20.12.2025, 21:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.12.2025, 21:51 przez Brenna Longbottom.)
Peterburg był zaskakująco gwarny, nie aż tak straszliwie zimny, jak spodziewała się Brenna, na ulicach nie było żadnych niedźwiedzi, nikt nie chodził w futrzanych czapach (może dlatego, że mieli początek lata), wiele budynków malowano na intrygujące kolory, i było tu znacznie więcej wody niż sobie wyobrażała.
W jego magicznej części było też bardzo łatwo się zgubić.
Nie planowała tego. Dała matce słowo, że będę – grzeczna – naprawdę – mamo – tak – nie – będę – szukała – kłopotów – słowo - honoru. I bardzo grzecznie trzymała się swoich „opiekunek”, czyli córki jednej z rodzin, z którymi mama omawiała szczegóły umów, dotyczących zapewne dostaw rzadkich składników i innych nudnych i niezrozumiałych dla Brenny rzeczy, oraz starszej Rosjanki, co do której Brenna nie miała pojęcia, kim ta była, bo kobieta ledwo mówiła po angielsku. Ale najwyraźniej nawet jeżeli Brenna nie szukała kłopotów, to kłopoty znajdowały ją, bo gdzieś w tłumie ludzi komuś uciekł smoczoognik, podpalił jakiś kosz, ktoś krzyknął, ktoś popchnął jedną z jej towarzyszek… a chwilę później, kiedy zamieszanie się uspokoiło, okazało się, że jest sama. W obcym mieście, obcym kraju, którego języka nie znała, i w którym panowały obyczaje trochę różniące się od tych z Anglii, a już na pewno od tych z Doliny Godryka.
Brenna podeszła jednak do tego niemalże z filozoficznym spokojem. Kręciła się z początku w pobliżu miejsca, gdzie się rozdzieliły, z nadzieją, że zdoła je znaleźć, ale po niemal godzinie straciła cierpliwość i postanowiła wziąć sprawy we własne ręce. Zaczęła więc po kolei wchodzić do pobliskich sklepów, z nadzieją, że może któryś sprzedawca pozwoli jej skorzystać z sieci Fiuu – miała przy sobie parę monet – ale tu natrafiła na problem pt. świat mnie nienawidzi i nikt z nich nie umie mówić po angielsku. Nie znając okolicy, nie potrafiła nawet znaleźć z powrotem przejścia do niemagicznej części miasta, gdzie być może udałoby się jej uzyskać pomoc: zatrzymali się tam na chwilę i była prawie pewna, że słyszała kogoś z obsługi mówiącego po angielsku. Wciąż jeszcze nie wpadała w panikę, z typową dla siebie nadmierną pewnością, że przecież doskonale sobie poradzi i nic złego nie może się stać. Poza tym była absolutnie pewna, że matka prędzej czy później zacznie jej szukać i jak już zacznie, to znajdzie, a wtedy… wtedy Brenna pewnie pożałuje, że została znaleziona. Chociaż to absolutnie nie była jej wina.
Ale niebo zaczęło powoli ciemnieć, choć latem zmierzch nadchodził późno, na ulicach powoli ubywało ludzi, a Brenna choć lubiła przygody, nie była pewna, czy taką będzie nocleg na ulicach Peterburgu.
Trudno powiedzieć, co nią kierowało, kiedy postanowiła wdrapać się na ogromny pomnik, ustawiony na środku ulicy, z człowiekiem siedzącym na koniu. Może miała nadzieję, że wtedy łatwiej ją dojrzą, jeżeli będą jej szukać. A może że wypatrzy jakiś punkt charakterystyczny i zdoła trafić do tego przejścia…
W jego magicznej części było też bardzo łatwo się zgubić.
Nie planowała tego. Dała matce słowo, że będę – grzeczna – naprawdę – mamo – tak – nie – będę – szukała – kłopotów – słowo - honoru. I bardzo grzecznie trzymała się swoich „opiekunek”, czyli córki jednej z rodzin, z którymi mama omawiała szczegóły umów, dotyczących zapewne dostaw rzadkich składników i innych nudnych i niezrozumiałych dla Brenny rzeczy, oraz starszej Rosjanki, co do której Brenna nie miała pojęcia, kim ta była, bo kobieta ledwo mówiła po angielsku. Ale najwyraźniej nawet jeżeli Brenna nie szukała kłopotów, to kłopoty znajdowały ją, bo gdzieś w tłumie ludzi komuś uciekł smoczoognik, podpalił jakiś kosz, ktoś krzyknął, ktoś popchnął jedną z jej towarzyszek… a chwilę później, kiedy zamieszanie się uspokoiło, okazało się, że jest sama. W obcym mieście, obcym kraju, którego języka nie znała, i w którym panowały obyczaje trochę różniące się od tych z Anglii, a już na pewno od tych z Doliny Godryka.
Brenna podeszła jednak do tego niemalże z filozoficznym spokojem. Kręciła się z początku w pobliżu miejsca, gdzie się rozdzieliły, z nadzieją, że zdoła je znaleźć, ale po niemal godzinie straciła cierpliwość i postanowiła wziąć sprawy we własne ręce. Zaczęła więc po kolei wchodzić do pobliskich sklepów, z nadzieją, że może któryś sprzedawca pozwoli jej skorzystać z sieci Fiuu – miała przy sobie parę monet – ale tu natrafiła na problem pt. świat mnie nienawidzi i nikt z nich nie umie mówić po angielsku. Nie znając okolicy, nie potrafiła nawet znaleźć z powrotem przejścia do niemagicznej części miasta, gdzie być może udałoby się jej uzyskać pomoc: zatrzymali się tam na chwilę i była prawie pewna, że słyszała kogoś z obsługi mówiącego po angielsku. Wciąż jeszcze nie wpadała w panikę, z typową dla siebie nadmierną pewnością, że przecież doskonale sobie poradzi i nic złego nie może się stać. Poza tym była absolutnie pewna, że matka prędzej czy później zacznie jej szukać i jak już zacznie, to znajdzie, a wtedy… wtedy Brenna pewnie pożałuje, że została znaleziona. Chociaż to absolutnie nie była jej wina.
Ale niebo zaczęło powoli ciemnieć, choć latem zmierzch nadchodził późno, na ulicach powoli ubywało ludzi, a Brenna choć lubiła przygody, nie była pewna, czy taką będzie nocleg na ulicach Peterburgu.
Trudno powiedzieć, co nią kierowało, kiedy postanowiła wdrapać się na ogromny pomnik, ustawiony na środku ulicy, z człowiekiem siedzącym na koniu. Może miała nadzieję, że wtedy łatwiej ją dojrzą, jeżeli będą jej szukać. A może że wypatrzy jakiś punkt charakterystyczny i zdoła trafić do tego przejścia…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.