• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii Manchester [25.10.72] Madchester

[25.10.72] Madchester
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#1
26.09.2026, 21:14  ✶  
25/10/72
klub pracowniczy

Powietrze w lokalu było szare. Klientela wnosiła ze sobą jeszcze więcej tej szarości. Pracownicy okolicznej fabryki: odziani w szare ogrodniczki, brzuchaci albo wyniszczeni. Szare twarze, krzywo ogolone zarosty. Czapki przykrywały łysiny. Podkrążone oczy, ziewali. Śmierdzieli dymem, byli wymęczeni pracą. Siadali do żarcia i do piwa. Przeliczali pieniądze w portfelach.
Pomimo ich obecności lokal zionął pustką. No proszę. Zenek tak się już przyzwyczaił do tego, że sprzęty w Rejwachu nieustannie do niego gadały, że w mugolskim klubie społecznym słyszał tylko… pustkę. Na ścianie była tylko tablica korkowa z ofertami zatrudnienia. Kartki trzepotały za każdym razem, gdy robole przechodzili obok nich, stąpali ciężkimi butami.
Tym razem mieli na co patrzeć, między kotletem a kolejnym piwem. No chyba nie na Zenka. Zenek się uwijał przy ścianie, ogarniał równocześnie syntezator, mikser i nagłośnienie. Ale tu, obok niego. Na tym samym podwyższeniu, ale zupełnie bardziej z przodu.
Tak. Okazuje się, że o wiele łatwiej było o fuchę, kiedy Zenek ustawił obok siebie piękną laskę do śpiewania. Jak jeszcze przywdziewała kusą spódniczkę, to było zajebiście. Pracodawcy byli zachwyceni.
Czy Tonyę równie desperacko ciągnęło do grania w klubach, tego Zenek nie mógł wiedzieć. Kwestia jej tak pozostawała zatem tajemnicą.

Powiedziała coś do mikrofonu. Zimne lampy oświetlały kartoflane twarze tak łaskawie, jak tylko potrafiły. Sprzęt wokół ledwo zipał, ale Zenek walczył z nim, jak mógł, wtykając we wtyczki i przewody kable własnego instrumentu, byle tylko wzmacniacz należący do lokalu zadziałał, jak należy. A robole gapili się, bez słowa zachęty, choć z niezaprzeczalnym zainteresowaniem. O, ktoś zagwizdał. Jakiś chudy koleś z tyłu, prężył kościsty łokieć w górze. Dziękujemy.
Jarzeniówka zamigotała w jednej z lamp nad nimi. Głośnik zamigotał, bzzt bzzt, to statyka elektroniczna. Włosy na rękach Zenka stanęły. Poprawił kable przy sprzęcie i wyprostował się do grania. And one, two, and one two three…
BZZZZZZZT
Mikrofon odpadł pierwszy. Tonya śpiewała do siebie. Pierwsze słowa lirycznej piosenki trafiały do mikrofonu, który zdecydowanie tego nie oddawał na salę. Najlepiej to słyszał ją Zenek, bo najbliżej. Potem wysiadły sprzęty dookoła niego. Osz kurwa, a jak przeładowałem sieć?, rozległo się w głowie Zenka, wyjątkowo pustej ze względu na brak pogłosu magicznych urządzeń. Jego zabaweczka jeszcze dychała, bo przecież ją podrasował. Mugolski wzmacniacz jednak wysiadł, tak samo jak głośniki, a więc dźwięk nie miał gdzie się udać. Z postępującym szaleństwem w oczach uderzał klawisze.
Potem poszła już cała sala. Lampeczki i lampy na ścianach, żyrandole na suficie, wszystko zaczęło gasnąć po kolei, spowijając zimny beton ciemnością. Przeciągłe mruki niezadowolenia rozległy się ze stolików.
O mamusiu.


