24.03.2023, 00:20 ✶
Ulysses odsunął się od nieprzytomnej kobiety zaraz po tym, jak tylko upewnił się, że ta nie upadnie bezwładnie na ziemię. Stanął z boku, spoglądając z konsternacją na własne ramię. Wciąż czuł na nim ciężar nieprzytomnej. Tak jak uderzenie łokciem w plecy, gdy obracał się, by zasłonić nieprzytomną i Danielle przed tłumem. Nie był ranny, a jeśli przypadkiem zarobił siniaka, nie wiedział o tym.
To po prostu obrazy przelatywały mu przed oczami, jak odtwarzane przez niewidzialny adapter. Zawiesił się, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Uderzenie łokciem w plecy. Kobiecy krzyk, gdzieś z przodu. Płacz dziecka. Wykrzywiona strachem twarz jakiegoś starca. Gruby mężczyzna z pianą na ustach. Ślady krwi pośród ciemnych, kasztanowych włosów.
Otrząsnął się, trochę jak kot albo jak jakieś inne zwierzę. Odwrócił głowę w stronę Danielle by popatrzeć jak ta zajmowała się ranną. Ale w uzdrowicielstwie widział coś mocno osobistego. Źle się czuł, obserwując tak prywatny moment.
- Wszystko z nią dobrze? – zapytał, czując że pytał głupio. Ranna była nieprzytomna i krwawiła. Wcale nie było z nią dobrze. Tak, nie było też źle, inaczej uzdrowicielka pewnie zaczęłaby krzyczeć albo wykonywać jakieś bardziej gwałtowne ruchy. Ale wiedział, żę pytanie i tak było nietrafione. Niemal zupełnie chybione, ale nie potrafił ułożyć sobie w głowie lepszego. – Trzeba ją będzie zabrać do Mungo?
O, to było lepsze. Gorzej, że nie znał się na teleportacji łącznej. Nie wiedział nawet, czy w jej stanie, w ogóle można było się z nią beztrosko aportować. Tylko, że właściwie nie musiał się uciekać do aportacji. Wystarczyło by odszedł i zaczął szukać innych uzdrowicieli. Na marszu panowało coraz większe zamieszanie. Lada moment będą musieli się pojawić.
I pewnie zgarną do pomocy Danielle.
Ulysses zapatrzył się na czubek jej głowy. Myślał o tym co będzie dalej, kiedy już pojawią się wysłani przez szpital inni uzdrowiciele, nawet nie zdając sobie sprawy z tego jak bardzo absurdalne było to myślenie w tym momencie.
- Mogę ich poszukać – zaproponował. – Pewnie ucieszą się na twój widok. – Zawsze to dodatkowa para rąk do pracy. A tej było z minuty na minutę coraz więcej.
Nawet nie patrząc w stronę manifestujących, Ulysses słyszał co działo się za jego plecami. Dźwięki wżynały mu się w umysł: głośne, histeryczne, kakofoniczne, nakładające się na siebie całymi seriami. Czuł nieprzyjemny zapach spalenizny, nieuchronna pozostałość po jakimś transparencie, który spłonął. Pokrzykiwania aurorów, by zachować spokój i rozejść się. Świst zaklęć.
Tak naprawdę praca Ulyssesa nie była ani statyczna, ani pozbawiona adrenaliny. Chociaż wyglądał jak schludny urzędnik, który lwią część dnia spędzał za biurkiem a wstawał jedynie po to, by nadać list, w rzeczywistości pracował w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof, w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym. Wysyłany był do szybkich interwencji wtedy, gdy mugole dowiadywali się o magii. Najczęściej przez przypadkowe użycie czarów przez ich magiczne pociechy, ale czasem również dlatego, że jakiś czarnoksiężnik postanowił zrobić coś bardzo złego.
