• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
1 2 3 4 Dalej »
[24.09.1972] They can keep their heaven. When I die, I'll sooner come here

[24.09.1972] They can keep their heaven. When I die, I'll sooner come here
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#1
14.02.2026, 11:54  ✶  
Little Hangleton, chatka na skraju lasu

Wślizgnął się do środka tak samo, jak wślizgnął się w jej rutynę. Wpuściła go do domu wtedy, gdy wypuszczała na dwór koty. Jeden z nich, dachowiec z naderwanym uchem, który na początku syczał na widok Alexandra, przemknął mu teraz obojętnie między nogami. Nie zaszczycił go nawet spojrzeniem, jak gdyby jasnowidz był niczym więcej jak wychudzonym psem, przemykającym między krzywymi sztachetami płotu. Wiele było teraz takich bezdomnych psów, kręcących sie w pobliżu ludzkich siedzib. Jeszcze więcej bezdomnych ludzi. Nie patrzył na nich, dopóki go nie zmusiła, żeby patrzył. A przecież nie mógł odmówić. Nie jej. Alexander uśmiechnął się do Jahnavi, zanim delikatnie ucałował jej dłoń na przywitanie.

Przyniósł słoiki. Dziesiątki pachnących nowością słoików, które miały posłużyć na pomieszczenie przetworów na zimę. Alex wiedział przecież, że Navi chce przerobić na marynaty późno dojrzewające gruszki otrzymane w podarku od ludzi z wioski. Zostało jeszcze zebrać resztkę malin, które kończyły owocować, oprawić dynie, zawekować w gąsiorach słodki miód... Zostało tak wiele do zrobienia, zdawała się mówić Navi, gestykulując w gwałtownym ożywieniu. Była pracowita jak pszczółka, która wędruje od kwiatka do kwiatka, zbierając kwietny pyłek. Czy wyobrażała sobie, że w innym życiu zasypiałaby tak jako i ona pośród kwietnych płatków, pokryta zebranym przez siebie pyłkiem? W tym życiu nie był to jednak pyłek, lecz henna. Układała się na dłoniach Jahnavi w wymyślne wzory, między które Alexander wpasował swój pocałunek. Ale kwiaty też przecież przyniósł. Zdziczałe róże z ogrodów otaczających Mulciber Manor.

Nie chcąc przeszkadzać w porannych rytuałach kobiety, przeszedł do kuchni, gdzie wynalazł sobie zajęcie. Ustawił słoiki w starym kredensie, uważając, żeby nie naruszyć gniazda gościszy, które rozlokowały się na najwyższej z półek. Przewrócił niemal oczami, widząc, że Navi uszyła głodomorom małe ubranka. Oczywiście, że to zrobiła, pomyślał, rozbawiony, zamykając drzwiczki od kredensu ku uldze zaspanego gościsza, który wychnął na chwilę głowę ze swojego barłogu. Alexander usiadł przy kuchennym stole, całkiem z siebie zadowolony, że zrobił coś pożytecznego. Może nie umiał poprawnie trzymać młotka, jak uczynnie wytknął mu duch taty Jahnavi, ale umiał przynajmniej zaparzyć herbatę! Przyglądał się wystarczająco uważnie skomplikowanemu rytuałowi parzenia herbaty, w którym nie należało Navi przeszkadzać, bo nosił niemal znamiona świętości, żeby móc go potem odtworzyć. Przysłuchiwał się jej codziennemu rytuałowi okadzania domu, rozpamiętując sen, w którym dzisiaj się pojawiła. Dobry był to sen. Może dlatego, że Navi była dobra, stwierdził, kierując swe myśli w stronę dziewczyny, której przybycie zwiastowało słodkie pobrzękiwanie bransoletek. Podsunął w jej stronę kubek z zaparzoną herbatą. Na tyle zdolnym, żeby zrobić coś więcej, zdecydowanie nie był. Przyzwyczajony był przecież, że wszystko podsuwa mu pod nos służba.

