru zauważył anomalię, ale nie poświęcił jej większej uwagi - w końcu dookoła szalał ogień, który mógł go skrzywdzić, więc przede wszystkim myślał o tym, żeby zabrać siebie i Benjiego w bezpieczne miejsce - ale następnego dnia, kiedy był tu z Jonathanem, również go nie sprawdził. Obserwował je, fakt, ale tylko przez chwilę. Powiedział Jonathanowi, że nie podejrzewał żadnej klątwy, ale go nie sprawdził. I to był właśnie jego błąd, bo jako Klątwołamacz zawsze powinien sprawdzać takie anomalie, nawet jeśli wydawały się niegroźne. "Wydawały się" nie oznaczało "nie były", a jeżeli ta "nieszkodliwość" miałaby stać się "szkodliwa" odpowiedzialność spadłaby na niego.
Bo nie sprawdził i zajęło mu tyle czasu podjęcie decyzji, żeby jednak tam wrócić i zrobić to, co powinien zrobić już za pierwszym razem, kiedy wrócił do mieszkania po pożarze.
Planował iść tam sam, szybko załatwić sprawę i wrócić, ale jak tu zrobić cokolwiek po cichu, kiedy twoją matką jest Charlotte Kelly, która wie wszystko, wie najlepiej, a jeśli jeszcze nie wie, to i tak się dowie?
W czasie drogi Jessie pokrótce wytłumaczył jej fenomen tego krzesła. Właściwie to "pokrótce" było całą jego historią, bo co więcej miał powiedzieć, niż "jako jedyne w całym mieszkaniu nie spłonęło, wtedy było w kuchni, a potem było w moim pokoju"?
-Przysięgam, że jeśli to krzesło okaże się nie być zaklęte, wyrzucę je przez okno - powiedział bardziej do siebie, niż do matki, otwierając drzwi do mieszkania.
Zapach spalenizny i wilgoci wciąż unosił się w powietrzu, chociaż nie był już tak intensywny. Może nawet jego włosy nie zaczął się tak puszyć?
wszystko było na swoim miejscu, tak samo zniszczone, jak ostatnim razem, kiedy tu był, co znaczyło, że nikt się nie włamał, szukając czegokolwiek wartego wyniesienia. Jessie odetchnął z ulgą - tego jeszcze brakowało, żeby ktoś miał włamywać się do zniszczonych mieszkań i je okradać.
-Ach, tu jest - powiedział z grymasem na twarzy, zaglądając do łazienki.
Tak, tam właśnie było krzesło.
!Strach przed imieniem