• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[27-29.10.72] Przyroda umiera

[27-29.10.72] Przyroda umiera
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#1
13.09.2026, 20:30  ✶  
27/10/72
Dom rodziny Kozioł

Demeter łkała żwawo. Nie było jesieni, żeby nie płakała. Oczy zachodziły jej łzami, i już nie patrzyła na rośliny. Z braku jej nadzoru pogniły wszystkie liście. Czerwienie, pomarańcze i powściągliwe brązy zlatywały na chodniki. Pracownicy komunalni musieli je grabić. Symbole matczynej troski piętrzyły się potem wzdłuż krawężników i pod ogrodzeniami. Dzieciaki wskakiwały do środka, gdy szły do szkoły.

Weekend przed świętem Wszystkich Świętych Zenek spędzał u mamy. W Anglii nie mieli grobów do odwiedzania. Wizyty w tamtym okresie od lat wiązały się jedynie z obiadem. Bo niby co innego można było robić u mamy? Halloween obrządkiem katolickim zakazane, Zenek zawsze wtedy obrabiał jakąś imprezkę. No więc weekend przed. Tak przyzwoicie było mamę zobaczyć.

W piątek przyleciał do niego niefortunny list. Ara dobijała się do okna jego dziecięcej sypialni. Zenek musiał ją wpuścić, bo by matka zadzwoniła po jakąś fundację jeszcze. Że się papuga zaniewieruszyła. Nie wytłumaczyłby tego. No więc wpuścił to gadające stworzenie. W dziobie list. Ara, ara. Zenek rozłożył. Korespondencja z Septimą zawsze pachniała drewnem, chociaż papier przecież też był zrobiony z drewna. No więc Septima powinna uwielbiać listy. Blablabla, Zenku, nie zrobię ci pudełka, bo coś. Tyle z niego wyciągnął. Ze wspaniałych planów posiadania pudełka na prochy nici. Nici szpulka, igła i poduszeczka do wbijania.

— Mamo, masz jakieś drewno? — krzyknął Zenek znad swojego biurka, przy którym niegdyś rozwiązywał zadania domowe. Co?, odkrzyknęła mama. Ara, wypowiedziała się papuga.

Mieli w domu kominek. Taki tam, prawie dekoracja. Matka prawie nie odpalała, żeby chałupy nie spalić. Zenek lubił sobie, hehe, czasem do niego wchodzić, rzucić proszkiem i gdzieś polecieć. Często tak robił, gdy był dzieckiem. Teraz już się nie mieścił. W kominku zawsze leżało jakieś drewno. Ostatnio piorun walnął i drzewo sąsiada przewaliło się na ulicę. Przejazdu samochodów nie było. A sąsiad taki zaradny, to wyszedł z piłą na ulicę, ciach, utorował drogę, i matce jeszcze zniósł do kominka. Takie to mieli stosunki sąsiedzkie.

Co do gatunku drewna. Zenek nie miał pojęcia, ale kto by się tym przejmował, jak się nie było różdżkarzem.

No więc zszedł po schodach do salonu, schylił się po drewno i sobie wziął. Poszedł jeszcze do szopy i nadobył się najostrzejszych zabaweczek do obrabiania drewna, jakie mieli. Drewno obrabiało się nożem, prawda? Nie no, piłę też miał.

Spokojnie, Zenek to nie amator. Robił już pudełka z drewna na zajęciach techniki w podstawówce. Właściwie to czuł się prawie jak wtedy, kiedy musiał na szybko je kończyć po nocy, bo wcześniej zapomniał, a termin dogonił. Rozłożył sobie zabawki na podkładce na biurku. Prezentowała ona naszą niebieską planetę.

Tworzenie mechanizmów II; Zenek robi sobie pojemnik na proch
Rzut Z 1d100 - 24
Akcja nieudana


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#2
Wczoraj, 22:26  ✶  
Pieniek opałowy leżał na niebieskiej Ziemi. Dłoń Zenka zawiesiła się nad piłą. Na biurku ciężko było cokolwiek robić, więc zabrał wszystkie przybory na podłogę. To, co potrzebne do mierzenia, to wszystko miał poupychane gdzieś w dziecięcych szufladach. Było się dzieckiem, to i robiło się. Modele. Na jednej z półek miał wystawkę samolotów wojskowych. Człowiek potem dorósł i nie miał już czasu. Zresztą im więcej Zenek miał centymetrów, tym nowsze cacka zajmowały mu głowę. Elektroniką można się było bawić przy biurku.