Gdy Jahnavi weszła do kuchni, Alexander obracał w palcach pierścień. Jeden z niewielu, który nie ugrzązł w mule jeziora. Zostawił je tam. Być może chciał, żeby w miejscu, które należało do niej, zostało coś, co należało z kolei do niego. Gdyby Navi miała dostęp do jego myśli, zapewne zmarszczyłaby teraz brwi i zrobiłaby obrażoną minę. A przynajmniej tak sądził. Uczył się jej powoli, ale jednocześnie całej naraz. Bo choć codzienność Navi była cichą, i, zdawałoby się, że ograniczoną do małej chatki w Little Hangleton – do okolicznej wioski i otaczających ją lasów i wrzosowisk –  było w niej tak dużo rzeczy, których nie rozumiał. "Jezioro nie należy do mnie, ani do nikogo, tylko do samego siebie", mogłaby mu powiedzieć, ale pewnie tylko wydęłaby policzki, jak gdyby nie mogła się nadziwić głupotą Alexa. "Należy do świata." Była w tym jak kartonik karty symbolizującej Świat w tarocie. Wszystko było dla niej osobnym mikrokosmosem. Zbiorem niezależnych galaktyk tworzących połączony zależnościami wszechświat, wspólny dla wszystkich. Nieskończoność nieskończoności w nieskończoności, pomyślał leniwie, nie przestając bawić się pierścieniem.

!BINGO A1


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
14.02.2026, 11:54  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.02.2026, 12:51 przez Eutierria.)  
Walentynkowe Bingo
adres pola: A1
wariant: 2
typ: zdarzenie

W drugim tygodniu października w Dziurawym Kotle odbył się wielki turniej gry w gargulki. Od połowy września do końca października odbyło się również wiele turniejów pomniejszych, z nie tak bardzo silnymi, ale wciąż zawziętymi zawodnikami. Jeden z nich odbył się nawet w Mabon! Znaleźliście się jednego z tych dni na miejscu i mogliście powalczyć wspólnie o...

1 - nagrodę główną, 2 - nagrodę pocieszenia
Rzut 1d2 - 2

Jak się bawiliście tocząc bój pomiędzy sobą i kto z was wygrał? A może jednak stchórzyliście zbyt przerażeni wizją przegranej...?
Dancing queen
The sun became mellow
the moon started to burn
Why is the sky melting away?
wiek
31
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
wytwórca świec, wina i kadzidełek
Jahnavi ma nieco ponad 170 cm wzrostu. Swoją ciemniejszą karnację odziedziczyła po obojgu rodziców - widać po niej, że pochodzi spoza Wysp Brytyjskich. Włosy ma długie, ciemnobrązowe; oczy z kolei bardzo jasne, w zielonkawo-niebieskim odcieniu. Podobne trochę do wody w płytkim stawie, której dopiero co pojawił się zakwit. Jej ubrania są stare i podniszczone, ale zawsze czyste - ubiera się głównie w proste indyjskie sari. Nigdy nie zakłada butów na obcasie, ba, w cieplejsze dni można ją spotkać spacerującą w ogóle bez obuwia. Na rękach i stopach nosi wiele, metalowych, pozbawionych większej wartości bransoletek.

Jahnavi Pandit
#3
16.02.2026, 09:36  ✶  
Nie musiał się wślizgiwać, skoro go wpuszczała; do domu, do swojego małego świata, do życia.

Pozwoliła się ucałować w dłoń, jak zawsze przy tym śmiejąc się bezgłośnie. Cóż za arystokratyczne obyczaje! Zawsze, gdy tak robił czuła się jak wielka dama, taka co się ubiera w same jedwabie, mieszka w ogromnym domostwie i jej się wszyscy kłaniają! Lady Dindindili Dandi z Lalalilandu. Głuptas. Przecież nawet nie zdążyła obmyć dłoni!
Ale słoiki przyjęła zachwycona. Rzeczywiście brakowało jej trochę, co by to wszystko zagospodarować, a i od ludzi głupio było brać, gdy ich domy zniszczały. Jeszcze bardziej szczęśliwa wydawała się za róże otrzymane w prezencie. Nawet jeśli ucięte mogła przecież je zaszczepić w swoim ogrodzie. Wiedziała, że był w Londynie cały ogród pełen krzewów pokrytych czarnymi kwiatami. Musiały być przepiękne. Nie bardziej niż te, oczywiście! Nigdy nie widziała czarnych róż w ich naturalnym środowisku. Ale tymi mogła się opiekować, podczas gdy tamte pozostawały poza jej zasięgiem. Nie szkodzi. Nie była o to zła.

