24.03.2023, 03:49 ✶
Ciężko było powiedzieć, czy Tim faktycznie bardzo przejmował się tym, co działo się w ministerstwie. Oczywiście, z ważniejszymi wiadomościami bywał na bieżąco, będąc świadomym tego, kto aktualnie znajduje się na najważniejszym stanowisku i jakie w ostatnim czasie panowały trendy wśród społeczności, jeśli chodziło o to, czy była to osoba szanowana, czy też nie. Obowiązkowo też, kiedy siadał z kolegami do piwa w najbardziej obskurnej spelunie na Nokturnie, nigdy nie omieszkał podzielić się z nimi swoim brakiem zainteresowania. Oczywiście, w jak najbardziej zaangażowany sposób. Powtarzanie nagłówków gazet i spekulowanie na ich temat, a także gniewne uderzanie pięścią w brudny stół i grożenie innym, celując im palcem prosto w twarz, wychodziło mu całkiem dobrze. Prawda jednak była taka, że do momentu kiedy któryś z Ministrów nie zalegalizuje nielegalnego obrotu dobrami wartościowymi o niepewnym pochodzeniu, nie zamierzał nikomu bić brawa, ani twardo stawać po jego stronie. Jego świat był mały. Ciasny, ale własny, jak to się mówiło, zwykle z lekkim uśmieszkiem na ustach. Jako żart, tylko że dla niego to wcale nie było śmieszne, a prawdziwe jak wnętrze pracowni i dwójka gówniarzy, którą nazywał swoim rodzeństwem. I cała braterską miłością, oczywiście.
Było mu zimno i słyszał też głosy. Kobiece, żeby być precyzyjnym, a które wybijały się nieco na tle całego harmidru, który dział się gdzieś w tyle. Był wciąż jeszcze trochę zamroczony, bardziej przestraszony już faktem, że robiło się całkiem nieprzyjemnie mroźno, jak tym że ktoś zwyczajnie rzucił w niego jakieś okropne zaklęcie.
- Czy to anioł? - zapytał słabym głosem, woląc chyba być już w niebie, niż w tej obskurnej bramie z tłumem ludzi obok, którzy niby walczyli o jakąś szlachetną (w swoim mniemaniu) sprawę, ale zdaniem Fletchera mogli być w tym wszystkim nieco mniej zauważalni. To ludzie, którzy w takich momentach chcieli prowadzić dalej swoje zwykłe szare życie, którzy wychodzili do sklepu po zakupy, którzy cierpieli przy tego typu wydarzeniach. I on był tego znakomitym przykładem. - Ciemność widzę. Czy to już koniec? - zapytał jej, czując jej dłonie na swojej twarzy i w końcu też widząc ją przed sobą. Tak sobie właśnie wyobrażał zawsze istoty niebiańskie. Nie olśniewająco piękne, których sama istota zapierała dech w piersiach, a o urodzie szczególnej w nieszczególny sposób. Takiej, która była jak powrót do domu. Uspokajająca... prosta... Jego dłonie podniosły się, by złapać ją za jej, ciężko mu jednak wciąż jakoś konkretniej zebrać się w sobie, więc złapał ją za to, o miał pod ręką, za ubranie. Tylko po to, żeby wydusić z siebie słowa średnio pasujące do tego, że właśnie ją trzymał.
- Nie dotykaj mnie - powiedział, jakby zdradzał jej właśnie największą tajemnicę wszechświata. Mimo tego, że złapał za materiał, Cecily mogła poczuć zimno, które wspięło się po tkaninie i prześlizgnęło po skórze. Na nim samym natomiast, powoli, bardzo powoli, zaczęły pojawiać się cieniutkie kryształki lodu.
Było mu zimno i słyszał też głosy. Kobiece, żeby być precyzyjnym, a które wybijały się nieco na tle całego harmidru, który dział się gdzieś w tyle. Był wciąż jeszcze trochę zamroczony, bardziej przestraszony już faktem, że robiło się całkiem nieprzyjemnie mroźno, jak tym że ktoś zwyczajnie rzucił w niego jakieś okropne zaklęcie.
- Czy to anioł? - zapytał słabym głosem, woląc chyba być już w niebie, niż w tej obskurnej bramie z tłumem ludzi obok, którzy niby walczyli o jakąś szlachetną (w swoim mniemaniu) sprawę, ale zdaniem Fletchera mogli być w tym wszystkim nieco mniej zauważalni. To ludzie, którzy w takich momentach chcieli prowadzić dalej swoje zwykłe szare życie, którzy wychodzili do sklepu po zakupy, którzy cierpieli przy tego typu wydarzeniach. I on był tego znakomitym przykładem. - Ciemność widzę. Czy to już koniec? - zapytał jej, czując jej dłonie na swojej twarzy i w końcu też widząc ją przed sobą. Tak sobie właśnie wyobrażał zawsze istoty niebiańskie. Nie olśniewająco piękne, których sama istota zapierała dech w piersiach, a o urodzie szczególnej w nieszczególny sposób. Takiej, która była jak powrót do domu. Uspokajająca... prosta... Jego dłonie podniosły się, by złapać ją za jej, ciężko mu jednak wciąż jakoś konkretniej zebrać się w sobie, więc złapał ją za to, o miał pod ręką, za ubranie. Tylko po to, żeby wydusić z siebie słowa średnio pasujące do tego, że właśnie ją trzymał.
- Nie dotykaj mnie - powiedział, jakby zdradzał jej właśnie największą tajemnicę wszechświata. Mimo tego, że złapał za materiał, Cecily mogła poczuć zimno, które wspięło się po tkaninie i prześlizgnęło po skórze. Na nim samym natomiast, powoli, bardzo powoli, zaczęły pojawiać się cieniutkie kryształki lodu.