13.09.2026, 20:30 ✶
27/10/72
Dom rodziny Kozioł
Dom rodziny Kozioł
Demeter łkała żwawo. Nie było jesieni, żeby nie płakała. Oczy zachodziły jej łzami, i już nie patrzyła na rośliny. Z braku jej nadzoru pogniły wszystkie liście. Czerwienie, pomarańcze i powściągliwe brązy zlatywały na chodniki. Pracownicy komunalni musieli je grabić. Symbole matczynej troski piętrzyły się potem wzdłuż krawężników i pod ogrodzeniami. Dzieciaki wskakiwały do środka, gdy szły do szkoły.
Weekend przed świętem Wszystkich Świętych Zenek spędzał u mamy. W Anglii nie mieli grobów do odwiedzania. Wizyty w tamtym okresie od lat wiązały się jedynie z obiadem. Bo niby co innego można było robić u mamy? Halloween obrządkiem katolickim zakazane, Zenek zawsze wtedy obrabiał jakąś imprezkę. No więc weekend przed. Tak przyzwoicie było mamę zobaczyć.
W piątek przyleciał do niego niefortunny list. Ara dobijała się do okna jego dziecięcej sypialni. Zenek musiał ją wpuścić, bo by matka zadzwoniła po jakąś fundację jeszcze. Że się papuga zaniewieruszyła. Nie wytłumaczyłby tego. No więc wpuścił to gadające stworzenie. W dziobie list. Ara, ara. Zenek rozłożył. Korespondencja z Septimą zawsze pachniała drewnem, chociaż papier przecież też był zrobiony z drewna. No więc Septima powinna uwielbiać listy. Blablabla, Zenku, nie zrobię ci pudełka, bo coś. Tyle z niego wyciągnął. Ze wspaniałych planów posiadania pudełka na prochy nici. Nici szpulka, igła i poduszeczka do wbijania.
— Mamo, masz jakieś drewno? — krzyknął Zenek znad swojego biurka, przy którym niegdyś rozwiązywał zadania domowe. Co?, odkrzyknęła mama. Ara, wypowiedziała się papuga.
Mieli w domu kominek. Taki tam, prawie dekoracja. Matka prawie nie odpalała, żeby chałupy nie spalić. Zenek lubił sobie, hehe, czasem do niego wchodzić, rzucić proszkiem i gdzieś polecieć. Często tak robił, gdy był dzieckiem. Teraz już się nie mieścił. W kominku zawsze leżało jakieś drewno. Ostatnio piorun walnął i drzewo sąsiada przewaliło się na ulicę. Przejazdu samochodów nie było. A sąsiad taki zaradny, to wyszedł z piłą na ulicę, ciach, utorował drogę, i matce jeszcze zniósł do kominka. Takie to mieli stosunki sąsiedzkie.
Co do gatunku drewna. Zenek nie miał pojęcia, ale kto by się tym przejmował, jak się nie było różdżkarzem.
No więc zszedł po schodach do salonu, schylił się po drewno i sobie wziął. Poszedł jeszcze do szopy i nadobył się najostrzejszych zabaweczek do obrabiania drewna, jakie mieli. Drewno obrabiało się nożem, prawda? Nie no, piłę też miał.
Spokojnie, Zenek to nie amator. Robił już pudełka z drewna na zajęciach techniki w podstawówce. Właściwie to czuł się prawie jak wtedy, kiedy musiał na szybko je kończyć po nocy, bo wcześniej zapomniał, a termin dogonił. Rozłożył sobie zabawki na podkładce na biurku. Prezentowała ona naszą niebieską planetę.
Tworzenie mechanizmów II; Zenek robi sobie pojemnik na proch
Rzut Z 1d100 - 24
Akcja nieudana
Akcja nieudana
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.