Było coś w tej myśli… Czasem wydawało jej się, że zwierzęta są bardziej wierne niż ludzie. Nie była to miła myśl, więc szybciutko się za nią ganiła. Karmione koty powracały by ogrzać się przy kominku, gościsze urządziły sobie w jej domu dom, nawet ptaki, którymi opiekowała się przez lato i jesień, na zimę odlatywały, by na wiosnę powrócić i pochwalić się swoim potomstwem. Cykl życia przeplatał się z cyklem natury, tworząc naturalne nici powiązań między wszystkimi organizmami. Czy Alexandrowi się to podobało czy nie - był naturalnym elementem tego cyklu.

Nie było w jej życiu czasu na rozmyślanie o innym. Nie było w niej potrzeby zastanawiania się i gdybania, nie zaprzątała sobie głowy czymś tak nieistotnym jak polityka czy status krwi. Zawsze przecież gestem prosiła ducha ojca, żeby nie był wobec Alexandra taki surowy i nie nazywał go “paniczykiem”. Przecież nie każdy musiał potrafić zrobić i zbudować wszystko. Ona na przykład nie potrafiła, więc to miłe, że próbował naprawić jej chwiejący się regał. Gdy zanurzała się w odmętach jeziora, a ojciec schodził z nią na samo dno, mówiła przecież miękko:
- Nie jest takim złym człowiekiem, pa. Jest po prostu… inaczej wychowany.
- Na salonowego pieska ot co!- Burczał Merrick Shacklebolt, obserwując jak córka kręci przekornie głową i zbiera rośliny z jeziornych głębin. Nigdy nie brała zbyt wiele, tylko odpowiednią ilość do maści i eliksirów. Reszta zieleni pozostawała w swoim ekosystemie, jako dom i pożywienie podwodnej fauny.

Gdy skończyła okadzanie, wróciła do kuchni. Zapach herbaty unosił się w powietrzu. Przyłożyła palce do ust, po czym odsunęła ją w geście prostego “dziękuję”. Nie była nigdy dobra z języka migowego, zwłaszcza, gdy dialekt hindu i brytyjski były ze sobą tak niespójne. Ale parę gestów było prostych, znanych. Dziękuję było gestem, który Jahnavi powtarzała często. Za wszystko. Była po prostu wyjątkowo wdzięcznym dziewczęciem.

W końcu, wciąż jeszcze pachnąca świeżym kadzidłem i dymem, usiadła przy stole, grzejąc skostniałe po nocy palce o ścianki kubka. Nie upiła wciąż jeszcze herbaty, chociaż z pewnością była pyszna. Wbrew wszystkim swoim natrętnym myślom i niewierze w samego siebie, Alexander robił naprawdę dobrą herbatę! Ale na razie… musieli poważnie porozmawiać. Minę też Navi miała poważną.
Przesunęła w jego stronę stronę wyrwaną z proroka codziennego - wymiętą i poplamioną, co jasno sugerowało, że otrzymała coś w ową stronę zawiniętą. Sądząc po przebarwieniach z tłuszczu i zapachu - szynkę albo inne mięso dla Kapitana Nemo.
Postukała palcem w nagłówek: TURNIEJ GARGULKOWY W DZIURAWYM KOTLE - 24.09. godzina 18:00
Ogłoszenie przykuło jej uwagę, bo po zasadach turnieju zaznaczono, że cały dochód z organizacji i datków będzie szedł na przybory do nauki i książki dla dzieci, które straciły domy w pożarach. Piękny cel. Naprawdę piękny cel.
Po prawdzie nie była mistrzem gargulków, ale grywała w nie na statku w czasie młodości. Od tamtego czasu zasady nie mogły się zbyt wiele zmienić, prawda? Pojechałaby sama, nie chcąc Alexandra kłopotać, ale… drużyny były dwuosobowe. I nie za bardzo miała z kim innym się wybrać.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#4
21.02.2026, 12:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.02.2026, 14:20 przez Alexander Mulciber.)  
Przekrzywił lekko głowę, jak gdyby chciał zapytać, czy mówi na poważnie, czy robi sobie żarty. A jednak nie zapytał, bo intencje Navi były mu doskonale znane. Nie żartowała. Alex zawahał się, jak wtedy, gdy przestępował próg jej domostwa. Nie wypowiedział jednak na głos pytania, które od razu wpadło mu do głowy, gdy Navi pokazała na artykuł w gazecie.

Przyglądał się przez chwilę artykułowi, udając, że czyta, chociaż wpatrywał się niewidzącymi oczami w znaczące go plamy z tłuszczu. No tak, zapomniał przynieść czegoś dla psa. Ale przecież miał w płaszczu jakieś tam psie krakersy! Często ostatnio zapuszczał się na dalekie spacery pośród wrzosowisk, w których psy ojca były mu jedynymi towarzyszami. Były posłuszniejsze, gdy dostawały przysmaki na zachętę. Kapitan Nemo niechybnie odnajdzie je, gdy obwącha kieszenie zostawionego w sieni płaszcza. A może już je odnalazł, skoro jeszcze nie wpakował się do kuchni?

Alexander podniósł oczy na Navi, na twarzy której malował się wyraz determinacji. Jakaż była poważna! Jak gdyby ten cały turniej gargulków był dla niej sprawą życia i śmierci. Być może miała rację, pozwolił sobie pomyśleć, rozważyć tę możliwość na swój charakterystyczny, pełen pobłażliwego powątpiewania sposób. W pewnym sensie, Navi zdążyła zobaczyć w życiu więcej niż on. Wiedział, że urodziła się w drodze, na pokładzie statku przemierzającego wielkie wody. Alexander zawsze chciał mieszkać nad wodą. Lubił patrzeć na bezkresny horyzont i zastanawiać się, co jest dalej. Zawsze dalej i dalej... Chociaż urodził się wcale nie tak daleko stąd, w rodzinnym domu, do którego wrócił po latach. Odwrócił się od tej myśli, nie dlatego, że była mu nieprzyjemną, ale dlatego, że wydawała się oddalać go od Navi. Navi, która była tak bliska, ale dziwnie nieuchwytna. Cyganie mówili, że kto przyszedł na świat w drodze, obdarzony jest szczególnymi łaskami bogów. Nogi nie męczą mu się trakcie, bo zawsze stąpa kilka stóp nad ziemią, mówili. Sam wiatr niesie go na swych skrzydłach, chcąc usłyszeć jego śmiech. Jaka szkoda, że nie mógł usłyszeć jej śmiechu. Navi śmiała się bezgłośnie. Wszystko zdawała się robić bezgłośnie. A jednak o ludziach takich jak ona, mówili, że są światłem, które rozprasza mroki wędrówki. Może dlatego zastanawiał się, czy urodziła się w nocy, czy za dnia. Czy była księżycową łuną, która miękko rozlała się na wodzie perłowym blaskiem? Czy była rozchodzącym się promieniście światłem słońca, którego barwy przypominały mieniącą się ławicę ryb, przepływających pod okrętem? Ale znów, wiedział, że urodziła się latem. A wtedy tak często widać było na niebie słońce i księżyc obok siebie, pogrążone w zgodnym współtrwaniu.

Alex skinął niemo głową, zaciskając drżące palce na obracanym dotychczas między nimi pierścieniu.

– Ale musiałabyś przypomnieć mi, jak się gra.

Nie grał od czasów szkoły, bo oddał wszystkie swoje gargulki Lorien, gdy dziewczyny w szkole oszalały na punkcie starej gry: jego były wyjątkowo ładne, przypominały bowiem małe, błyszczące kryształki, a jego siostra przepadała za błyskotkami. Chociaż potem udawała, że wcale nie lubi grać w żadne gargulki, zabawnie było patrzeć, jak zadzierała nosa, pośród ochów i achów koleżanek wyciągając połyskliwe paciorki ze złotymi drobinkami ze skórzanego woreczka, tuż obok swoich własnych, szczerozłotych. Tylko że szczerozłotymi nie dało się grać, bo były zbyt ciężkie! Potem kulkami Lorien grał Hati, jak rycerz, który dzielnie walczy pod herbem swej damy, zabiegając o jej przychylność. Nie wiedzieć jakim cudem, stał się hogwarckim mistrzem gargulków. Alex bezlitośnie wyśmiewał się potem z przyjaciela (przestał na jakiś czas, gdy oberwał zasłużenie pięścią w ucho), ale na koniec szkoły kupił mu komplet gargulek w prezencie. Jakież to było głupie... Niemal uśmiechnął się na to wspomnienie.