Ale w pracy było inaczej niż tutaj. Miał czas, by psychicznie przygotować się na obrazy, które przychodziło mu oglądać. I nie było ich aż tyle. A on mimowolnie rejestrował je wszystkie. Podniósł dłoń, chciał dotknąć nasady nosa, ale rozmyślił się, zdając sobie sprawę jaka musiała być w tym momencie brudna.
- Czy mam zrobić coś jeszcze? - zapytał Danielle.
To po prostu obrazy przelatywały mu przed oczami, jak odtwarzane przez niewidzialny adapter. Zawiesił się, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Uderzenie łokciem w plecy. Kobiecy krzyk, gdzieś z przodu. Płacz dziecka. Wykrzywiona strachem twarz jakiegoś starca. Gruby mężczyzna z pianą na ustach. Ślady krwi pośród ciemnych, kasztanowych włosów.
Otrząsnął się, trochę jak kot albo jak jakieś inne zwierzę. Odwrócił głowę w stronę Danielle by popatrzeć jak ta zajmowała się ranną. Ale w uzdrowicielstwie widział coś mocno osobistego. Źle się czuł, obserwując tak prywatny moment.
- Wszystko z nią dobrze? – zapytał, czując że pytał głupio. Ranna była nieprzytomna i krwawiła. Wcale nie było z nią dobrze. Tak, nie było też źle, inaczej uzdrowicielka pewnie zaczęłaby krzyczeć albo wykonywać jakieś bardziej gwałtowne ruchy. Ale wiedział, żę pytanie i tak było nietrafione. Niemal zupełnie chybione, ale nie potrafił ułożyć sobie w głowie lepszego. – Trzeba ją będzie zabrać do Mungo?
O, to było lepsze. Gorzej, że nie znał się na teleportacji łącznej. Nie wiedział nawet, czy w jej stanie, w ogóle można było się z nią beztrosko aportować. Tylko, że właściwie nie musiał się uciekać do aportacji. Wystarczyło by odszedł i zaczął szukać innych uzdrowicieli. Na marszu panowało coraz większe zamieszanie. Lada moment będą musieli się pojawić.
I pewnie zgarną do pomocy Danielle.
Ulysses zapatrzył się na czubek jej głowy. Myślał o tym co będzie dalej, kiedy już pojawią się wysłani przez szpital inni uzdrowiciele, nawet nie zdając sobie sprawy z tego jak bardzo absurdalne było to myślenie w tym momencie.
- Mogę ich poszukać – zaproponował. – Pewnie ucieszą się na twój widok. – Zawsze to dodatkowa para rąk do pracy. A tej było z minuty na minutę coraz więcej.
Nawet nie patrząc w stronę manifestujących, Ulysses słyszał co działo się za jego plecami. Dźwięki wżynały mu się w umysł: głośne, histeryczne, kakofoniczne, nakładające się na siebie całymi seriami. Czuł nieprzyjemny zapach spalenizny, nieuchronna pozostałość po jakimś transparencie, który spłonął. Pokrzykiwania aurorów, by zachować spokój i rozejść się. Świst zaklęć.
Tak naprawdę praca Ulyssesa nie była ani statyczna, ani pozbawiona adrenaliny. Chociaż wyglądał jak schludny urzędnik, który lwią część dnia spędzał za biurkiem a wstawał jedynie po to, by nadać list, w rzeczywistości pracował w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof, w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym. Wysyłany był do szybkich interwencji wtedy, gdy mugole dowiadywali się o magii. Najczęściej przez przypadkowe użycie czarów przez ich magiczne pociechy, ale czasem również dlatego, że jakiś czarnoksiężnik postanowił zrobić coś bardzo złego.
Ale w pracy było inaczej niż tutaj. Miał czas, by psychicznie przygotować się na obrazy, które przychodziło mu oglądać. I nie było ich aż tyle. A on mimowolnie rejestrował je wszystkie. Podniósł dłoń, chciał dotknąć nasady nosa, ale rozmyślił się, zdając sobie sprawę jaka musiała być w tym momencie brudna.
- Czy mam zrobić coś jeszcze? - zapytał Danielle.