To było niezwykłe, komiczne wręcz, jak wiele czarownic zostało oblanych czerwoną farbą w trakcie Spalonej Nocy. Może nawet by to samej Edith bardzo nie ruszyło, bo do różnych zachowań, szczególnie niereformowalnych i to z rąk tych co byli niżej od niej, była przyzwyczajona. Nie myślała jednak, że ktoś wpadnie na tak głupi pomysł, jak stworzenie jakiejś dziwnej, specjalnej mieszaniny, która uniemożliwiała domycie niezidentyfikowanej cieczy.
Chodziła więc przez ostatnie dwa dni cała czerwona — od stóp do głów prawie, bo chluśnięcie dosięgło jej dłoni i odkrytych przedramion. Dosięgło większości twarzy, chociaż dół, który zakryty był przez chustę był bardziej różowy niż czerwony. Tak samo zresztą z szyją. Największe skupisko szkarłatu znajdowało się powyżej nosa, w okolicy oczu, uszu, na czole, na głowie. Nawet jej włosy mieniły się w świetle żarówki czerwienią, jakby ich czerń została potraktowana farbą. No, ogólnie porażka.
Nie działały najdroższe mydła i szampony. Nie działały zaklęcia, bolesne szorowanie ani przekleństwa, jakie wyrzucała z siebie za każdym razem, gdy spojrzała w lustro i myślała o tym idiocie, który ją tam na środku ulicy oblał. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wkrótce musiała pojawić się w pracy, więc problem był palący, problem wymagał natychmiastowej konsultacji.
W św. Mungu pojawiła się bardzo wcześnie, w nadziei, że dzięki tej specyficznej porze, gdy ruch jest trochę mniejszy, oszczędzi sobie gapiów wytykających jej nowy odcień skóry, palcami. Oczywiście, św. Mung był i tak przepełniony, i to przypadkami najróżniejszymi, więc się zawiodła. W kolejce spotkała kobiety, których twarze również pokrywała czerwień, czarodziejów kasłających praktycznie nieustannie, niepotrafiących poradzić sobie z wszechobecnym popiołem, który dalej unosił się w niektórych miejscach w Londynie. Widziała poparzenia; mniejsze czy większe ubytki włosów oraz skóry, których pracownicy nie mieli czasu posortować od najbardziej wymagających opieki, do tych wymagających jej najmniej.
W końcu zawołano ją do okienka, z czarownicą, która pracowała w tym miejscu rozmawiała przez kilka chwil — ta, widząc woalkę, bez słowa praktycznie, odesłała Edith, gdzieś w bok, gdzie na przyjęcie oczekiwało kilka innych, równie czerwonych na ciele panien. Niektóre z nich, próbowały ukryć barwę pod ciężkim makijażem (który nic nie zmieniał, dodając im skórze jedynie ciemno-różowej barwy), inne, tak jak Edith chowały się za kapturami swych szat i woalkami, które w zależności od swej barwy, nadawały im wyglądu młodych wdówek lub skrywających swe twarze za śnieżnobiałą koronką, panien młodych.
W końcu wywołano ją do jednego z gabinetów. W środku unosił się ciężki zapach ziół i przeróżnych maści. Nie był nieprzyjemny, ale Edith kojarzył się tylko i wyłącznie z szpitalem — czyli niezbyt dobrze.
— Dzień dobry. — rzuciła w stronę pracującej tam, blond-włosej czarownicy i usiadła na jednym z wysłużonych drewnianych krzeseł. Pomieszczenie nie przypominało gabinetu i w normalnych okolicznościach raczej nie przyjmowano tam zwyczajnych pacjetów, więc Rookwood domyśliła się, że ze względu na natłok pacjentów, klinika używała wszystkich dostępnych pomieszczeń oraz pracowników — byleby chociaż na chwilę ulżyć uzdrowicielom.
Bez żadnych oporów, odkryła woalkę, zanim jeszcze wyjaśniła po co tu jest, bo jej twarz była wystarczająco czerwona, by czarownica mogła domyśleć się po co tam przyszła.
— W Spaloną Noc zostałam zaatakowana. O ile nie było to nic co mnie poparzyło czy uszkodziło moją skórę, to zupełnie nie potrafię tego domyć. I nie pomaga kompletnie nic. — spojrzała na czarownice wzrokiem obojętnym, jej głos był równie neutralny. Pierwszy raz od bardzo dawna nie miała ochoty na żarty. — W poczekalni widziałam, że nie jestem jedyna. Co za czasy. — prychnęła w zamyśleniu, oburzona. Ktoś mógłby powiedzieć, że zachowuje się trywialnie, nie straciła przecież życia ani dobytku, żaden z członków jej rodziny nie został zaatakowany na tyle poważnie, by wywoływać jej larum, ale czuła się upokorzona, a to było chyba jeszcze gorsze.
torment me. IN DETAIL.