Podsunął w stronę Navi pierścień, najcięższy z tych, które niegdyś zdobiły jego dłonie. Tak jak i cała reszta pokryty był runicznymi żłobieniami. Wiele z nich zostało zainspirowanych gwiazdozbiorami północnego nieba. We wprawionym w metal kamieniu wyryto symbol lwa, królującego na nieboskłonie na przełomie wiosny i lata, wtedy, kiedy się urodził. Ozłocił starca, spod którego rąk wyszedł przecudny pierścień, większy i wspanialszy od reszty. Ostatni z kolekcji, choć zabicie lwa nemejskiego stanowiło najpierwszą z prac pokutnych Heraklesa, jakie zadała mu wyrocznia w Delfach. Cóż więc z tego, że lew poległ pod siłą herosa? Starożytni zadbali o to, aby upamiętnić mityczną bestię w glorii jej chwały, podczas gdy heros przez wieki zmuszony był klęczeć we własnym gwiazdozbiorze. Wiedział, że stary, cygański złotnik chciał połechtać tym jego próżność. Udało mu się. Lew był przecież symbolem odwagi, symbolem siły i władzy królewskiej. Lew miał w sobie potencjał destrukcji i kreacji, potencjał bycia tak samo tyranem, jak i obrońcą. Przyjemną mu była wówczas ewokacja jego imienia. W końcu "Alexander" znaczyło zawsze "obrońca". Teraz Alexander widział w tym tylko ironię, nie śmiał jednak oprzeć się kpinom losu, na które zasłużył.
Wyjątkowym był pierścień, stanowiący zwieńczenie jego kolekcji, bo przecież lew symbolizował wpływowego przyjaciela. Może dlatego przesunął go w stronę Navi. Bo Navi była przyjaciółką wszystkich. Próbował zrozumieć sentyment, jakim darzyła otaczający ją świat, zgłębiając książki na temat kultury, z jakiej się wywodziła. Poniekąd uznawał to za najlepszy sposób na poznanie człowieka. Odkrycie jego korzeni, systemu symboli, jakim posługiwał się, wzrastając. Wgryzanie się powoli w jego prawidła, tak jak w owoce zwieszające się z dojrzałych gałęzi drzewa. Przeglądając zapiski hinduskich wróżbitów natrafił na Narasimhę, będącego awatarem boga Wisznu. Narasimha, wyobrażany pod postacią pół-człowieka, pół-lwa, był obrońcą ludzkości. Był tym, kogo przywoływało się, aby odeprzeć siły zła, obronić przed pokusą sił nieczystych.

Było wiele odmian gry w gargulki, ale Alex najbardziej lubił tę francuską. Przypominala miniaturową wersję pétanque, gry w bule, wywodzącej się z ojczyzny jego matki. Oprócz gargulek, potrzebna była więc cochonnet, osobna, nieco większa kulka, która stanowiła swoiste centrum pola gry. Zwycięzca musiał nie tylko zbić jak najwięcej gargulek przeciwnika, ale i oddalić je możliwie najdalej od cochonnet... Czyli od pierścienia! Alex uśmiechnął się cwanie, unosząc lekko brwi. Teraz potrzebowali jeszcze tylko kulek.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Dancing queen
The sun became mellow
the moon started to burn
Why is the sky melting away?
wiek
31
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
wytwórca świec, wina i kadzidełek
Jahnavi ma nieco ponad 170 cm wzrostu. Swoją ciemniejszą karnację odziedziczyła po obojgu rodziców - widać po niej, że pochodzi spoza Wysp Brytyjskich. Włosy ma długie, ciemnobrązowe; oczy z kolei bardzo jasne, w zielonkawo-niebieskim odcieniu. Podobne trochę do wody w płytkim stawie, której dopiero co pojawił się zakwit. Jej ubrania są stare i podniszczone, ale zawsze czyste - ubiera się głównie w proste indyjskie sari. Nigdy nie zakłada butów na obcasie, ba, w cieplejsze dni można ją spotkać spacerującą w ogóle bez obuwia. Na rękach i stopach nosi wiele, metalowych, pozbawionych większej wartości bransoletek.