Ukucnął nad pieńkiem i wycelował piłę. Ostrza niczym zęby przesuwały się po korze. W pokoju rozlegały się odgłosy szarpanego drewna. Tarcie. Coś ocierającego się o próchno. Nie potrafił lepiej określić tego dźwięku. Drewutni nie posiadał. Cztery ściany absorbowały dźwięki rozrywanego drewna, a Zenek pracował. Pod rękawami koszuli napinały się mięśnie.

Wykonał kilka blaszek drewnianego materiału. Miały one stanowić ścianki pudełka… Wióry obsypały podłogę wokół. Na drewnie się nie znał. Nie miał w sobie zacięcia Septimy, ewidentnie. To, co zrobił, nie wyglądało zbyt dobrze. Drewno użytkowe powinno być bardziej… jednolite. Zaczął skrobać ścianki nożem. Skrob, skrob, a kiedy ta metoda okazała się niezbyt wydajna, przerzucił się na papier ścierny. Nadal miał papier ścierny z techniki, wyobraźcie sobie. Ara procedurę kwitowała milczeniem. Obleciała pokój kilka razy, przestraszona chrupaniem drewna, aż w końcu obrała sobie najwyższą półkę biblioteczki.

Po niezliczonych minutach piłowania, skrobania, polerowania i dłubania Zenek miał przed sobą kilka sztabek drewna. Mocno wyszczerbionych, swoją drogą. Gdy przymykał oczy, potrafił sobie wyobrazić, jak łączyły się w pudełko. Wziął do ręki klej w wysokiej tubce. Przycisnął plastik, aż z końcówki poleciała maź. Obsmarował lepiącą mazią pierwszą krawędź pudełka. Następnie spróbował połączyć dwie sztabki drewna ze sobą. No… klej nie kleił. Przygryzł wargę. Podłogę pokrywała jeszcze większa warstwa drobnych drewnianych wiórków, którymi Zenek niewątpliwie oddychał. Drażniły włoski w nosie, pył trafiał do płuc i Zenek kichał. Matka nie interweniowała.

Ostatecznie wyszło na to, że na stary klej nie skleiła się ani jedna sztabka drewna. Zenek siedział wśród wiórów, w pokrytej wiórami koszuli, z dłońmi cierpkimi od pracy i mocznicową kupą Ary na podłodze. Nadal cechował się niebywałym spokojem. Oddychał ciężko, aż znowu kichnął. No i właśnie dlatego nie posiadał drewutni.

Chwilę poświęcił na wysprzątanie miejsca pracy i usunięcie porażki z oczu. Sztabki drewna wylądowały w kominku, jak gdyby nigdy nic. Potem Zenek wrócił do pokoju i z powrotem zasiadł do biurka. Ujął w dłonie raz jeszcze list od Septimy. I nawet ty… Nawet ty… Nawet Septimę pokonało tamtego wieczora drewno. Zenek nie miał szans. Wyciągnął z szuflady czystą kartkę papieru, podpisał w rogu kartki odpowiedniego adresata i wystosował nowy list. Kolejną prośbę do kolejnego wyrobnika. Na Nokturnie mieli ich dość wielu. Niewielu takich, którym Zenek ufał. Ale podobno Gregorowicze robili różdżki niezgorsze od tych Ollivanderów.

Papuga przyjęła list i wyleciała z pomieszczenia.


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#3
28 minut(y) temu ✶  
Gdy był mały, lubił chować się pod łóżkiem. Teraz trzymał tam syntezator.

Walizka wyjechała spod łóżka z typowym dla siebie szurnięciem, a Zenek natychmiast zaczął się rozstawiać. Zamontował nogi i ustawił instrument na wysokości takiej, by grać na stojąco. Co prawda zabierał ze sobą na koncerty składane krzesło, ale korzystał z niego tylko w przerwach. Tak mu wygodniej było. Wyobrażał sobie, że na placu w Little Hangleton zamontuje cały stolik. W marzeniach zabierał na polanę konsoletę, chociaż trochę głupio tak występować jako DJ. Na święcie śmierci i przemijania z czarodziejami, którzy czasem nie posiadali nawet toalety.

Pan Flint, którego z imienia wolał nie wymawiać (co szczyt hipokryzji, biorąc pod uwagę, że sam był Polakiem), zatrudnił go na nadchodzące Samhain. Każdy występ to było jak manna z nieba, zastrzyk gotówki, którego nie odmawiał. A poza tym naprawdę lubił grać. Przyjemne z pożytecznym. Musiał się jednak dobrze przygotować do tych modłów czarodziejskich. Sam Zenek nie wierzył w nic. A religia, którą wyznawali czarodzieje, była inna. Coś z Matką. Czyli pewnie bozia katolicka właśnie zamykała mu bramy nieba. Ale biorąc pod uwagę, że jego własna matka wieszała krzyże na każdym progu i sama zarabiała na kostiumach dziecięcych na Halloween… z mlekiem nic sensowniejszego nie wyssał. Może ta czarodziejska Matka go po śmierci przyjmie.

Za oknem już dawno zrobiło się ciemno. Ciemność przecinały jedynie światła latarni, a z zewnątrz dochodziły pohukiwania. Sów, ptaków? Zenek nie wiedział. Zawsze się takie rozlegały pod wieczór. Do środka wlatywało zimne wieczorne powietrze, więc zamknął okno. Niebawem w szybę zaczęła pukać zagubiona ćma.
Zaczął rozplątywać okablowanie, podłączone z tyłu do syntezatora. Kable rozwijały się i opadały na ziemię w girlandach. Prowadziły donikąd, właściwie to łączyły się jeden z drugim, trzeci z czwartym. Odkąd przerobił syntezator, przewodziły już one jedynie magię. Gdyby nie one, instrument by wysiadł. Zenek poprowadził dłonią każdy kabel. Najpierw podsunął sobie pod stopy pedały, które mu służyły do kontroli dźwięku. Schylił się i je podłączył do syntezatora. Następnie wziął kolejny kabel i zaszedł pod ścianę, gdzie trzymał wzmacniacz. On też już nie funkcjonował na prąd. Właściwie to przełomowym odkryciem było dla Zenka to, że skoro czarodzieje słuchali muzyki z gramofonów, to mógł magicznie przystosować także inne urządzenia od dźwięku.
Gdy podpiął już to, co wymagało podpięcia, zgarnął wystające okablowanie w powietrzu, by nie dotykało ziemi. W trakcie występów jakoś je zwijał, by czarodziejów nie burzył widok plastiku. Nie lubili plastiku. Ciekawe czemu. Tym razem związał kable na kształt kablowego warkocza.
Drzwi do pokoju były zamknięte. Gdy Zenek zastygał bez ruchu i na wdechu, czuł własny puls w klatce. Na dole słyszał stukot maszyny do szycia. Stuk, stuk, stuk, stuk, jakby coś waliło w stół. Jego matka też nigdy nie chodziła spać zbyt szybko. Tym razem to dobrze. Nie zbudzi jej.

Mimo wszystko nie zamierzał serwować sąsiadom darmowego koncertu, bo by się jeszcze oburzyli. W takich wypadkach próbę zaczynał od wygłuszenia pomieszczenia, ale na początek… podpiął do keyboardu słuchawki. Gigantyczne dwie kopuły z łączącym je łukiem zacisnęły mu się na głowie i osłoniły uszy. Teraz słyszał już tylko własną krew, jak płynęła naczyniami. Zza koszuli wyciągnął różdżkę. Drugą ręką chwycił pokrętło od głośności instrumentu; między kciuk a palec wskazujący, i przekręcił je na zero. Pochylił się nad sprzętem i wycelował różdżką w gniazdo. Zaczął mamrotać.
Do odpalania sprzętu korzystał z zaklęcia Baubillius. Samo w sobie sprawiało ono, że z czubka różdżki leciały białe iskry — błyskawice. Jednak gdy kierował tę energię na swoje mechanizmy, pozwalała ona im zadziałać. Musiał dosłownie włożyć różdżkę w gniazdko z boku syntezatora i pokręcić. To tyle. Zostawił różdżkę w środku. Błyskawice zaczęły płynąć przewodami. Przewody iskrzyły. Te iskry to on widział nawet pod izolacją z plastiku. Ponownie złapał za pokrętło od głośności. Zaczął stopniowo kręcić i podgłaśniać… a potem nacisnął pierwszy klawisz. I znowu. I raz jeszcze. Wygrywał pojedynczą notę i słuchał. I ściszał. I znowu podgłaśniał. A potem w ruch poszły kolejne klawisze.

// Zauroczenie: ◉◉◉○○, Percepcja: ◉◉◉◉○, Rzemiosło: ◉◉◉○○, Wiedza o świecie: ◉◉◉○○, Muzyka I, Tworzenie Mechanizmów II


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Zenon Kozioł (1549)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa