Problemy po Spalonej Nocy wydawały się nie kończyć. Jedne były większe, drugie mniejsze, ale to niewiele w głowie Dory zmieniało. Ważne że były i należało się z nimi uporać w taki czy inny sposób. Dlatego też dzisiejszego wieczora znalazła się na Pokątnej. Ciemniało, a piątek sprzyjał tłumom, więc Dora była święcie przekonana, że niewiele osób zwracało uwagę na drugiego człowieka. Nie, kiedy można było uderzyć do barów, kawiarni i restauracji w towarzystwie znajomych. A mimo tego i tak ktoś wyłowił ją spomiędzy innych ludzi.
- Byłam u cioci po parę książek - wyjaśniła Dora, uśmiechając się do Jessiego ciepło i wskazując palcem w kierunku antykwariatu, który znajdował się jakiś kawałek dalej. - Mam coś o medycynie naturalnej, taką super starą encyklopedię medyczną i jeszcze powinnam się przejść po parę składników... Ludzie wciąż tak strasznie kaszlą. Niby minęło już tak dużo czasu, bo prawie miesiąc, ale niektórzy albo unikają lekarzy albo nie działają na nich konwencjonalne metody... - westchnęła smutno, ale też trochę krzywiąc się przy tym bo uważała, że leki były od tego żeby się nimi leczyć, a nie uważać że nasmarowanie się różanym olejkiem coś zdziała. - I zastanawiałam się czy może coś dałoby się z tym zrobić. Nie jestem specjalistką, ale wszyscy mają ręce zajęte pracą. I wszystkiego brakuje - a do tego nie zamierzała nad tym problemem pochylać się sama. Miała Basiliusa i Millie do pomocy, a może to ona miała im pomagać. W szczególności Prewettowi, bo to on był tutaj lekarzem.
- A ty? Wieczorny spacer? Czy może wracasz z pracy? W Gringottcie wszystko dobrze?
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.