Jahnavi Pandit
#5
27.02.2026, 18:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.02.2026, 19:30 przez Jahnavi Pandit.)  
Jahnavi nigdy nie żartowała ze spraw ważnych i ważniejszych. A w takim konkursie gargulkowym nie chodziło nawet o zwycięstwo. Chodziło o pomoc. Tak wielu ludzi wciąż nie miało dachu nad głową po pożarach. Widywała ich gdy nosiła jedzenie do tymczasowego schronienia. Widywała na ulicy, w cieniach drzew, gdzie chronili się przed zimnym, jesiennym wiatrem. Choć robiła co mogła… To nadal było zbyt mało; nawet gdyby pracowała od świtu do zmierzchu i całą noc, choćby oddała ostatnie sari z ramion komuś, kto mógłby to wszystko sprzedać i nakarmić rodzinę, skala ofiar była po prostu zbyt duża. a takie zagranie w gargulki nic ich nie kosztowało. A potem mogliby się napić angielskiej herbaty w Dziurawym Kotle czy nawet zjeść te całe brytyjskie fish and chips, które czasem ludzie jedli (ona nigdy nie próbowała!) i to też poszłoby na potrzebujących! Ważna inicjatywa. Oddałaby mu oczywiście za obiad, bo przecież nie chodziło o to, żeby biednego Alexandra z ostatniego knuta oskubać! Oczywiście, że nie. Miała trochę oszczędności. Troszkę. Tyle ile potrzeba, bo resztę już oddała jednej starszej czarownicy, która w pożarach straciła i syna i męża. Nawet myślała żeby staruszkę przenieść do siebie, ale tu nie było na tyle miejsca, a i kobiecie było mimo wszystko wygodniej we własnym domu. Więc ją po prostu odwiedzała jak mogła i kupowała co starsza pani potrzebowała.
Widziała, że Alexander myśli długo i długo - nawet doskonale wiedziała o czym. Skąd oni wezmą kulki. A oto Navi w całej swojej pudrowo różowej chwale wyciągnęła przywiązany do sari woreczek kolorowych kulek.
Nie były pierwszej młodości, podobnie zresztą jak i miękka, pozszywana w kilku miejscach sakiewka. Gargulki co prawda względnie przypominały te, którymi w dzieciństwie grało się na hogwarckich korytarzach, ale te pochodziły wprost spod pracowitych rąk Hermana Shacklebolta - jej wuja i pierwszego oficera na statku ojca. Jahnavi dostała swój własny wielobarwny komplet gargulków, gdy miała niecałe dwanaście lat i pewnego razu podpatrzyła jak grają w to portowe łobuzy. Matka zaoferowała, że kupi jej jakieś ładne, ale wuj tylko machnął ręką, splunął i powiedział coś o tandetnej robocie. A potem sam z siebie zabrał się do pracy przy wycinaniu, malowaniu i zaklinaniu zabawki dla ulubionej bratanicy. Musiała mu obiecać, że będzie o nie dbać jak o skarb, więc Jahnavi dbała. Przez kolejne dziewiętnaście lat raz do roku, zwłaszcza w rocznicę śmierci wuja, którego pewnej sierpniowej nocy pożarł wąż morski, czarownica wyciągała gargulki z woreczka, odnawiała czar i rozgrywała jedną, jedyną partię. Sama z sobą. Ale w myślach zawsze miała przy sobie wuja, co sprawiało, że czuła się odrobinę mniej samotna.

Przesunęła woreczek w stronę Mulcibera, samej sięgając po pierścień, który położył na stole. Obracała go przez chwilę w dłoniach. Nie mówiła mu chyba, że znalazła dwa równie ciężkie na dnie jeziora. O jeden nawet musiała walczyć z upartym małym druzgotkiem, który dopiero połaskotany oddał nową zabawkę. Ale… wciąż się wahała czy je Alexandrowi oddać. Nie dlatego, że nie chciała. Absolutnie nie dlatego, że chciałaby je zachować dla siebie! Ale wiedziała, że zapomnienie tamtej nocy było trudne. Pamięć o niej - jeszcze trudniejsza. Więc sygnety leżały oczyszczone i zamknięte w małym pudełeczku na dnie jednej z szuflach szuflad. Wepchnęła je daleko, zupełnie jakby ciężar tajemnicy miał przez to zelżeć.
Pierścień był niemal… ciepły, co było dość zaskakujące, bo przecież metal przewodził pamięć, nigdy uczucia. Przez chwilę przyglądała się misternym detalom, żłobieniom i naraz przyszło jej na myśl, że ktoś Alexandra musi bardzo mocno kochać skoro podarował mu taki skarb. Koncepcja kupowania samemu sobie biżuterii była jej szalenie obca. Widywała przecież na targu mężów, którzy obdarzali ukochane błyskotkami i zmyślnymi prezencikami; ojców, którzy rozpieszczali swoje córki wybierając najładniejsze dziewczęce kolczyki. Ona sama… Spuściła na nowo wzrok na pierścień, unikając spojrzenia na swoje spłowiałe, metalowe bransoletki. No tak, minęło trochę czasu odkąd ojciec umarł.
Runy otulały miękko postać lwa. Lwa, którego widziała tamtej straszliwej nocy w wodzie. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że przyjdzie jej gościć Alexandra w swoich własnych progach. Ale przecież ich życia rządziły się prawami o wiele starszymi niż pierścienie, w których wykuto legendy.
Odłożyła na stół drogocenną ozdobę, starając się jej nie uszkodzić. Tego brakowało! Zamiast tego sięgnęła przez stół, by pochwycić go za dłoń. Nie komentowała. Nigdy nie komentowała drżenia jego ciała. Nie była też zainteresowana jakoś szczególnie resztą biżuterii - równie pięknej co ta, którą znalazła na dnie i co leżała na stole.
Zamiast tego spojrzała na wnętrze jego dłoni. Przyjrzała się liniom - każdy wróżbita je znał, każdy z nich wiedział gdzie szukać odpowiedzi na swoje pytania. Lubowali się w przewidywaniu jak wiele lat im pozostało na ziemskim padole, jak gdyby nie wyśmiewali tym woli bogów. Rozplątywali linie miłości, przeznaczenia i wiedzy. Ale nie patrzyła dziś na nie. Szukała znaków pośród drobnych zmarszczek i załamań chłodnej skóry.

Co ciekawego wypatrzy w łapie Alexandra?
Rzut Symbol 1d258 - 227
Ul (pomyślność)


Linie układały się w symbole, po których sunęła własnymi opuszkami palców. Pobrzękiwanie bransoletek było jedynym otaczającym ich przez chwilę dźwiękiem. Widziała w jego dłoniach ul. A to dobrze. To znaczyło, że cokolwiek sobie wymyślą, na pewno się powiedzie! Turniej gargulkowy! Och ten turniej! To będzie bułka z masłem! A nawet jeśli nie zajmą żadnego wysokiego miejsca to cóż z tego! Najważniejsze, że wszystko będzie dobrze!
Bo przecież musiało być dobrze - Bogowie nigdy nie kłamali tych którzy pokładali wiarę w ich wizje przyszłości.. Zacisnęła radośnie palce na jego dłoni, tak żeby nie mógł wetknąć nosa w nie swoją wróżbę. Musiał czekać. Bo przecież inaczej się nie spełni!

Splotła ich palce razem. Podniosła się ze swojego miejsca przy stole. Zgarnęła ze stołu też i lwi pierścień, bo przecież potrzebowali cochonnet do grania. Ale nie mogli uczyć się tutaj! Tu nie było miejsca! Na podłodze też straszliwie ryzykowali - szansa, że jakaś gęś podejmie się sabotażu była większa niż mniejsza. Więc zostało tylko jedno bezpieczne miejsce. Z bezgłośnym śmiechem pociągnęła go za sobą do sypialni, przepuszczając w drzwiach tylko kapitana Nemo, który oblizywał się po pożarciu absolutnie wszystkiego co Alex miał w kieszeni płaszcza.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (1544), Jahnavi Pandit (1628), Pan Losu (90)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa