Skołowany, przerażony i zdezorientowany.
Ktoś o takiej posturze, w takim stanie, nie powinien był nosa nawet wyściubać z bezpiecznego schronienia, jakim była kamienica Bulstrodów. Jego wielkie schronienie tej nocy. A przecież było tyle planów! Przecież tak wielu potrzebowało pomocy! Lecz nie. Nie żeby to była pierwsza sytuacja, w której to właśnie blondyn potrzebował wsparcia. I z pewnością nie była to też ostatnia przy szczęściu, które od długiego czasu trzymało się nie takiego już młodziutkiego Prewetta.
Nie szedł wyprostowany, nie stawiał pięknych kroków tymi długimi nogami. Szedł środkiem ulicy całkowicie przerażony. Obejmując się trzęsącymi rękoma, podkulony. Jasne oczy lśniły w bladym świcie poranka, który powoli budził się nad Ulicą Pokątną i zaglądał do okien jej mieszkańców. Puk, puk? Czy jeszcze ktokolwiek tu żyje? Pojedyncze osoby przebiegały przez smugi dymu. Płacz, jęki. Już nie było siły na krzyk. Wszystkie gardła zostały pozdzierane w głębokiej nocy. W pasmach szarości i czerni majaczyły jakieś sylwetki. Ktoś przebiegł właśnie drogę parę metrów dalej sprawiając, że krok Laurenta zachwiał się jeszcze bardziej. Przystanął, przykulił się. Chował głowę w ramionach - instynkt prowadził go bardziej niż ludzki rozum.
Selkie nie był cichy. Potknął się o coś, wywrócił na bruk. Kaszel dławił jego płuca i z godziny na godzinę oddychał coraz ciężej. Oto powód, dla którego zagubiona istota wody wysunęłą się z bezpiecznego schronienia. Ten sam i jedyny, który mógł ją wyciągnąć z morskich toni. Powietrze. Brakowało mu powietrza.
Spojrzał na własne dłonie, osiadając na udach, kiedy próbował się podnieść. Nie było rys na jego licach, nie było śladów brudu na jego białej koszuli, spodnie byłyby całe i dłonie gdyby nie ten felerny upadek. Wydawało się, że niewiele złego wydarzyło się Laurentowi tej nocy.*
[a]A jednak spojrzenie miał puste. Jego dusza musiała ulecieć daleko stąd.
Może zamieszkała w jednym ze szkiełek Królowej Lodu.