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
hannah montana
Ona jest małą ściemniarą,
francą, wróblicą, cwaniarą.
Plącze nam nogi i mówi idź!
wiek
27
sława
IV
krew
mugolak
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
cyrkowiec, wokalistka, oszustka

Tonya Bell
#2
2 godzin(y) temu ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 2 godzin(y) temu przez Tonya Bell.)  
Z Little Hangleton do Manchesteru było rzut beretem, a jednak Tonya Bell nie odważyłaby się śpiewać w klubie robotniczym sama. Wolała nie ryzykować, że ktoś za nią pójdzie na Manchester Piccadilly, skąd miała nocny pociąg do Hangleton. Oczy zmęczonych dniem pracy proletariuszy lepiły się do niej, gdy śpiewała wystawiona przed nimi na podwyższeniu. Pstrokata bluzka z cekinami i grzechoczące koralikowe bransoletki stawały się tu bardziej wyzywające niż opinające jej tyłek dzwony, bo te pierwsze miały śmiałość przełamywać zadymioną szarość klubu.
Obok był Zenon, więc raczej za nią nie pójdą. Widok mężczyzny zniechęcał do podążenia za kobietą w noc. Tonya z Zenkiem mieli niezłą symbiozę. Ona przyciągała oczy, on trzymał ich właścicieli na dystans. Zenon był nieskory do przemocy, więc gdyby płeć zawiodła, oboje braliby nogi za pas.
Tonya miała towarzystwo, więc nie musiała myśleć o tym, kto schwyci jej uśmiechy i spojrzenia słane w salę wraz z piosenką, do której przygrywał Kozioł. Klub nie na tyle duży, żeby — wzorem swojego towarzysza — ona czuła w nim pustkę. Śpiewała do każdego tego międlącego kotleta, podstarzałego fabrykanta z brzuchem. Każdy z nich był obecny trochę inaczej i inaczej reagował na spotkanie z jej wzrokiem. Większość facetów mogła być świnie, ale w każdej publiczności się znalazło kilku życzliwych. Dla tych kilku życzliwych w budżetowy występ w szarej norze Tonya wkładała zaangażowanie godne arii na deskach The Globe.
Śpiewała im o zawiedzionej miłości pijaka, hazardzie i długach. Piosenka nie pasowałaby do repertuaru śpiewaczek teatralnych, ale pasowała robotnikom z Manchesteru do ociekającej tłuszczem kolacji.
Pasowałaby, gdyby pijak z piosenki zdążył w ogóle trafić na ulicę. Mikrofon umilkł. Głos Tonyi skurczył się, nim zdążyła wyrzucić pijaka z jego mieszkania komunalnego w Londynie. Dramatyczne wersy pozostały pomiędzy nią a Zenonem, gdy z nagła na salę spadła ciemność. Tonya stanęła wobec morza mroku, którego narratorem stały się ostatnie opary muzyki Zenona. W czarnym odmęcie dryfowały pojedyncze czerwone świetliki — to żarzące się końcówki papierosów. Po chwili gdzieś na sali trysnął płomyk z zapalniczki, oświetlając krzywy, czerwony nochal skwaszonego robotnika w kaszkiecie. Tonya widziała go przez krótką chwilę, on nie widział jej. Tak sobie wyobrażała pijaka.
— Przerwa techniczna, moi drodzy! — ogłosiła sali. Mówiła głośno, lecz nie wysiliła się na przekrzykiwanie nikogo siłą. Usłyszeli ją ci, co usłyszeć chcieli.
Odwróciła się tam, gdzie powinien być Zenon. Przeszła kilka kroków, dłonią szukając po omacku keyboardu.
— To sobie dziś fantastycznie wystąpiliśmy — mruknęła, nasłuchując wzbierającej za jej plecami fali niezadowolenia. — Nie nasza wina, nie? Pójdę zapytać, co się dzieje. I czy jest na sali elektryk? — ostatnie dla żartu zawołała do Kozła teatralnym szeptem damy w opałach, choć wśród robotników byłoby to przecież wcale niegłupie pytanie. — Trzymaj kciuki, żebym się nie spieprzyła z tego podestu. — Zastukała obcasem botka w głuche dechy pod ich stacją roboczą.
Odłożyła mikrofon; poszła do baru, stawiając na ślepo kroki jak dziecko we mgle. Zanim tam dotarła, przyniesiono z kuchni kilka świec, więc nie nastręczyło jej problemów namierzenie faceta z obsługi.
— Hej! — Tonya oparła się o bar oboma łokciami, pochylając się głęboko przez ladę. — Hej, co się dzieje? Coś wam wysiadło? — zapytała, w przeciwieństwie do robotników, zupełnie sympatycznie, bez cienia zniecierpliwienia, bez oskarżeń.


tak było, nie zmyślam
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Tonya Bell (516), Zenon Kozioł (415)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa